Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thrash metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thrash metal. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 września 2026

Ominous Moon - Walking the Dead (2024)

 

Brytole nie byli nigdy potęgą w thrashu, ale trochę klasyków mieli. A jeszcze więcej prekursorów gatunku. A jak to wygląda obecnie? Szczerze mówiąc, nie wiem, bo nie śledzę tamtejszej sceny. Ale takie twory jak Ominous Moon pokazują, że chyba nie jest tam najgorzej i wciąż powstają ciekawe materiały. Poznałem ich swego czasu dzięki wywiadowi z Underground Unleashed Zine (pozdro!). To trio z Southend-on-Sea (kawałek na wschód od Londynu) jest old schoolowe do bólu, dużo rzeczy robią metodami DIY, własne plakaty, ulotki, grają jakby był maxymalnie rok 1985-86, gdy kolejne zespoły próbowały przekraczać granice, a brzmią totalnie obskurnie. Jak tylko wybrzmi tajemnicze intro, to od razu rzuca się w uszy to brzmienie -jak jakaś stara demówa z piwnicy. A to przecież pełny album. Niejednego ta produkcja odrzuci, ale w końcu Ominous nie tworzą dla mas - lubisz plugawy old school, albo wypierdalaj! Na początku skojarzyli mi się z demami polskiego podziemia thrash/ death, ale jednak muzycznie tu mamy trochę inne rejony. Nasi Angole napierdalają raczej pierwotny, brudny thrash, w którym sporo jest z pierwszej fali blacku. Głównym skojarzeniem ich muzyki był u mnie Celtic Frost z „Morbid Tales” i tak myślę że stoją najbliżej tego właśnie bandu. Zanim ktoś jednak zacznie narzekać, że „eee, kolejny black/ thrash, nuda”, to powiem, że nie całkiem. To nie jest kolejny klon Sodom/ Venom/ Midnight, jakich pełno (choć takie też są fajne). Jakby to była rzeczywiście płyta z połowy lat 80, można by ją określić jako „proto- extrema” - coś co mogło wyewoluować później w death metal, ale póki co jeszcze niepozorne. Tempa są raczej średnio szybkie, czasami zalatują nawet punkiem (jak w „Skeletal Lunarcy”, główna część „Death Is in the Air”), czasem Venomem („Waking the Dead”- nawet wokale trochę Cronosowe) a w „Blast Lung” jest nawet bardziej doomowy riff, ale przez tą surowiznę skojarzył mi się raczej z Autopsy, niż Candlemass czy Black Sabbath. Zdarza się jednak, że czasami napieprzają trochę mocniej, zbliżając się do rejonów brazylijskiej rzezi („Death Is in the Air” albo „Stone Cold Metal”) ale te momenty jednak nie dominują.

Album raczej nie będzie dla każdego -wrażliwcy lubujący się w ładnie wypolerowanym brzmieniu mogą sobie odpuścić, odpadną pewnie i tak już w pierwszym kawałku. Ale dla fanów old schoola, zwłaszcza słuchających piwnicznych dem będzie to miód na uszy. Co prawda, nie wiem czy nie przegięli z tym demówkowym soundem, bo jednak albumy zawsze brzmiały bardziej profesjonalnie, ale ważne że jest w tym szczerość i pasja. Zostaje im kibicować, niech dalej hałasują, póki w Kalifacie Anglii to jeszcze legalne.


Mutineer

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

KAT - Bastard (1992)

 

Kiedy jeszcze żył Romek, Luczyk miał w zwyczaju pruć się w jego stronę przypisując sobie trochę za dużo zasług i narzekając, że wokalista śmie grać jego utwory. Często było to dość absurdalne, niektóre jego wypowiedzi były w stylu „Kostrzewski gra moje utwory! Moje! Moje własne! Moje sssskarby!”. Dobra, nie ma też co umniejszać wkładu „Kałboja”, bo bez niego ten zespół by nie powstał, ale też czasem by trzeba sprowadzić chłopa do pionu, bo nie stworzył totalnie każdego dźwięku. Najlepszym przykładem album „Bastard” -jedno z najbardziej zespołowych dzieł Kata.

