Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 września 2026

Vader - De Profundis (1995)

 

Ze wszystkich płyt Vadera „De Profundis” zwykle uważany za tą najlepszą i mogę się pod tym stwierdzeniem tylko podpisać! Ekipie Petera zdarzało się co prawda brzmieć brutalniej („Litany”) albo mieć albumy bardziej różnorodne (debiut albo „Revelations”) ale to dwójeczka robi najlepsze wrażenie. Mamy tutaj Vadera w swej chyba szczytowej formie i stylistyce, w której czują się najlepiej – krótki, za to intensywny album pełen petard. A zarazem to dalej ten Vader wczesny, pełny archaicznego klimatu, choć inny niż na pierwszym albumie. „The Ultimate Incanttion” było trochę bardziej Morbidowe, więcej było tam nacisku na budowanie klimatu. Tutaj postawili raczej na solidny wpierdol, co przy pełniejszym brzmieniu gitar daje naprawdę mocny efekt. Trochę mniej podoba mi się sound perkusji, ale to szczegóły. Zmienił się też wokal Petera, na jakby mniej mroczny, ale za to bardziej charakterystyczny dla niego. No dobra, ale to nie drobne zmiany decydują o zajebistości tego materiału, w końcu debiut też był świetny. Przede wszystkim mamy tu zestaw porządnych, kopiących numerów, zaczynając od rewelacyjnego otwarcia - „Silent Empire”. Sporo tu świetnych riffów, w typowym dla Vadera stylu, srogiego bębnienia Docenta i szybkich temp. Bardzo reprezentatywny numer nie tylko dla płyty, ale całej twórczości zespołu. „De Profundis” jest też wbrew pozorom dość urozmaiconym materiałem, bo mamy taką skondensowaną w niecałych dwóch minutach rzeź jak „An Act of Darkness”, ale i momenty nieco wolniejsze jak w „Incarnation” (choć Doc i tak blastuje jak pojebany). Płyta przyniosła też zespołowe hity w postaci „Blood of Kingu” i często granego na żywo „Sothis”. Ale utworów z hitowym potencjałem (jak na standardy gatunku oczywiście) jest więcej -wspomniany „Silent Empire”, albo „Of Moon, Blood, Dream and Me”. Z resztą Vader zawsze umiał tworzyć chwytliwy death metal, co wynikało na pewno z thrashowych korzeni. Co do korzeni, to znalazł się tu też stary numer – „Reborn in Flames”, pierwotnie na demie „Necrolust” z 1989. Nie wiem czy starsza wersja nie jest ciekawsza, bardziej tajemnicza i surowa, ale tej też nic nie można zarzucić. Na pewno jest brutalniejsza i ma fajne outro, gdy wszystko zwalnia i cichnie, żeby zaraz znów bezlitośnie dowalić.

Po za tym że to doskonały kawał Vaderowego deathu, „De Profundis” jest też istotnym albumem, jako że umocnił pozycję zespołu, zaczynającego wtedy podbój świata. I jeszcze udało się to, gdy zaczął się kryzys gatunku, co jest naprawdę niezłym wyczynem. Naprawdę genialny materiał, i znów kusi odpalić go ponownie...

Mutineer

niedziela, 24 maja 2026

Morlord - Mundus Mortis (2025)

 

Pierwszy raz w mojej działalności recenzenckiej/ zinowej zdarzyło się, że dostałem darmowy egzemplarz płyty od zespołu. Otóż Morlordowi spodobał się nasz ziniacz i wywiad, to mi Drac wysłał płytkę w zamian. Tu jednak pojawia się problem. Bo „Mundus Mortis” to dobry album, ale jak wyskoczę z pochwałami, to zabrzmi to tak, że skoro dostałem za darmo, to teraz trzeba chwalić. Ewentualnie że się chce podlizać. Coś tam chciałem jednak naskrobać, żeby chłopaków wspierać, postaram się być jednak jak najbardziej obiektywny. Wnioski, czy warto po album sięgnąć, wyciągnięcie sobie sami.

