poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Sabbat - Dreamweaver (1989)

 

Na świecie mamy dwa znaczące zespoły o nazwie Sabbat – szalonych japońców od „Zombie Samurajów” oraz „ten dawny zespół tego producenta, co teraz gra w Judasach”. Dzisiaj właśnie o tych drugich będzie. No bo tak, Andy Sneap zanim stał się znany głównie z produkcji lub zastępowania Glena Tiptona miał całkiem konkretny zespół, będący jednym z głównych przedstawicieli thrashu na Wyspach. Wyróżniali się swoim specyficznym stylem z nawiązaniami do folkloru i „magicznymi” textami. Ale daleko im do prekursorów folk metalu, śladowe użycie wiolonczeli czy innych skrzypiec nie gra tu pierwszych (hehe) skrzypiec – tak jak intro „Altered State” nie czyni podobnych prekursorów z Sepultury. Przede wszystkim to mocarny thrash, szybki, ale i epicki. I niezbyt podobny do czegokolwiek. Niektóre momenty kojarzą mi się z Testamentem z „The Legacy”, niektóry może z Sodom czy Forbidden, ale to bardzo luźne skojarzenia. Zespół miał na tyle oryginalny styl, że ciężko ich pomylić z czymś innym. Dużo pędzenia, szybkie riffy, ale też dużo zmian temp i sporo klimatu, co pasuje świetnie do tematyki mrocznego fantasy. No właśnie, „Dreamweaver” to concept album, oparty o książkę „Way of Wyrd”, ogólnie klimaty magii i celtyckiego pogaństwa, super, nie? Texty są takie narracyjno- dialogowe, do tego naprawdę długie. Wprawdzie wokal Walkyiera jest dość specyficzny -jego szczekliwa maniera może nie podejść przy pierwszych przesłuchaniach, ale szacunek dla gościa, ile słów potrafi z siebie wypluć. Że też potrafił tyle linijek napisać i jeszcze zapamiętać.

Co do samej muzyki jeszcze, to jak miałbym któreś kawałki wyróżnić, to na pewno „The Clerical Conspiracy” -nie bez powodu najbardziej znany z albumu. Szybki killer, ale też łatwo wchodzi do głowy, z różnymi zmianami temp i świetnym solem (jednym z wielu, bo właściwie wszystkie solówki na albumie są dojebane). Świetny jest też „Mythistory”, ten riff na otwarcie to istna potęga. Z resztą dojebanych riffów jest na całym albumie pełno, czego kolejny przykład to „The Best of Enemies”, przy okazji ten kawałek ma pod koniec takie schizowe, szeptane wokale, co robi niezły klimat. Wspomnieć jeszcze trzeba o „Wildfire” -ponownie ze względu na riffy, na niezły wpierdol, a także dlatego, że wystarczy trochę posłuchać i zaraz się wykrzykuje „Wildfire!!!”. Choć w każdym kawałku coś się znajdzie, wszystkie są bardziej lub mniej złożone, z często zmieniającymi się motywami. Totalnie inny jest tylko (pomijam intro i outro) „Advent of Insanity”, krótki, spokojniejszy utwór, który ma ilustrować podróż bohatera statkiem. Także mamy tu skrzypienie łodzi, szum fal, akustyki i wiolonczelę w tle. I to byłoby tyle z folkowych elementów, za to niedługo później Martin Walkyier po odejściu z Sabbat założył Skyclad, w którym o wiele bardziej poszedł w takie klimaty. W efekcie powstał zespół, który naprawdę był jednym z pierwszych folk metalowych, ale to już inna historia. Sam Sabbat zaś nagrał w nowym składzie album „Mourning has Broken”, który miał fajną, epicką okładkę, ale poza tym przy „Dreamwaver” może się schować. Słowem podsumowania – totalny top thrashu nie tylko brytyjskiego, ale ogólnie. Jak ktoś tego albumu nie miał jeszcze okazji poznać, to może ten text go zmotywuje. Wildfire!!!