Grupa wróciła tu po paru latach przerwy, w nieco odświeżonym składzie. Do zespołu dołączyli Oset i Regul, którzy mieli duży wpływ na muzykę. Styl zespołu też uległ pewnym zmianom, numery stały się bardziej złożone i połamane, w efekcie to jedna z najbardziej progresywnych płyt Kata. I po drugie, muzyka ma tu znaczniej indywidualny charakter, jak wcześniej porównania z Venomem, Metallicą czy Slayerem bywały na miejscu, to tutaj z niczym konkretnym już nie można tego grania porównać. Trochę niestety zniknęła gdzieś ta aura niesamowitości, za którą uwielbiam „Oddech” i „Szóstki”, ale czysto muzycznie „Bastard” jest albumem naprawdę rewelacyjnym i bardzo dopracowanym. Najlepsze momenty? „W Bezkształtnej Bryle Uwieziony” -chyba najbardziej reprezentatywny, z wieloma zmianami temp, urozmaicony i z charakterystycznym textem Romka. Od razu zwraca też uwagę mocne brzmienie perkusji na albumie, ma takie fajne pierdolnięcie. Są fajne killery, jak utwór tytułowy (te mocarne riffy!), „Odmieńcy” i wyładowane solówkami „Piwniczne Widziadła”. Są utwory wolniejsze – posępny „Zawieszony Sznur” i nieco luzacki „W Sadzie Śmiertelnego Piękna”. Z tym wszystkim kontrastuje najsłynniejsza katowska ballada, „Łza dla Cieniów minionych”, klimat smutku i straty został w niej świetnie oddany.

Co prawda liryki zaczęły na tej płycie dryfować już w nieco dziwnym kierunku (patrz „Odmieńcy”, „Bastard”) ale wciąż są dobre, bez tych kwiatków z kolejnych płyt. W większości mamy całkiem niezłą, typowo- Romkową poezję (oczywiście jak się lubi jego styl, bo nie wszyscy są entuzjastami). Do tego dochodzi ciekawa okładka, ale trzeba pamiętać, że pierwotna wyglądała nieco inaczej (ale tą starą wersję też lubię). Ostatnie tak doskonałe dzieło Kata, potem bywało już z tym różnie...

Mutineer

sobota, 29 sierpnia 2026

Warfist - Grünberger (2019)


Warfist zaprezentował niedawno ostatni album i zapowiedział zwiniecie interesu, to też dobry pretext, żeby przypomnieć ich nieco wcześniejsze dzieło. „Grünberger” to był mój pierwszy kontakt z tą ekipą i ta płyta zrobiła na mnie spore wrażenie. Katowałem ją jakiś czas najpierw na jutubie, potem na cedeku. Później mi przeszło, ale od czasu do czasu dobrze do niej wrócić, bo to naprawdę konkretny cios. Co prawda Warfist nie jest najbardziej oryginalnym zespołem, daleko do jakiegoś ultra- wizjonerstwa, ale i tak trochę się wyróżniają wśród wielu black/ thrashowych ekip. Ciężko mi właściwie opisać na czym to polega, trzeba posłuchać. Z porównaniami do jakichś nazw też nie jest łatwo, po prostu napierdalają po swojemu i tyle. No i przyznajcie, że concept album o historii Zielonej Góry zamiast hymnów ku czci Rogatego to też dość oryginalny pomysł. W każdym razie, skoro black/ thrash, to mamy tu intensywną dawkę wpierdolu. Poprzedzonego jednak łagodnym intrem z „Black Army”, ale to taka cisza przed burzą. Bo już samo „Black Army” zapewnia niezły łomot, po czym następują kolejne killery. Bywają nawet jeszcze bardziej zabójcze, jak ultra szybki „Atrocious Saviour” albo „Death by the Cleansing Fire”, gdzie zasuwają momentami nawet na blackowo. Choć jest też taki „March od Death”, który obfituje w więcej zwolnień i klimatu. Brzmieniowo jest raczej surowo, ale to też nie piwnica. Ale przede wszystkim materiał jest też bardzo chwytliwy, większość kawałków szybko wchodzi do głowy i wiele refrenów można krzyczeć razem z Mihem. Najbardziej „The Punishment” ale „Feasting on Dead Bodies”, „Slay, Swive and Devour” i wspomniany już „Death by the Cleansing Fire” też mają sporo chwytliwości. Co daje duży potencjał koncertowy – na żywo to musiała być moc! Niestety jakiś czas temu Mihu zrezygnował z grania na scenie, czyniąc z Wojennej Piąchy zespół tylko studyjny. Szkoda, bo zobaczyłbym tą załogę w akcji, nie wiem, może się chłop jeszcze namyśli i przed rozwiązaniem grupy coś zagra.