Zacznijmy od początku- Morlord powstał w 2023 w Bydgoszczy i od razu zaatakował Epką „Post Mortem”. Był to piwniczny thrash/ death, gdzie czuć było zatęchłą kryptę i klimaty typu Death, Vader, Obituary, ale zdarzało się też trochę momentów blackowych. Pełny album nie jest jakoś bardzo odległy stylistycznie, ale jednak są pewne różnice. Ostał się obskurny klimat i mrok, ale na EP było więcej tych wisielczych zwolnień, był to raczej materiał nastawiony na grobowy klimat. „Mundus Mortis” jest intensywniejszy, bardziej skupionym na rozpierdolu. Wolne riffy oczywiście też są, ale raczej robiące miazgę niż atmosferę krypty. Za to w kąt poszły te black metalowe naleciałości. Sporo tu z thrashu -pędzące riffy w wielu kawałkach i charakterystyczne refreny w „Skynet Apocalypse”, „Anti Credo” i „9 Kregu Piekła”. Najbardziej thrashowo jest w „Straight to Hell”, tu w ogóle zaskoczyli, bo główny riff kojarzy się z Exodusem. Co zwraca uwagę, to na pewno wokale, które są dość urozmaicone, często bywają w klimacie Deicidowym! Jak się posłucha takiego „Monstrosity Made of Steel” albo „Sodomii Społeczeństwa” to się można zastanawiać czy sam Glen Benton ich w studiu nie odwiedził. Riffowo jednak dalej więcej tu z Death, tego wczesnego, tak najdalej po „Spiritual Healing”. Z resztą jest tu cover „Baptized in Blood”, także łatwo wskazać jaki zespół był jedną z większych inspiracji.

Żeby nie było zbyt kolorowo, to muszę stwierdzić że nie jest to wyziew tak potężny, jak debiuty Pandemic Outbreak czy Frightful, no ale to też nieco inny rodzaj death metalu. Trzymam tak czy inaczej za Morlorda, mają spory potencjał i ciekawie mnie co pokażą na kolejnych wydawnictwach. Jak na kolejnym będzie taki postęp jak między epką a debiutem, to już pewnie nie wytrzymam i zacznę chwalić taki materiał na potęgę.

Mutineer

środa, 25 lutego 2026

Angelcorpse - Hammer of Gods (1996)

Debiutancki krążek bluźnierców ze Stanów Zjednoczonych, który łączy ciężkość death metalu ze zwierzęcą agresją pierwotnego black metalu.

Od razu po odpaleniu płyty wita nas kawalek „Consecration” i ryk Pete’a pokazując, że mamy tu do czynienia z tłustym łojeniem. Zatrzymajmy się przy wokalu, bo nie jest on klasycznym growlem, a wręcz czymś czego byśmy się nie spodziewali. Bardzo „mokre” krzyki, które przypominają mi black -punk. Wokal nie tyle prowadzi utwory, a je rozszarpuje. Perkusja napierdala jak powinna, to nie jest granie na pałę - łączy blasty i podwójna stopę i nadaje ogromnej dynamiki kawałkom (to metronom jest krzywo a nie stopa). Gitary? Kurwa, kreatywność tych riffów jest niepojęta. Melodyjność, łojenie i w dodatku ton jak ze szwajcarskiego bunkra. Wszystko to dopełniają solówki rodem z Morbid Angel, gdyby je postawić obok klasycznych florydzkich partii - różnice byłyby marginalne.

Najlepsze kompozycje w mojej opinii to „Lord of the Funeral Pyre”, który trochę zwalnia płytę ale tylko po to, żeby „Black Solstice” uderzyło jeszcze mocniej. W tłoczeniach od 1999 roku można znaleźć też „Pleasure to Kill” Kreatora, ale nie jest to po prostu odegrany cover - Longstreth na garach podkręca tempo do granic absurdu, wyprzedzając Ventora podwójnie!

Niektórzy mogą uważać, że jest to płyta monotonna - coś w tym jest. Nie skupiając się na kawałkach faktycznie słychać jednostajny, gęsty szum, ale przy uważniejszym odsłuchu okazuje się on spójną ścianą dźwięku, która buduje klimat.

W mojej ocenie - petarda, obowiązkowa jeśli ktoś szuka połączenia blacku i deathu w proporcjach 50/50. Szkoda jedynie, że mimo wznowienia działalności w 2015 roku po 2 latach zespół ponownie zakończył działalność - „Consecration” na żywo pewnie już nie usłyszymy.


