Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom metal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 sierpnia 2025

Black Sabbath - Master of Reality (1971)

Nieuniknione się stało, nie żyje człowiek odpowiedzialny za najważniejszy wokal w historii metalu. Ozzy - człowiek- legenda, głos który zapisał się wielkimi literami w historii nie tylko metalu, ale też całej muzyki. Zdecydowałem się na napisanie paru słów na temat tej płyty, ponieważ dzień przed śmiercią ojca metalu była rocznica wydania tego dzieła.

Czas powstawania „Mastera” był czasem wzrastającej popularności Sabbath’ów, pierwsze dwa albumy zespołu były hitami, a wytwórnia oczekiwała kolejnego hitu, szczególnie sprzedażowego. Ciągłe koncerty oraz presja z każdej strony mogły zwiastować katastrofę. Jednak dostaliśmy album wybitny, oszałamiający, moc brzmienia, monumentalne riffy, niezastąpione wokale Ozzy’ego, genialna sekcja rytmiczna, czyli perkusja podkreślająca pierdolnięcie gitary, a do tego bas, który również dodaje mocy. MOC – słowo, które definiuje ten krążek. Nie oznacza to jednak, że jest zamuła. Pomimo potęgi, album trzyma tempo, a w niektórych momentach przyśpiesza („After Forever” oraz końcówka „Into The Void”). W moim prywatnym rankingu „Master of Reality” razem z takimi rzeczami jak "Dopethrone", "Sleep’s Holy Mountain" oraz „Relentless” od Pentagramu, zajmuje pierwsze miejsce w kategorii szeroko przeze mnie pojmowanego upalnego metalu, w końcu „Sweet Leaf” to pieśń wychwalająca właśnie weed.

Nie bez powodu wspominałem o muzyce stoner wyżej, jestem zdania, że to właśnie ten album był preledium dla doom metalu, a nie wątpliwie dzieckiem tego gatunku jest stoner, czy to się komuś podoba czy nie.

Jak już jesteśmy przy piosenkach, to lećmy dalej - „After Forever”, czyli szybszy, a przy tym zwarty kawałek z hipnotyzującym syntezatorem na samym początku. Kolejny to „Embryo” – gitarka, która w taki fajny i dość charakterystyczny sposób brzęczy. No i przechodzimy do „Children Of The Grave”. Kurwa, jak ja uwielbiam ten track. Jest on dla mnie definicją oraz esencją całej płyty. MOCNY, SZYBKI, WYLUZOWANY, ZWARTY, oczywiście z kozacką solówką oraz dojebanym końcem, gdzie można usłyszeć Ozzy’ego szeptem mówiącego 2 razy „CHILDREN OF THE GRAVE”.

Druga strona rozpoczyna się od „Orchid” - szybki instrumental który przez swoją wybitną gitarę wprowadza dosłownie do ogrodu. „Lord Of This World”, który od początku porywa swoją mocą oraz nawiedza umysł słuchacza. „Solitude” - kawałek z znikomą ilością gitary, za to z dużą ilością innych małych bajerów na czele z fletem, oprócz tego to tylko wokal oraz bas. No i oczywiście „Into The Void”, który zawsze budzi w mnie dysonans - z jednej strony dalej jest taki trans jak przy inny utworach, ale jednocześnie są zmiany tempa które zaburzają te doznania, jednak jest to dla mnie plusem.

Przyznam, że nie rozpisałem się za dużo na temat tego albumu, jestem jednak przekonany, że każdy z czytelników miał styczność z tą płyta, przynajmniej raz w życiu. Tak naprawdę całą tą recenzją chcę oddać pewnego rodzaju prywatny hołd. Nawiązując do początku chcę tylko napisać, że jedyne co teraz możemy zrobić to pamiętać oraz słuchać i hołdować to, co nam Ozzy razem z całym zespołem zostawili.

Pozdro,

Strzał 

środa, 11 czerwca 2025

Pentagram - Relentless (1985/ 1993)


Właśnie znajduję się w pociągu powrotnym z Mystic Festiwalu, a obok moja kompanka podróży zapuszcza na słuchawkach Pentagrama, na który z resztą przede wszystkim przyjechałem. Uważam, że jest to idealny moment na napisanie paru zdań na temat najbardziej znanej płyty tego zespołu, który jest jednym z największych klasyków sceny doomowej.