Jak ktoś szuka wirtuozerii – to nie tutaj. Ale jak potrzeba solidnego wpierdolu- „Grünberger” będzie jak znalazł. Równocześnie mam wrażenie, że ta płyta powinna podejść też tym co zazwyczaj w black/ thrashu nie siedzą. Zaraz sami zaczniecie krzyczeć „The Punishment!!!”.

czwartek, 23 lipca 2026

Abuser - Blood Marks (2026)

 

Ależ miazga. Ależ wpierdol. I jakie dobre! Wrocławska brutalna horda w końcu wypuściła debiutanckiego pełniaka. Mieli ponoć trochę pecha w ostatnich latach i trochę z tym zeszło, ale zawartość powinna wynagrodzić cierpliwość. Mamy tutaj bezlitosny thrash, który od razu wywołuje skojarzenia z takimi brutalistami jak Morbid Saint, Demolition Hammer albo Dark Angel. Czyli podobnie jak u tamtych klasyków -wszystko podkręcone na full i często to granie ociera się już o death metal. Niektóre riffy są wręcz po prostu death metalowe. Utwory pędzą i zarzynają bez litości. Dobrze pasuje do tego ta okładka, poszczególne kawałki są jak te noże, które bezustannie na nas spadają, zadając mordercze ciosy. Ale równocześnie też jest to wszystko naprawdę dobrze zagrane, nie jakaś bezmyślna łupanka, o co w takim stylu łatwo. Choć też bez przesady w drugą stronę, bo super technicznie też nie jest. Przy pobieżnym odsłuchu utwory mogą zlać się nieco w jedną, brutalną masę (może o to chodziło -żadnej litości dla słuchacza!) ale jak się w płytę bardziej wkręcimy, to szybko wyłapiemy faworytów. Mimo że płyta to głównie szybka jazda, to parę numerów na pewno się wybija. Jak otwieracz, „Cry of the Innocent”, z charakterystycznym introsem, gdzie świetna robotę robią gary, albo ultra szybki „Painbringer”. Jednak jeszcze lepsze są „Struggling for Reality” (dobre riffy) albo „Abuser”, w którym znalazło się też trochę chwytliwości i dobry refren. Ale ciekawy jest też „Fin de Siècle” – najwolniejszy utwór w zestawie, wprowadzający nieco inny klimat. Recytacja pod koniec trochę mi się kojarzy z „Mandatory Suicide” Slayera. No i też ten kawałek pokazuje, że taki brutal – thrash nie musi być jednostajny. Co do textów, to bez niespodzianek -masa krwi i przemocy w najróżniejszej postaci.

Jakby się już czegoś czepiać, to chyba tylko produkcji, i to też nie jakoś bardzo. Gdzieś spotkałem się ze stwierdzeniem, że bębny są wywalone za głośno w stosunku do reszty. Właściwie na początku na to nie zwróciłem zbytniej uwagi, ale rzeczywiście - teraz jak pomyślę o którymś z kawałków, to od razu słyszę w głowie ten głośny werbel. Z jednej strony daje to większe pierdolniecie, ale z drugiej fakt, mogło być to bardziej wyważone. Sama perkusja jednak jest dojebana, więc dużego problemu to nie robi. Ogólnie jednak narzekać nie ma co, bo album zapewnia naprawdę srogi wpierdol, do tego dobrze zagrany. Jak oczekujecie maxymalnie podkręconego thrashu, to na polskiej scenie lepszego przykładu chyba nie znajdziecie.

Mutineer

niedziela, 28 czerwca 2026

Overkill - The Years of Decay (1989)

 

Gdybym miał sporządzić ranking najlepszych płyt thrash metalowych, to na pewno „The Years of Decay” znalazłoby się w pierwszej dziesiątce. Mym zdaniem to jedna z najlepszych płyt w gatunku, zwłaszcza w jego klasycznym okresie, w którym świetnych thrashowych pozycji przecież nie brakowało. I oczywiście to też najlepsza płyta Overkill, z tym że to już nie tylko moje zdanie, bo wielu innych fanów zespołu też by to przyznało. Panowie wskoczyli tu na jeszcze wyższy poziom niż na poprzednich trzech albumach. Dużych zmian co prawda nie ma, ale materiał jest bardziej różnorodny i bardziej progresywny. Łatwo wyczuć inspiracje Metallicowym „Master of Puppets”, utwory są bardziej rozbudowane i monumentalne, choć sporo tu też takiej punkowo- motorheadowej prostoty – jak w „I Hate”, najkrótszym numerze na albumie, który riffy ma niezbyt skomplikowane, ale za to kopie jak trzeba. I o ile przy „Under the Influence” można było ponarzekać że te średnie tempa dominują, to tu mamy sporo większe zróżnicowanie. I szybkie killery, jak „Elimination” (legendarny kawałek i jeden głównych hiciorów koncertowych), wspomniany „I Hate”, „Birth of Tension” (riffy rozpierdalają) czy bezlitośnie kąsający „E.Vil N.Ever D.Ies”, jak i momenty typowo wolne. „Playing with Spiders/ Skullcrusher”, najdłuższy numer albumu (i w ogóle w twórczości Overkill) podchodzi nawet pod doom i riffowo może kojarzyć się bardzo z Black Sabbath. Większe wrażenie robią jednak dwa inne rozbudowane numery. „Who Tends the Fire” zaczyna się łagodnym intrem, potem mamy ultra ciężkie riffy i ponury klimat, a później pojawiają się przyspieszenia. Iście monumentalny utwór! „The Years of Decay” to natomiast posępna ballada, której pierwsza część, łącznie z solówką jest zagrana na akustykach, co daje niesamowity efekt. Choć ciekawe jest też outro tego utworu. Pochwalić trzeba Bobby’ego Gustafsona, który był tutaj w szczytowej formie- wystarczy wspomnieć obładowany jego genialnymi solówkami „Elimination”. Tym bardziej szkoda, że to ostatnia płyta, którą nagrał z zespołem. Nieźle spisał się też bębniarz, Sid Falck, najlepszym jego popisem jest „Birth of Tension”, coż tam się dzieje w tych szybszych partiach! To zapowiedź tego, co będzie wyczyniał na kolejnym albumie.