Bestial D.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Pandemic Outbreak -Torment Beyond Comprehension (2025)


Większość płyt z 2025 które recenzowałem, to było drugie płyty danych zespołów. No i jedziemy z Pandemic Outbreak i znów dwójka… czyli jaki postęp dokonał się od debiutu, czy go przebili i tak dalej, aż dziwne że mi się to nie znudziło, he he… No ale dobra, do rzeczy. W 2021 wyszedł całkiem niezły debiut tej hordy, „Skulls Beneath the Cross” – old schoolowy death metal mocno w klimacie polskiej szkoły, skojarzenia z wczesnym Vaderem nasuwały się same. W końcu nadszedł drugi album, który przynosi trochę zmian brzmieniowych. Po pierwsze sound jest potężniejszy, do tego mniej czuć tu tą polską szkołę, raczej więcej tu z klasycznego death metalu z Florydy z okolic 1990-93. Już nawet okładka kojarząca się z dziełami Dana Seagrave’a to zapowiada. Przy pierwszych podejściach miałem skojarzenia głównie z Death z „Human” i trochę „Individual Thought Patterns”. Słychać to dobrze w pierwszym kawałku, „Beyond My Comprehension”. Choć dalej tu też sporo surowego thrash- deathowego klimatu, jak się wsłuchać, to zachowała się ta pierwotna surowizna. Mocno thrashowy charakter ma chociażby „Left for Vultures”, albo „Impaled” który ma też fajne refreny (czy co to tam jest) „Trapped in torment, crucified!!!” dobre do krzyczenia z zespołem na gigach. Wokale dalej są tajemnicze i obskurne, chyba najbardziej mi się kojarzą z tymi z „To the Gory End” Cancer. W paru momentach miałem też skojarzenia z Morbid Angel, taki „Comsumed by Flames” ma riffy jak w najlepszych czasach ekipy Treya, w „Skinned While Breathing” są wolne zagrywki jak te z płyt Morbidów na B, C i G. Pojawia się też na całym albumie sporo melodii, ale takich zimnych i mroźnych, które mogłyby też pojawić się u Frightfula (czyżby pozostałość po pobycie Menzela w tamtym zespole?). Więc nie rozmiękczają one rzezi, a raczej wnoszą fajną różnorodność. Melodyjne często są też solówki, ale bardziej jak te od Jamesa Murphy’ego (czyli kolejne skojarzenia z klasycznym amerykańskim death metalem) ale sporo też jest takich wajchowych jak w Vaderze. Z tym że mimo tych skojarzeń w większości płyty są momenty które ciężko jednoznacznie porównać do klasyków, no brzmią po prostu jak Pandemic Outbreak. Czyli jakiś styl już sobie chłopy wyrobili.

Nie wiem czy mogę powiedzieć, że ta płyta wyszła lepsza od pierwszej, ale jest to na pewno dzieło dojrzalsze i z bardziej wyrobionym stylem. W każdym razie, jak lubicie old schoolowy death metal, to się nie zawiedziecie.

Mutineer

środa, 28 stycznia 2026

Obituary - Cause of Death (1990)

 

Bez wątpienia lata 1989-1993 to złoty okres dla death metalu, a zwłaszcza 1990 rok był jednym z tych najbardziej dojebanych. Wtedy właśnie wyszło pełno klasyków, a sam styl był już w pełni ukształtowany. Wymieńmy choćby nieśmiertelne albumy od Entombed, Death, Deicide, Tiamat, Cancer, czy oczywiście Obituary, o którym dzisiaj będzie. „Cause of Death” uważany jest przez większość fanów death metalu za największe osiągnięcie tej ekipy i jeden z największych klasyków amerykańskiej odmiany gatunku. Co więcej, ta pozycja mocno się wyróżnia na tle innych, zwłaszcza tych z USA. Obituary nie chcieli się chyba ścigać z kolegami i jeszcze bardziej podkręcać temp, byle grać szybciej od Morbidów. Zamiast tego postawili na ciężar, więc materiał miażdży i bezlitośnie wgniata. Oczywiście szybkie tempa też tutaj są, ale jak na death metal to dużo tu momentów wolnych, co jednak daje niesamowity efekt. Raz zespół bombarduje szybkimi riffami, a za chwilę rozjeżdża nas wielotonowym walcem (lub czołgiem, ważne, że ciężkim). Genialnie pasuje do tego wokal Johna Tardy’ego, który przypomina wyziew jakichś atomowych oparów. I cała płyta ma bardzo specyficzny, ponury klimat. Trochę w kontraście do tego są dość melodyjne solówki Jamesa Murphy’ego, który dołączył wtedy do składu (gdzie ten facet nie grał?). Co się tyczy poszczególnych numerów, to ciężko wymienić te najlepsze. Płyta jest świetna jako całość, choć wyróżniłbym legendarny „Chopped in Half” – z najbardziej rozpoznawalnych deathowych kawałków z pewnością ma miejsce w pierwszej piątce. Ale ciekawe są też „Find the Arise” (stary utwór i jedyny taki typowo szybki tutaj), może jeszcze tytułowy- rozbudowany numer z ciekawymi riffami i solówkami. Niezłe, mocarne riffy ma też „Turned Insde Out”, Do tego znalazł się jeszcze cover Celtic Frost (ale brzmi praktycznie jak autorski numer, świetnie się tu wpasował).