„Relentless” ma wiele twarzy, raz raz zwarty i szybki (jak na standardy dooma), raz gęsty i ciemny jak smoła pochłaniająca wszelkie światło. Jest to album, który w niesamowicie zręczny sposób jest w stanie porwać słuchacza również niesamowicie chwytliwymi riffami, oraz solówkami, ale jeszcze przy okazji naprawdę w bardzo dobry sposób groović (słynny moment z „Sinstera”). Wali z tego albumu ciemnością, Szatanem (potęguje to minimalistyczna i złowroga okładka) oraz narkotykowymi wojażami zespołu, cała pyta siedzi bardzo na weedzie. To daje nam zło wymieszane z hedonistycznym stylem życia (w szczególności Bobbiego), czego klimat słychać we wspomnianym „Sinster”, „Relentless” albo „20 Bucket Spin”. Album zajebisty, perfekcyjny oraz wspaniały, wchodzi jak masło, uderza jak młot.

Pisząc jeszcze teraz o Pentagramie przypomniał mi się ten boom na ten zespół przez słynną rolkę, gdzie pan wokalista w stanie (najprawdopodobniej) względnej trzeźwości wpatrywał się w tłum słuchaczy, można sobie zadać pytanie: co to dało? No, na pewno wybuch popularności oraz zainteresowania zespołem, ale z drugiej tez strony czy jakoś się to utrzymuje po czasie? Na pewno pewna część ludzi w ten sposób poznała zajebisty zespół a może nawet zaczęli poznawać inne zespoły doomowe ale jestem i tak pewien, że 95% ludzi. którzy zobaczyli tą rolkę i tak zapomniało o Bobbym. Wniosek? Nie ma się co przejmować takimi krótkotrwałymi wybuchami popularności zespołu przez tik toka bo i tak ludzie po tygodniu zapomną, w taki sposób po prostu działa popularność tik tokowa.

Tym tekstem kończę tą recenzje. Nie bijcie mamy, nie bierzcie za dużo narkotyków, ale słuchajcie dużo Pentagrama!

Strzał




wtorek, 6 maja 2025

Type O Negative -Slow, Deep and Hard (1991)

Zawsze zachowywałem dystans do Type O Negative, jednak kiedyś usłyszałem, żebym jednak posłuchał ich pierwszego albumu – po pół roku w końcu to zrobiłem i muszę przyznać, że zmiotło.

Jednym z najważniejszych elementów sztuki jest umiejętność wyłapania emocji i wlania ich do „dzieła”, a metal szeroko pojmowany tworzy przestrzeń do tego idealną. To właśnie muzyka, z której płyną szczere emocje jest, moim zdaniem, tą najlepszą i najprawdziwszą. A jeśli weźmiemy do tego Petera Steele'a (w stanie nieprzewidywalności oraz z załamaniem psychicznym), dodamy bezkompromisowy styl pisania tekstów (znany z Carnivore – „Male Supremacy” i „Jesus Hitler”) to dostaniemy „Slow Deep and Hard”.

Album jest emocjonalny jak jasna cholera, a styl muzyczny można określić jako połączenie sludge gotyku wraz z crossoverem w stylu Carnivore, co sprawia, że album brzmi dość chaotycznie. Podczas pierwszego odsłuchu miałem wrażenie, że za chwilę będzie koniec utworu, ale była to dopiero jego połowa (raz słychać Carnivore, a chwilę później wolny walec brzmiący jak “zgniła zieleń’’). Daje mi to poczucie pewnego dysonansu, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu – mimo że wcześniej pisałem o tej całej niespójności, to jednak umiejętne posklejanie tych riffów razem z tekstami daje wręcz dziwne poczucie spójności (oprócz „The Misinterpretation of Silence and Its Disastrous Consequences”, które jest po prostu 64 sekundami ciszy). Ten nieokiełznany styl daje wrażenie obcowania z ciągłym metaforycznym wymiotem wymierzonym w rzeczywistość otaczającą Petera – raz jest agresywnie, raz smutno, a raz obrzydliwie, za to sam klimat wieje nihilizmem/ weltschmerzem. I właśnie ta szeroko pojęta brzydota idealnie określa, z czym mamy do czynienia – sygnalizuje nam to już sama okładka (paskudny kutas).

Album dość mocno został przyćmiony przez sukces kolejnych – „Bloody Kisses” oraz „October Rust”, ale to właśnie „Slow Deep and Hard” uważam za najciekawszy oraz godne uwagi dzieło tego niepoprawnego zespołu.

Strzał


Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...