Można by powiedzieć, że „The Years of Decay” to świetne zwieńczenie dotychczasowego dorobku zespołu, ale jak się potem okazało, ostatniego słowa w klasycznym okresie thrashu jeszcze nie powiedzieli. Dwa lata później zaatakowali (w nieco innym składzie) z kolejnym rewelacyjnym albumem, ale to już temat na inną recenzję...

Mutineer

poniedziałek, 4 maja 2026

Prosecutor - Krew Czarnej Ziemi (1992)

Zdarzyło mi się już pisać o tej płycie – była recenzja w zinie Riders of Doom (RIP). Ale album warty jest tego, żeby wspomnieć o nim ponownie, bo to jedna z największych perełek w polskim thrashu. Z najlepszych pozycji gatunku w Polsce na pewno byłby u mnie w pierwszej piątce. Niewątpliwie „Krew Czarnej Ziemi” jest totalnym arcydziełem i wielka szkoda że nie jest to tak znana pozycja.

Mamy tu coś między Kreatorem, Metallicą, a dajmy na to, Katem i Sepulturą. Może jeszcze coś z Destruction będzie, ale raczej tym z „Release from Agony”. Ale zostało to raczej przemielone na styl typowy dla Prosecutora. Tempa są zróżnicowane, riffy kąsają jak na „Extreme Aggression”, a wokale to już bardziej death/ thrash. Nie jest to co prawda ani jakiś thrash super agresywny, ani ultra techniczny, ale to nie ma znaczenia, bo i tak powstało dzieło. Moim faworytem z tracklisty jest zdecydowanie tytułowy numer- świetne riffy szkoły Kreatora, szybki, a nawet trochę chwytliwy. Dobre wrażenie robi też „Lód”, albo „Pustynia Śmierci”, te wolniejsze momenty z pełnymi grozy wokalami są świetne. Podobnie mroczna atmosfera bije z „Dla kogo Świeci Słońce?” (refreny miażdżą banię!). Jest też ballada – „Embrionalna Śmierć” i jest to jedna z najlepszych ballad, jakie słyszałem. Bardzo emocjonalna, niby podobna do tych Metallicowych, ale zrobiona po swojemu.

Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na texty -naprawdę świetne pod względem sposobu pisania i ich poetyki, jak i podejmowanych tematów. Ale równocześnie bez popadania w jakąś zawiłą poezję, z której autor miałby 15% na maturze, albo w pseudofilozoficzne pierdolenie.

Minusy? Tylko jeden, mianowicie brzmienie, przez które utwory trochę tracą, zwłaszcza „Dyktatura Mózgu”. No ale to był częsty problem wielu polskich albumów (turbowe „Epidemie” albo „Fallen Angel” Dragona). Po za tym dzieło kompletne. Również okładka, mimo że minimalistyczna, według mnie jest świetna. Szkoda że zespół szybko przepadł bez większego sukcesu i drugą płytę wydali dopiero po wielu latach po reaktywacji. Tak czy siak, za „Krew Czarnej Ziemi” szacun dla tej załogi ogromny.

Mutineer





poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Sabbat - Dreamweaver (1989)

 