Dobrze do tego albumu pasuje ta charakterystyczna okładka, ale niewiele brakowało, by wylądowała ona na „Benath the Remains” Sepultury, a wtedy to „Cause of Death” miałoby tą, którą dostali Brazylijczycy. Jak dla mnie to dobrze się stało, bo ten ostateczny front lepiej oddaje atmosferę albumu. W ten sposób mamy dzieło nie tylko świetne muzycznie, ale i spójne z oprawą graficzną. Tym kończę, nie ma co więcej dodawać, bo chyba mi nie powiecie, że nie słyszeliście nigdy o tym albumie?

Mutineer

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Opeth - Morningrise (1996)


Kiedy wszyscy zachwycają się, jak Blood Incantation połączyło death metal z prog rockiem, chciałbym tylko przypomnieć, że Opeth robił coś takiego już niemal 30 lat wcześniej. No dobra, może nie tak zupełnie, bo oba zespoły wzięły się za to trochę inaczej – Blood Incantation potrafią napierdalać nie gorzej niż Morbid Angel, żeby przejść do łagodnego plumkania, a Opeth właściwie stworzył odrębny styl, który nie był do końca death metalem i wymyka się jednoznacznym kwalifikacjom. Zespół Mikaela Åkerfeldta wymyślił coś totalnie oryginalnego, a ich wczesne płyty (zwłaszcza pierwsze dwie) to naprawdę dzieła. Wiadomo, dużo zaczerpnęli od deathowego grania, ale jak miałbym ich porównywać do czegoś z gatunku, to do łba przychodzi mi tylko Tiamat z pierwszych dwóch albumów (z czego drugi to był już bardziej doom/ death). Raczej było to coś robionego całkiem po swojemu, przy tym bardzo progresywne i klimatyczne. Za szczyt ich możliwości jednak nie uznałbym najbardziej znanego „Blackwater Park”, który jest już albumem trochę bardziej przystępnym, a właśnie jeden z tych wczesnych - „Morningrise”. Jest w nim jakaś taka tajemniczość i chłód, do tego utwory są naprawdę świetne. Wszystkie powyżej 10 minut, naładowane różnymi motywami i zmianami temp oraz nastrojów. Raz ciężkie riffy i growle, a za chwile akustyki i czysty śpiew. I to naprawdę działa dobrze, nawet w trwającym 20 minut kolosie „Black Rose Immortal”. Mimo długości nie można się przy nim nudzić, a mimo bardzo wielu muzycznych motywów nie mamy poczucia chaosu. Najlepszym utworem jest chyba jednak „Night and the Silent Water”, a zwłaszcza jego tajemnicze outro robi wrażenie. Znalazł się tu też jeden utwór pozbawiony elementów death metalowych - „To Bid You Farewell”, w którym dominuje ta strona prog rock/ metalowa. Z resztą ten gatunkowy mix na tym albumie jest nawet szerszy, wiele riffów w tych cięższych fragmentach to po prostu posępne melodie grane przy szybkiej perkusji i srogich wokalnych wrzaskach, kojarzących się nawet trochę bardziej z blackiem. Akerfeldt dopiero na późniejszych albumach poszedł w taki głębszy growl, tu jeszcze inaczej to wyglądało.

No i dobra, można narzekać, że przekombinowane, że to nie jest prawdziwy death metal (bo nie jest) albo że granie dla smutasów, ale ja tam ten album naprawdę lubię. Przede wszystkim to materiał niezwykle klimatyczny. Idealnie jest odpalić go sobie, jak za oknem jest mgła jak cholera, albo pierze śniegiem.


niedziela, 16 listopada 2025

Violent Dirge - Elapse (1993)

 

Jankesy mają Death czy Atheist, Kanadyjczycy Obliveon i Gorguts, Holendrzy Pestilence, a jak z takim graniem u nas? Ktoś powie pewnie „Sceptic” albo „stare płyty Decapitated” i… no, w sumie będzie miał rację, ale te zespoły nie były pierwszymi, które próbowały tak grać. Swego czasu istniał sobie choćby taki twór jak Violent Dirge, trochę niestety zapomniany obecnie. A szkoda, bo to istna perełka polskiego death metalu!