Mutineer

środa, 8 kwietnia 2026

Quo Vadis - Quo Vadis (1991)

 

Quo Vadis to dość ciekawy przypadek. Zespół, który w pewnym sensie próbował być równocześnie Vaderem i Acid Drinkers. Nie żeby się na nich wzorowali (choć dema ekipy z Olsztyna mogli słyszeć), chodzi bardziej o ogólne podejście. W 1991 roku ich debiutancki album był jednym z najbrutalniejszych pełnopłytowych materiałów w naszym kraju - konkretny death/ thrash, kopiący dupę jak cholera. Ale równocześnie sporo tu humoru i różnych specyficznych dodatków, które mogą niektórych odstraszać. W części kawałków mamy jakieś intro lub outro – radziecki hymn w „NKWD”, wojskowa piosenka na koniec „Monofobii”, płacz w „Bólu Istnienia”. „Trzy Szósteczki” to utwór ogólnie dość jajcarski. Do tego dochodzi specyficzny cover… Maanamu - „Kocham Cię, Kochanie Moje”, ale przerobiony tak, że wyszedł niemal grind! To podejście do coverowania, z którego później zasłynęli wspomniani Acid Drinkers. Pewnie dla niektórych te luzackie elementy albumu mogą być nie do strawienia, jako nie pasujące do muzyki. U takich Acidów sprawdzało się to trochę lepiej, bo oni grali inaczej, bardziej crossoverowo. Tutaj może zdawać się to nieco groteskowe, ale, ale! Sama muzyka jest naprawdę konkretna- jazda, którą można porównać ze Slayerem, Sepulturą, Kreatorem, albo nawet w pewnym stopniu z takim Morbid Saint. Z Vaderem też, ale raczej tym z „Necrolust”, przynajmniej mi się tak niektóre momenty kojarzyły. Generalnie thrash, ale mocno podkręcony. Panowie zasuwają aż miło, a riffy robią tu świetną robotę, choćby w „NKWD”, „Wegetacji” albo ten na początku „Monofobii”, taki dość slejerkowy. Z resztą ten riffowy cytat w „Trzech Szósteczkach” pokazuje kto był największą inspiracją zespołu. W wielu momentach Quo Vadis wchodzi już w death metal, ale zdarzają się im też melodyjne zagrywki (w „Czerwonym Prawie” robią fajny kontrast do brutalnie pędzącej reszty).

Ciekawe są texty -takie trochę punkowe, antysystemowe, wyrażające sprzeciw wobec szarej rzeczywistości tamtych czasów. Komuchom dostaje się tu nawet bardziej niż u Dezertera czy Moskwy, no ale też takie liryki w 1991 roku mogły już przejść. Ustrój się zmienił, to można było jechać ostro. No i ta okładka -też trochę punkowa, mi się nawet trochę z grindem kojarzy.

Jak miałbym wszystko podsumować, to mimo pewnych „udziwnień” to i tak jedna z najlepszych płyt thrashowych po polsku (jest jeszcze english version, ale mniej ciekawa). Mi te wszystkie dodatki zbytnio tu nie wadzą. Dla wielu to wręcz pozycja kultowa, choć myślę że nie została doceniana na tyle ile zasługiwała. Ciekawe czego to kwestia? Ich luźnego podejścia, czy może nie mieli wystarczająco szczęścia? Temat na dłuższą analizę (brzmi jak coś dla kolegi Mutanta z zaprzyjaźnionego bloga, hehe, pozdro). Tak czy inaczej, wczesne Quo Vadis to naprawdę konkretny kawał napierdolu i ich debiut mogę tylko polecać.

Mutineer

Overkill - The Years of Decay (1989)

  Gdybym miał sporządzić ranking najlepszych płyt thrash metalowych, to na pewno „The Years of Decay” znalazłoby się w pierwszej dziesiątce...