Na świecie mamy dwa znaczące zespoły o nazwie Sabbat – szalonych japońców od „Zombie Samurajów” oraz „ten dawny zespół tego producenta, co teraz gra w Judasach”. Dzisiaj właśnie o tych drugich będzie. No bo tak, Andy Sneap zanim stał się znany głównie z produkcji lub zastępowania Glena Tiptona miał całkiem konkretny zespół, będący jednym z głównych przedstawicieli thrashu na Wyspach. Wyróżniali się swoim specyficznym stylem z nawiązaniami do folkloru i „magicznymi” textami. Ale daleko im do prekursorów folk metalu, śladowe użycie wiolonczeli czy innych skrzypiec nie gra tu pierwszych (hehe) skrzypiec – tak jak intro „Altered State” nie czyni podobnych prekursorów z Sepultury. Przede wszystkim to mocarny thrash, szybki, ale i epicki. I niezbyt podobny do czegokolwiek. Niektóre momenty kojarzą mi się z Testamentem z „The Legacy”, niektóry może z Sodom czy Forbidden, ale to bardzo luźne skojarzenia. Zespół miał na tyle oryginalny styl, że ciężko ich pomylić z czymś innym. Dużo pędzenia, szybkie riffy, ale też dużo zmian temp i sporo klimatu, co pasuje świetnie do tematyki mrocznego fantasy. No właśnie, „Dreamweaver” to concept album, oparty o książkę „Way of Wyrd”, ogólnie klimaty magii i celtyckiego pogaństwa, super, nie? Texty są takie narracyjno- dialogowe, do tego naprawdę długie. Wprawdzie wokal Walkyiera jest dość specyficzny -jego szczekliwa maniera może nie podejść przy pierwszych przesłuchaniach, ale szacunek dla gościa, ile słów potrafi z siebie wypluć. Że też potrafił tyle linijek napisać i jeszcze zapamiętać.

Co do samej muzyki jeszcze, to jak miałbym któreś kawałki wyróżnić, to na pewno „The Clerical Conspiracy” -nie bez powodu najbardziej znany z albumu. Szybki killer, ale też łatwo wchodzi do głowy, z różnymi zmianami temp i świetnym solem (jednym z wielu, bo właściwie wszystkie solówki na albumie są dojebane). Świetny jest też „Mythistory”, ten riff na otwarcie to istna potęga. Z resztą dojebanych riffów jest na całym albumie pełno, czego kolejny przykład to „The Best of Enemies”, przy okazji ten kawałek ma pod koniec takie schizowe, szeptane wokale, co robi niezły klimat. Wspomnieć jeszcze trzeba o „Wildfire” -ponownie ze względu na riffy, na niezły wpierdol, a także dlatego, że wystarczy trochę posłuchać i zaraz się wykrzykuje „Wildfire!!!”. Choć w każdym kawałku coś się znajdzie, wszystkie są bardziej lub mniej złożone, z często zmieniającymi się motywami. Totalnie inny jest tylko (pomijam intro i outro) „Advent of Insanity”, krótki, spokojniejszy utwór, który ma ilustrować podróż bohatera statkiem. Także mamy tu skrzypienie łodzi, szum fal, akustyki i wiolonczelę w tle. I to byłoby tyle z folkowych elementów, za to niedługo później Martin Walkyier po odejściu z Sabbat założył Skyclad, w którym o wiele bardziej poszedł w takie klimaty. W efekcie powstał zespół, który naprawdę był jednym z pierwszych folk metalowych, ale to już inna historia. Sam Sabbat zaś nagrał w nowym składzie album „Mourning has Broken”, który miał fajną, epicką okładkę, ale poza tym przy „Dreamwaver” może się schować. Słowem podsumowania – totalny top thrashu nie tylko brytyjskiego, ale ogólnie. Jak ktoś tego albumu nie miał jeszcze okazji poznać, to może ten text go zmotywuje. Wildfire!!!

Mutineer

środa, 8 kwietnia 2026

Quo Vadis - Quo Vadis (1991)

 

Quo Vadis to dość ciekawy przypadek. Zespół, który w pewnym sensie próbował być równocześnie Vaderem i Acid Drinkers. Nie żeby się na nich wzorowali (choć dema ekipy z Olsztyna mogli słyszeć), chodzi bardziej o ogólne podejście. W 1991 roku ich debiutancki album był jednym z najbrutalniejszych pełnopłytowych materiałów w naszym kraju - konkretny death/ thrash, kopiący dupę jak cholera. Ale równocześnie sporo tu humoru i różnych specyficznych dodatków, które mogą niektórych odstraszać. W części kawałków mamy jakieś intro lub outro – radziecki hymn w „NKWD”, wojskowa piosenka na koniec „Monofobii”, płacz w „Bólu Istnienia”. „Trzy Szósteczki” to utwór ogólnie dość jajcarski. Do tego dochodzi specyficzny cover… Maanamu - „Kocham Cię, Kochanie Moje”, ale przerobiony tak, że wyszedł niemal grind! To podejście do coverowania, z którego później zasłynęli wspomniani Acid Drinkers. Pewnie dla niektórych te luzackie elementy albumu mogą być nie do strawienia, jako nie pasujące do muzyki. U takich Acidów sprawdzało się to trochę lepiej, bo oni grali inaczej, bardziej crossoverowo. Tutaj może zdawać się to nieco groteskowe, ale, ale! Sama muzyka jest naprawdę konkretna- jazda, którą można porównać ze Slayerem, Sepulturą, Kreatorem, albo nawet w pewnym stopniu z takim Morbid Saint. Z Vaderem też, ale raczej tym z „Necrolust”, przynajmniej mi się tak niektóre momenty kojarzyły. Generalnie thrash, ale mocno podkręcony. Panowie zasuwają aż miło, a riffy robią tu świetną robotę, choćby w „NKWD”, „Wegetacji” albo ten na początku „Monofobii”, taki dość slejerkowy. Z resztą ten riffowy cytat w „Trzech Szósteczkach” pokazuje kto był największą inspiracją zespołu. W wielu momentach Quo Vadis wchodzi już w death metal, ale zdarzają się im też melodyjne zagrywki (w „Czerwonym Prawie” robią fajny kontrast do brutalnie pędzącej reszty).