Powstali sobie jeszcze pod koniec lat 80 w Warszawie i na początek wydali parę dem, z których największym konkretem było „Obliteration of Soul”, jedno z bardziej legendarnych tego typu wydawnictw z tamtego okresu. Już tam było słychać kosmiczny poziom ich grania, ale jeszcze bardziej dojebany był pełny album - „Elapse”. Dużo kombinowania, szybkie, zakręcone zagrywki, masa solówek, a wszystko podane z taką intensywnością, że łeb rozpierdala! Pełno tutaj naprawdę dowalonych riffów, jak w „Inapperception”, „Enlivening Damn” (tu trochę zalatują technicznym thrashem) albo „Leprous Sanctity” (tu bardziej połamany death). W takim „Doomed to Unpractical Mind” zdarzają się też chore melodyjki dodające złowrogiego klimatu, początek „Pessimum” daje podobny efekt. Ciekawe są tu też wokale, trochę przytłumione, jakby dobiegające z otchłani. Szczególnie świetnie wyszły w „Leprous Sanctity” -te pojedyncze ryknięcia tylko potęgowane pogłosem są niesamowite. Trochę mogą się one kojarzyć z wokalami innym polskich klasyków, jak Imperator, albo Vader na „Necrolust”, choć trochę też z debiutem fińskiego Adramelecha (oczywiście ten album wyszedł później). Ogólnie album jednak nie będzie dla każdego i może nie być łatwy w odbiorze. Przy pierwszych podejściach może sprawiać wrażenie „wirtuozerskiego hałasu”. Przez intensywność tego materiału jesteśmy bombardowani masą technicznych riffów i solówek, żeby to wszystko dobrze wyłapać i docenić trzeba paru uważnych przesłuchań. Dla niektórych przeszkodą może być surowe brzmienie, ale dla mnie jest raczej plusem. Męczą te techniczne albumy ze sterylną produkcją, bardziej przekonuje mnie ten archaiczny sound z „Elapse”. Równocześnie jest na tyle czytelny, że bez problemu połapiemy się w tych zawiłych zagrywkach. Całościowo więc album jest naprawdę mistrzowski, choć nie najprzystępniejszy, ale w końcu nie o to w death metalu chodzi, nie? Szkoda że Violent Dirge mając taki materiał dość szybko, bo już dwa lata później, po premierze jego następcy, przepadli w odmętach dziejów.

Mutineer



poniedziałek, 6 października 2025

Morta Skuld - Dying Remains (1993)

Zastanawialiście się kiedyś, co by wyszło po zmieszaniu Obituary z Autopsy? Pewnie nie, ale brzmi to całkiem intrygująco, prawda? Zastanawiać się jednak nie trzeba, bo Morta Skuld to zespół, który w swym graniu łączy cechy obu właśnie tych składów. Podobnej rozpoznawalności jednak się nie dorobił, jako że ich debiut wyszedł w 1993 roku, a więc pod koniec złotej ery death metalu, a do tego nie przecierał żadnych nowych szlaków. Łatwo mogli zostać sprowadzeni do epigonów, ale niesłusznie, bo mimo skojarzeń z tymi bardziej znanymi hordami, nie byli jakimiś odtwórcami bez własnych pomysłów. Po prostu, mamy tu podobną stylistykę i klimaty. Dużo więc temp średnich i wolnych, z wchodzącymi co jakiś czas przyspieszeniami, a do tego grobowa atmosfera i odór rozkładu. Ale żeby było jeszcze ciekawiej, album rozpoczyna intro w klimacie soundtracku horroru – po takim przyjemnym wstępie wchodzą ponure riffy „Without Sin”. Ten numer zresztą jest dość reprezentatywny, bo pokazuje z czym będziemy mieć do czynienia na całym albumie. Sporo wolnych, miażdżących riffów, dużo zmian temp, skoki w szybsze obroty. I te wokale – trochę jak w Obituary, przypominające jakieś trujące wyziewy, ale też David Gregor ma na to całkiem inny patent niż John Tardy – głębokie growle, które czasami wykorzystuje jako złowrogie pomruki (czasem to nawet taki dodatkowy ,,instrument”). A że słowa wypluwa z siebie niespiesznie, to nie potrzebuje zbyt długich tekstów, żeby wypełnić utwór. Solówki zaś są dość melodyjne, oczywiście tak po death metalowemu, ale i wajchy zdarza się użyć. „Without Sin” można więc uznać za wizytówkę płyty, ale dalej jest równie ciekawie – „Devoured Fears” ma nieco doomowy riff i jeszcze bardziej wisielczy klimat, ale za to „Dying Remains” dla odmiany zaczyna się (i kończy) szybkim napierdolem, gdzie dopiero w środku pojawiają się urozmaicenia. Na pewno wyróżniłbym jeszcze „Scarred” z uwagi na ciekawy riff na otwarcie, a w szybszych tempach zalatuje lekko blackiem. Ale ogólnie w każdym utworze jest sporo zmian tempa i motywów, są gwałtowne przyspieszenia/ zwolnienia i oczywiście ta ponura atmosfera. Nie będzie to, rzecz jasna, materiał dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje intensywnego albumu wypełnionego szybkim młóceniem, jak np. u Deicide albo Vadera, to może się zawieść, ale za to fani „Cause of Death” będą pewnie zachwyceni. Choć album (i w sumie cały zespół) jest do polecenia nie tylko dla fanów Obituary, ale dla fanów old schoolowego death metalu w ogóle, zwłaszcza tego wolniejszego i bardziej klimatycznego. Do posłuchania w jakiś ponury jesienny wieczór będzie jak znalazł.

