niedziela, 24 maja 2026

Morlord - Mundus Mortis (2025)

 

Pierwszy raz w mojej działalności recenzenckiej/ zinowej zdarzyło się, że dostałem darmowy egzemplarz płyty od zespołu. Otóż Morlordowi spodobał się nasz ziniacz i wywiad, to mi Drac wysłał płytkę w zamian. Tu jednak pojawia się problem. Bo „Mundus Mortis” to dobry album, ale jak wyskoczę z pochwałami, to zabrzmi to tak, że skoro dostałem za darmo, to teraz trzeba chwalić. Ewentualnie że się chce podlizać. Coś tam chciałem jednak naskrobać, żeby chłopaków wspierać, postaram się być jednak jak najbardziej obiektywny. Wnioski, czy warto po album sięgnąć, wyciągnięcie sobie sami.

Zacznijmy od początku- Morlord powstał w 2023 w Bydgoszczy i od razu zaatakował Epką „Post Mortem”. Był to piwniczny thrash/ death, gdzie czuć było zatęchłą kryptę i klimaty typu Death, Vader, Obituary, ale zdarzało się też trochę momentów blackowych. Pełny album nie jest jakoś bardzo odległy stylistycznie, ale jednak są pewne różnice. Ostał się obskurny klimat i mrok, ale na EP było więcej tych wisielczych zwolnień, był to raczej materiał nastawiony na grobowy klimat. „Mundus Mortis” jest intensywniejszy, bardziej skupionym na rozpierdolu. Wolne riffy oczywiście też są, ale raczej robiące miazgę niż atmosferę krypty. Za to w kąt poszły te black metalowe naleciałości. Sporo tu z thrashu -pędzące riffy w wielu kawałkach i charakterystyczne refreny w „Skynet Apocalypse”, „Anti Credo” i „9 Kregu Piekła”. Najbardziej thrashowo jest w „Straight to Hell”, tu w ogóle zaskoczyli, bo główny riff kojarzy się z Exodusem. Co zwraca uwagę, to na pewno wokale, które są dość urozmaicone, często bywają w klimacie Deicidowym! Jak się posłucha takiego „Monstrosity Made of Steel” albo „Sodomii Społeczeństwa” to się można zastanawiać czy sam Glen Benton ich w studiu nie odwiedził. Riffowo jednak dalej więcej tu z Death, tego wczesnego, tak najdalej po „Spiritual Healing”. Z resztą jest tu cover „Baptized in Blood”, także łatwo wskazać jaki zespół był jedną z większych inspiracji.

Żeby nie było zbyt kolorowo, to muszę stwierdzić że nie jest to wyziew tak potężny, jak debiuty Pandemic Outbreak czy Frightful, no ale to też nieco inny rodzaj death metalu. Trzymam tak czy inaczej za Morlorda, mają spory potencjał i ciekawie mnie co pokażą na kolejnych wydawnictwach. Jak na kolejnym będzie taki postęp jak między epką a debiutem, to już pewnie nie wytrzymam i zacznę chwalić taki materiał na potęgę.

Mutineer

poniedziałek, 4 maja 2026

Prosecutor - Krew Czarnej Ziemi (1992)

Zdarzyło mi się już pisać o tej płycie – była recenzja w zinie Riders of Doom (RIP). Ale album warty jest tego, żeby wspomnieć o nim ponownie, bo to jedna z największych perełek w polskim thrashu. Z najlepszych pozycji gatunku w Polsce na pewno byłby u mnie w pierwszej piątce. Niewątpliwie „Krew Czarnej Ziemi” jest totalnym arcydziełem i wielka szkoda że nie jest to tak znana pozycja.

Mamy tu coś między Kreatorem, Metallicą, a dajmy na to, Katem i Sepulturą. Może jeszcze coś z Destruction będzie, ale raczej tym z „Release from Agony”. Ale zostało to raczej przemielone na styl typowy dla Prosecutora. Tempa są zróżnicowane, riffy kąsają jak na „Extreme Aggression”, a wokale to już bardziej death/ thrash. Nie jest to co prawda ani jakiś thrash super agresywny, ani ultra techniczny, ale to nie ma znaczenia, bo i tak powstało dzieło. Moim faworytem z tracklisty jest zdecydowanie tytułowy numer- świetne riffy szkoły Kreatora, szybki, a nawet trochę chwytliwy. Dobre wrażenie robi też „Lód”, albo „Pustynia Śmierci”, te wolniejsze momenty z pełnymi grozy wokalami są świetne. Podobnie mroczna atmosfera bije z „Dla kogo Świeci Słońce?” (refreny miażdżą banię!). Jest też ballada – „Embrionalna Śmierć” i jest to jedna z najlepszych ballad, jakie słyszałem. Bardzo emocjonalna, niby podobna do tych Metallicowych, ale zrobiona po swojemu.

Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na texty -naprawdę świetne pod względem sposobu pisania i ich poetyki, jak i podejmowanych tematów. Ale równocześnie bez popadania w jakąś zawiłą poezję, z której autor miałby 15% na maturze, albo w pseudofilozoficzne pierdolenie.

Minusy? Tylko jeden, mianowicie brzmienie, przez które utwory trochę tracą, zwłaszcza „Dyktatura Mózgu”. No ale to był częsty problem wielu polskich albumów (turbowe „Epidemie” albo „Fallen Angel” Dragona). Po za tym dzieło kompletne. Również okładka, mimo że minimalistyczna, według mnie jest świetna. Szkoda że zespół szybko przepadł bez większego sukcesu i drugą płytę wydali dopiero po wielu latach po reaktywacji. Tak czy siak, za „Krew Czarnej Ziemi” szacun dla tej załogi ogromny.

Mutineer





Overkill - The Years of Decay (1989)

  Gdybym miał sporządzić ranking najlepszych płyt thrash metalowych, to na pewno „The Years of Decay” znalazłoby się w pierwszej dziesiątce...