Ciekawe są texty -takie trochę punkowe, antysystemowe, wyrażające sprzeciw wobec szarej rzeczywistości tamtych czasów. Komuchom dostaje się tu nawet bardziej niż u Dezertera czy Moskwy, no ale też takie liryki w 1991 roku mogły już przejść. Ustrój się zmienił, to można było jechać ostro. No i ta okładka -też trochę punkowa, mi się nawet trochę z grindem kojarzy.

Jak miałbym wszystko podsumować, to mimo pewnych „udziwnień” to i tak jedna z najlepszych płyt thrashowych po polsku (jest jeszcze english version, ale mniej ciekawa). Mi te wszystkie dodatki zbytnio tu nie wadzą. Dla wielu to wręcz pozycja kultowa, choć myślę że nie została doceniana na tyle ile zasługiwała. Ciekawe czego to kwestia? Ich luźnego podejścia, czy może nie mieli wystarczająco szczęścia? Temat na dłuższą analizę (brzmi jak coś dla kolegi Mutanta z zaprzyjaźnionego bloga, hehe, pozdro). Tak czy inaczej, wczesne Quo Vadis to naprawdę konkretny kawał napierdolu i ich debiut mogę tylko polecać.

Mutineer

sobota, 21 marca 2026

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

 

Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na nią nieco inaczej -jako płytę z najlepszych, klasycznie -thrashowych czasów zespołu, choć powstałą w nieco kryzysowym okresie. Ale na przełomie 80/90s sprawa mogła się mieć inaczej – po świetnym „Peace Sells...But Who’s Buying?” mogła zdawać się rzeczywiście obniżeniem lotów, do tego potem doszły doskonałe muzycznie „Rust in Peace” i „Countdown to Extinction”. A kiedy nie istniały jeszcze „Risk” i „Super Collider” mogła lądować gdzieś na szarym końcu. Podejrzewam że jej ocena wzrosła z końcem lat 90, kiedy fani coraz bardziej tęsknili za starym, wściekłym Megadeth. Obecnie to klasyk, który powstał w określonych okolicznościach. Posypał się poprzedni skład, Dave ćpał na potęgę, do tego przez PS...BWB? Zespół postawił sobie poprzeczke dość wysoko. Wiele osób ceni ten album za jego autentycznosć i surowość. Jest on bardzo emocjonalny, momentami czuć szczere wkurwienie Dave’a – na cenzurę w muzyce w „Hook in Mouth” albo na byłego kolegę z zespołu w „Liar”. Po drugiej stronie mamy żal po stracie nieco innego kolegi - Cliffa Burtona w „In my Darkest Hour”. Mimo że Rudy po Metallice jechał ostro, to jednak śmierć basisty wstrząsnęła nim na tyle, że stworzył taki pseudo- balladowy numer (do prawdziwej ballady trochę tu brakuje). Sam text jednak nie ma z tym nic wspólnego, ale też może być szczery, może Rudzielec miał spinę z jakąś dziewczyną?

Muzycznie „So Far…” zbytnio poprzednikowi nie ustępuje, bo tu też jest sporo mocnych utworów. Już ten „In My Darkest Hour” jest dość ciekawy, takiego kawałka Megadeth wcześniej nie miało. Jest też nieco zbliżony klimatem „Mary Jane”, do tego parę killerów – „Set the World Afire” to chyba mój ulubiony z tracklisty, riffy zabójcze, do tego fajnie liniowo się ten numer rozwija. Genialny jest też wieńczący płytę „Hook in Mouth”, gdzie zwrotki są pozbawione gitar (wokal na tle samej sekcji) ale jak już te się pojawią, to kopią w ryj konkretnie, riffy mają nawet w sobie coś złowieszczego. Cover Sex Pistols trochę odstaje, niezbyt pasuje do posępnej/ złowrogiej reszty, choć sam w sobie jest niezły. Na pewno jednak lepiej się wpasował niż cover Aerosmith na „New Order” Testament.

Oczywiście jak zestawimy ten album z „Peace Sells” i „Rust”, to wypada trochę słabiej, ale to wciąż świetna pozycja. Ta surowość i może nawet pewna niedoskonałość tego materiału działa nawet tu trochę na korzyść.