Mutineer


sobota, 30 sierpnia 2025

Decapitated - Cemeteral Gardens (1997)

Nigdy nie byłem za bardzo fanem Decapitated, ale ich pierwsze demo cenię szczególnie. Co więcej, według mnie to najlepszy materiał wypuszczony pod szyldem tego bandu! Nie żebym ich płyty uważał za niewystarczająco „tru”, po prostu aż tak mnie już nie biorą. Co prawda pierwszy album jest całkiem dobry, ale kolejne podchodzą już mniej, a te z Dredem na wokalu to już zupełnie nie mój klimat. Na domiar złego, zdarzały im się kolaboracje np. z wokalistką jakiegoś tam Jinjer, ale nie powinno to przesłaniać ich wczesnej twórczości, która była mocno dojebana. Zwłaszcza właśnie „Cemeteral Gardens”, jedno z najlepszych dem w polskim death metalu. Mamy tutaj taką odmianę gatunku, którą lubię najbardziej – czyli szybkie tempa, obskurny klimat i riffy zakorzenione w brutalnym thrashu. Dużo nasuwa się tutaj skojarzeń ze wczesnym Vaderem (zresztą od ich utworu „Decapitated Saints” zespół wziął nazwę) – głównie tym z demówek i pierwszej płyty. Zwłaszcza brzmienie bardzo kojarzy mi się z tym na „The Ultimate Incantation”, zaś riffy tną szybko i brutalnie. Jak w poprzedzonym intrem „Destiny”, albo w tytułowym kawałku, który rozpierdala najbardziej, szybkie riffy młócą tutaj bez litości. Choć w „Way to Salvation” pojawiają się też  trochę klimatyczne momenty, które nasuwają więcej skojarzeń z początkami Morbid Angel (czyli też zajebiście). Całość ma klimat tego wcześniejszego death metalu (z okolic 1990 roku), więc ten materiał był wtedy trochę spóźniony, ale co tam. Dodatkowe +10 do szacunku daje fakt, że kiedy nagrywali oni to demo, mieli ledwo po 16 lat, a Vitek tylko 13, a tak tu napierdala na garach! Czuć więc tą młodzieńczą energię, ale bez prostactwa – słychać, że grać to oni umieli i to naprawdę dobrze. Nikogo więc nie powinno dziwić, że poszli potem w techniczny death.

Nie ma się co zbytnio rozpisywać, bo w końcu sam materiał też długi nie jest. W każdym razie jest on do polecenia nie tylko dla fanów old-schoolowego death metalu, ale też dla fanów samego Decapitated, którzy mogą jeszcze tego dema nie znać. Warto posłuchać jak brzmiały początki tej ekipy!

Mutineer


PS: zwykle recenzuję tylko albumy, które mam na nośniku fizycznym, ale w tym przypadku jest to jeden z niewielu wyjątków, jako że jest to pozycja praktycznie niezdobywalna (można nabyć co najwyżej kompilację „The First Damned”, która zawiera numery z tego dema). W sumie ucieszyłbym się, jakby to kiedyś wznowiono, byłaby to niezła gratka dla fanów.

