Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowałem ją swego czasu bardzo często, zwłaszcza że początkowo moja kolekcja płytowa to było ledwie parę tytułów. Także sentyment na pewno robi swoje w ocenie, ale i sama w sobie jest to świetna pozycja. Dla zespołu był to album przełomowy, zapoczątkował okres bardziej experymentalny. Maideni postanowili sięgnąć tu po syntezatory gitarowe -zapewne w tamtych czasach niektórzy się obawiali pójścia w jakieś przebojowe granie pod amerykańskie radio, a tu nie! To dalej maidenowy heavy, który ani trochę nie stracił swych pazurków, za to zyskał kosmicznego klimatu. Efekty potrafią być potężne, zwłaszcza w tych bardziej rozbudowanych kawałkach. Spore wrażenie robi już otwieracz, prawie-że tytułowy „Caught Somewhere in Time” (jak dla mnie najlepszy w zestawie), gdzie ta futurystyczna atmosfera udziela się od pierwszych dźwięków. Harmonie gitarowe połączone z syntezatorowym brzmieniem robią tu niezła robotę. W tym utworze jest też niezły popis umiejętności Bruce’a. Są takie stwierdzenia, że wokalista, nie komponując na tym albumie, bardziej mógł skupić się na śpiewie i rzeczywiście, chłop czasem przechodzi sam siebie. Przykładów jest więcej – świetne wokale są w epickim „Alexander the Great” albo bardzo urozmaicone w „De Ja Vu”.
Ogólnie to ta płyta to zestaw mocno niedocenianych kawałków, nawet nie tyle przez fanów, co sam zespół. Wyjątkiem jest przebojowy „Wasted Years”, który często gościł w setlistach. Pozostałe tyle szczęścia nie miały, ale fajnie że w końcu grupa postanowiła po część z nich sięgnąć na trasie z 2023 roku. W każdym razie mamy tu takie dzieła jak wspomniany już kolos „Alexander the Great”, klimatyczny „Sea of Madness” albo „Heaven Can Wait” stworzony wręcz pod koncerty ze względu na chóralne wokalizy. Jak dla mnie mogliby ten numer grać na koncertach regularnie. Całość dopełniają szybkie „De Ja Vu” i „The Loneliness of the Long Distance Runner” oraz wolniejszy „Stranger in a Strange Land”. Wypełniaczy nie stwierdzono, właściwie każdy utwór ma coś ciekawego do zaoferowania, ale przede wszystkim wszędzie mamy ten niesamowity klimat, który wyróżnia tą płytę na tle całej dyskografii Maiden. Świetnie pasuje do tego ta okładka z Eddiem- cyborgiem i futurystycznym miastem, na której roi się też od różnych szczegółów, nawiązań do wcześniejszych albumów i nie tylko. Czy mogę uznać ten album za ich najlepszy to nie wiem, zawsze się u mnie bił o to miejsce z „The Number of the Beast” i nigdy tego pojedynku nie udało mi się rozstrzygnąć. Tak więc jeden z dwóch najlepszych -czyli i tak wysoko.
Mutineer