Mutineer

czwartek, 19 lutego 2026

Dragon - Arcydzieło Zagłady (2021)

Z powrotami po latach różnie bywa, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Nawet jak zespół radzi sobie na żywo, to obawy zaczynają się, gdy zabiera się za nowy materiał. Już trochę składów na tym poległo, wydając rzeczy słabe lub co najwyżej poprawne. No, inna sprawa, że często oczekiwania fanów są zbyt duże. W przypadku Dragona nie miałem żadnych, no wiadomo było,że drugiej „Hordy Goga” ani „Fallen Angel” nie dostaniemy. Może właśnie dlatego ich pierwszy album po powrocie bardzo mi podszedł. Z resztą, tak bardziej obiektywnie patrząc, to „Arcydzieło Zagłady” wyszło naprawdę nieźle. Mamy tutaj, co było akurat trochę do przewidzenia, klimat zbliżony do tego, co zespół grał w latach 90- czyli thrash/ death, choć też nie identyczny jak na tamtych płytach. Fajne jest tutaj, że materiał brzmi dość świeżo, trochę old schoolu jest, ale też nie jest to jakaś rekonstrukcja starego brzmienia na siłę. Co za tym idzie, jazdy na sentymentach też nie ma. Druga sprawa to bardziej thrashowy charakter w kompozycjach, więc wchodzą one lepiej niż te z takiego „Scream of Death” (niby fajna płyta i miażdży, ale i męczy trochę). Najbardziej to słychać w tytułowym kawałku, szybkim, fajnie kopiącym dupsko (przy okazji chyba najlepszym tutaj). Mamy tu też trochę techniki i zakręconych struktur, ale nie tyle, żeby łeb od nich rozbolał. Z tego co kojarzę, to porównywano tą płytę czasem do katowskiego „Bastarda”, no i w sumie pewnie wspólne punkty są. Łącznie z Fazim, który napierdalał na obu albumach na basisku. Same utwory też niczego sobie, bo po za tytułowym całkiem niezłe są „Przemoc” (niezły killer) albo „Skaza”, w większości nieco wolniejszy i mogący się trochę kojarzyć z Katem. Nieźle napierdalają też w „Klatce Przeznaczenia”, a „Nie Zginaj Kolan” jest nawet trochę chwytliwy przez refreny. Znalazła się też ballada „Czas Umiera”- w sumie ok, choć lepiej wypadają w niej momenty cięższe. No ale do „Spell of Recollection” nie ma podjazdu. Pochwalić trzeba jednak jeszcze, że zdecydowali się na liryki po polsku, a Fred całkiem nieźle je wyryczał, jego growle nie straciły dużo od starych czasów.

„Arcydzieło Zagłady” arcydziełem co prawda nie jest, ale to całkiem niezła płyta- jako powrotna i ogólnie. I nawet nieźle się broni parę lat po premierze, raz na jakiś czas też chce się do niej wrócić. Z kolejną płytą Dragona, „Unde Malum”, już tak dobrze nie było, choć złą też bym jej nie nazwał. „Arcydzieło” można jednak polecać, bo z tej starej gwardii polskiego metalu to jedna z ciekawszych pozycji. Jedyny poważny minus to okładka, która wygląda jak z jakiegoś powerowego albumu z okolic 2004 roku. Jednak ptaszysko z „Hordy Goga” rządzi!

Mutineer

środa, 7 stycznia 2026

Sepultura - Schizophrenia (1987)

 

Często tak bywa, że największy progres zespoły robią między debiutem a drugim albumem i nie inaczej było w przypadku Sepultury. Chłopacy sporo się tu podciągnęli w umiejętnościach, duża była w też zasługa nowego w ekipie Kissera, który wtedy zrobił sporo dobrego dla zespołu, w przeciwieństwie do tego, co robi z tą nazwą dzisiaj. No ale ten jego coverband to inny temat. „Schizophrenia” to album ukazujący zespół już bardziej dojrzały od trochę jeszcze chaotycznych wczesnych nagrań i ambitniejszy, ale dalej surowy i bezpośredni. Brzmienie jest tu lepsze, ale wciąż brudne, pełno tu mrocznej atmosfery i wokali jak z otchłani. Progres jednak słychać, riffy są ciekawsze, a największym przejawem ambicji jest nagranie długiego instrumentala „Inquisition Symphony”. I to udanego, bo mógł wyjść nudny, a oni podołali. Podstawą wciąż jednak są krótsze numery, robiące z naszych dup jesień prekolumbijkiego średniowiecza - „From the Past Comes the Storms”, „To the Wall” albo „R.I.P. (Rest in Pain)” (świetne riffy i te wokale „Schizophrenia, Paranoia, Insane death, Rest in pain!”). Chyba najbardziej znanym jest „Escape to the Void”, z dobrze wchodzącymi do głowy refrenami i świetną solówką, też zapadającą w pamięć. Słychać w tych kawałkach też pewne zmiany stylistyczne, „Morbid Visions” można było postawić między pierwszofalowym blackiem, a proto- death, to już tutaj mamy zdecydowanie mocarny death/ thrash. Wciąż jednak mocno stawiający na mroczny klimat, czego nie było na kolejnych płytach Sepultury. Właściwie można by porównać ten album do Slayerowego „Hell Awaits”, na obu mamy rozwój muzyczny względem debiutu, połączony z proto- deathowymi patentami i mrokiem. Nawet jest tutaj podobnie chore intro z użyciem słów puszczonych od tyłu.