środa, 9 lipca 2025

Armagedon - Invisible Circle (1993)

 

Armagedon to dawny tytan sceny, który grał razem z Vaderem na jednej scenie w czasie, kiedy dopiero oba zespoły dopiero budowały swoją pozycję. Po czasie jednak Armagedon zszedł do podziemia, w przeciwieństwie do Vadera.
„Invisible Circle” to pierwsze wydawnictwo tej staro szkolnej gwardii z ziemi Polskiej. Nie ma tutaj momentu spokoju, jest ciągła jazda pełna zniszczenia, sama nazwa „Invisible Circle” idealnie odnosi do tego, co reprezentuje materiał - krąg zła, w którym zataczamy koła pełne agresji, bólu i cierpienia, jednak samo koło jest niewidzialne tylko słyszalne. Wokal ma dla mnie taki bardzo polski charakter, przypomina Vadera z pierwszego albumu, ale jest zdecydowanie bardziej agresywny oraz niższy. Sam instrumental jest ciężkim łomotem przeplatającym się z szybkimi fragmentami jak na prawidłowy death metal przystało. Jednak te szybsze momenty po przez surowe oraz ciężkie brzmienie utrzymują cały materiał w bardzo mocarnym, gęstym oraz monotonnym klimacie, a samo brzmienie można określić jako taka „esencja śmierci”. Są dwa małe odchyły od ciągłego stylu gry reprezentowanego na tym albumie, pierwszy to końcówka piosenki "From Beyond Oneself" gdzie razem ze standardowym graniem mamy klawisze kończące cały utwór tylko po to, aby potem uwypuklić pierdolnięcie na początku następnej piosenki. Drugi taki odchył następuje w ostatnim utworze „Insted of Epilogue” tylko że tutaj mamy do czynienia z instrumentalem z wyłączonym przesterem, który w taki złowrogi nie- metalowy sposób przygotowuje nas na dalszą część utworu. Jak już mowa o nie- metalowych elementach, to jeszcze wspomnę o intrze, które w złowieszczy sposób zwiastuje to wielkie nieskończone koło, bardzo przypomina mi intro z „Shizophrenii” od Sepultury.
Gdybym miał podsumować cały ten materiał, użył bym dwóch słów: "Polska piwnica". Album jest wspaniały, brutalny, dosadny oraz brudny, pozycja obowiązkowa dla fanów staroszklonego death metalu. 

Strzał

piątek, 2 maja 2025

Frightful - What Lies Ahead (2025)

Frightful narobił trochę zamieszania swoim pierwszym albumem, który był jedną z najciekawszych pozycji w polskim death metalu w ostatnich latach. Zwłaszcza, że był to materiał dość oryginalny, czerpiący zarówno z obskurnego thrash i death, jak i takiego Dissection. Z drugiej strony, Spectral Creator był na tyle udany, że zespołowi nie było łatwo do niego doskoczyć. Ale udało się, bo "What Lies Ahead" jest równie dobry, a może nawet i lepszy.

Pierwsza rzecz, jaka zwróciła moją uwagę po odpaleniu płyty – brzmi ona potężniej, niż na jedynce. Tamto brzmienie z debiutu, jakby nagrywane w mrocznej otchłani i z wokalem jak ze studni było oczywiście dobre i bardzo dodawało klimatu. No ale gdyby każdy kolejny album miał takie samo, to mogłoby się to stać nudne, a poza tym może i jest mniej tajemniczo, ale z większą potęgą. Bliższe jest do tego Frightfula koncertowego (a oni na żywo sieją zniszczenie totalne) – bardziej bezpośrednie i kopiące po ryju, choć klimat został oczywiście zachowany. Oprócz tego dużych zmian w samej muzyce nie ma. Dalej mamy tu ten typowy dla nich death metal z wpływami thrash i blackowymi, a zmiana gitarzysty nie miała na to większego wpływu. Eryk Jakubczyk całkiem nieźle wpasował się do zespołu; widać, że chłop dobrze poczuł ich stylistykę (a maczał palce w połowie utworów). Pośród napierdolu mamy sporo urozmaiceń, więc poszczególne kawałki wyróżniają się i zostają na dłużej we łbie. Mi bardzo podszedł  "No Fear", gdzie mamy sporo intensywnej jazdy, jak i też bardziej melodyjne i dość chwytliwe riffy, które robią świetną robotę zwłaszcza w końcówce utworu. Bardzo wybija się też ostatni na płycie "Inexplicable", z akustycznym zwolnieniem, które wydaje się outrem, a tu nie! Chwilę później napierdalają dalej. Tytułowy numer ma całkiem chwytliwe refreny i blackowe wstawki, a w "Disincarnate Sower" jest też sporo dobrych riffów, które momentami kojarzą się trochę z Dismember. Wspomnieć trzeba też o "Into the Phantom Hearts", gdzie jest ogólnie sporo motywów, zmian tempa, no prostu monumentalne dzieło. Na nudę więc na pewno nie ma co tu narzekać. I nie tylko na nudę, bo nie da się tu do czegokolwiek doczepić. Wyszedł genialny album, myślę, że w czołówce płyt roku znajdzie się na pewno. Przydałoby się jeszcze ich złapać z tymi utworami na żywo, niezły będzie rozpierdol.