Kolejne dwie płyty Sepultury pod wieloma względami były jeszcze doskonalsze, jednak wielu fanów to właśnie „Shizophrenię” uważa za tą najlepszą. Jak bym miał wybierać, to trochę bym się wahał, bo „Benath the Remains” i „Arise” też są świetne, jednak ostatnio to właśnie do drugiego albumu tej ekipy wracam najczęściej. Genialne utwory, plus ten klimat, mrok i surowizna dają tu mistrzowskie połączenie.

Mutineer

niedziela, 21 grudnia 2025

Testament - Para Bellum (2025)

 

Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprzednie cztery płyty też były dobre, zwłaszcza „Dark Roots of Earth”, do którego fajnie sobie czasem wrócić, ale było słychać, że zespół trzyma się raczej bezpiecznych rejonów. Mankament był taki, że „Brotherhood of the Snake” i „Titans of Creation” nie były już tak świeże i pomysłowe jak poprzednie pozycje. Na początku po okładce myślałem, że będzie raczej kontynuacja „Tytanów” (podobny klimat i ten sam autor cover artu) a tu w muzyce jeb! Ekipa postanowiła sięgnąć znów po więcej death metalu, ale efekt jest mniej toporny niż na takim „Demonic”. W sumie jak się przyjrzymy bliżej, to jest to dalej ten Testament z „Dark Roots...” tylko bardziej podkręcony. Bo jest brutalnie, ale tych kawałków się naprawdę dobrze słucha i potrafią zapaść w pamięć. Do tego jest też całkiem różnorodnie, ale o tym zaraz. Do największych rozpierdalaczy należą na pewno otwierające album „For the Love of Pain” i „Infanticide A.I.”. Ten pierwszy bardziej sięga po deathowe elementy. Chuck dużo jedzie growlami, a nawet niektóre wokale kojarzą się trochę z Deicide, a Chris Dovas, nowy nabytek zespołu, napierdala na garach jak z karabinu. Drugi utwór już bardziej thrashowy, ale podobnie dojebany. Niezła jazda jest też w „Witch Hunt” (jest nawet moment zajeżdżający blackiem) albo w „Para Bellum”, który równocześnie potrafi wpaść w ucho i powinien być jak znalazł na koncerty. Żeby ktoś jednak nie pomyślał, że jest jednostajnie, to jest tu też trochę wspomnianych urozmaiceń. Dajmy na to taki „Shadow People”, który dla odmiany jest trochę… Exodusowy. No, mi się przynajmniej kojarzy z takimi kawałkami ekipy Holta jak „Brain Dead” albo „Blacklist”. Może wspólne trasy zrobiły swoje? Tytułowy track sam w sobie jest urozmaicony, a jednym z najciekawszych kawałków na pewno jest „Room 117”, bardziej klimatyczny, taki sporo młodszy krewniak „Alone in the Dark”, fajna rzecz! No i są też utwory które w ogóle miały być chyba przeciwwagą dla tej ostrej jazdy – „Nature of the Beast”, który idzie mocniej w stronę heavy, oraz ballada „Meant to Be”. Niezła, melodie bez przesłodzenia, ale orkiestracje mogli se darować. No i mogłaby być nieco krótsza.

Największym plusem albumu jak dla mnie jest nie tyle podkręcenie agresji, co duża świeżość materiału, jakiej u tej ekipy nie było od dawna. Właściwie jakby nawet pozbawić utwory tych elementów deathowych, to byłaby to wciąż naprawdę mocarna płyta. A tak to nie dość, że żadnego zmęczenia materiału tu nie dostaniemy, to jeszcze materiał ładnie kopie dupę. Co prawda jak ktoś liczył na „The Gathering 2” to może się zawieść, ale ja poza paroma uwagami do „Meant to Be” zastrzeżeń właściwie nie mam. Płytą roku „Para Bellum” wprawdzie bym nie określił, ale już pozytywnym zaskoczeniem roku raczej tak.

Mutineer

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...