Mutineer

sobota, 5 kwietnia 2025

Miscreance - Convergence (2022)

 

W końcu zespół, który potrafi zagrać progresywny death jak ongiś Death czy Pestilence, nie sweepujac przy tym przez cały album. Czasem to się rzygać chce od tych hiper nowoczesnych bandów ze sterylną produkcją i sterylnymi okładkami, przykładających się bardziej do szpanowania umiejętnościami niż pisania dobrych numerów. Fajnie że w końcu pojawili się tacy, którzy postanowili podejść do tematu w bardziej old schoolowej formie. Choć obecnie najbliżej mają do innego młodego zespołu -Species. Można powiedzieć, że my mamy Species, a Włosi mają Miscreance. Oba zespoły mają sporo ze sobą wspólnego, psychodeliczne okładki, podobne podejście i inspiracje. Z tym że bohaterowie tej recenzji idą bardziej w death i mniej tu nawiązań do prog rocka. Tak czy siak znajdziemy tu klimaty mocno kojarzące się z twórczością ekip Schuldinera i Mameliego, a także z Atheist lub Cynic. Podejrzewam że inspiracją mogli być też rodacy Miscreance z Sadist, ale że ten zespół znam słabiej, to wpływów nie wyłapałem. Skojarzeń z Death miałem najwięcej, głównie tym od Humana w górę. W otwieraczu, Flame of Consciousness na dzień dobry mamy klimat jak z Individual Thought Patterns, a potem na włazi wokal, brzmiący jak Van Drunen na Consuming Impulse. Może aż trochę za bardzo Van Drunenowy ten wokal, ale ważne że dobry (najgorzej jak zespół bierze prosiaka na wokal). W podobnym klimacie jest Incubo, ale tutaj jest zmixowany bardziej z tym Death z Leprosy. Początek skojarzył mi się nawet trochę z Trapped in a Corner, z tym że ten riff tutaj jest bardziej szalony, a sam numer połamany jak przeciętny perkusista po niedanej próbie zagrania go. Oczywiście to nie tak, że wszystko od Schuldinera pozrzynali, pewnych skojarzeń się po prostu nie uniknie. Jako że Death nasłuchałem się dużo, to i skojarzenia nasuwają się same. Bohaterowie recenzji są jednak nieco bardziej pierdolnięci w kwestii rytmu, w tym raczej do Atheist mają bliżej. W No Empathy zdarzają się im też odjechane riffy w klimacie Voivod. Nie można jednak powiedzieć, że Miscreance gra pod ten, czy tamten band, a po prostu dobrze wykorzystuje inspiracje. Najlepszym przykładem ich inwencji jest numer Fall Apart, który jest też najbardziej kopiącym na albumie. Dużo szybkich, szarżujących riffów, a nagle w środku dość nietypowe wyciszenie, wprowadzające klimat bardziej… psychodeliczny? Jazzowy? Nie wiem, ale odpierdala się tam konkretnie. Równie dobry jest też Alchemy, choć tym razem już bez takich odlotów.

Przy całym zakręceniu muzyki tej ekipy, płyty słucha się dobrze, nie ma wrażenia przekombinowania. Do tego to dość zwarty materiał, wszystkie te wywijasy upchnęli w zaledwie pół godziny, a gdyby pominąć outro, to nawet krócej. Jedyny minus to te szeptane/ recytowane wstawki w niektórych miejscach, ale to tyle. Pozostaje czekać aż kiedyś zagrają u nas gig ( i oby ze Species!) oraz na kolejne materiały, bo skoro zaczęli od takiego debiutu, to co dopiero będzie dalej?

Mutineer

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...