Gdybym miał sporządzić ranking najlepszych płyt thrash metalowych, to na pewno „The Years of Decay” znalazłoby się w pierwszej dziesiątce. Mym zdaniem to jedna z najlepszych płyt w gatunku, zwłaszcza w jego klasycznym okresie, w którym świetnych thrashowych pozycji przecież nie brakowało. I oczywiście to też najlepsza płyta Overkill, z tym że to już nie tylko moje zdanie, bo wielu innych fanów zespołu też by to przyznało. Panowie wskoczyli tu na jeszcze wyższy poziom niż na poprzednich trzech albumach. Dużych zmian co prawda nie ma, ale materiał jest bardziej różnorodny i bardziej progresywny. Łatwo wyczuć inspiracje Metallicowym „Master of Puppets”, utwory są bardziej rozbudowane i monumentalne, choć sporo tu też takiej punkowo- motorheadowej prostoty – jak w „I Hate”, najkrótszym numerze na albumie, który riffy ma niezbyt skomplikowane, ale za to kopie jak trzeba. I o ile przy „Under the Influence” można było ponarzekać że te średnie tempa dominują, to tu mamy sporo większe zróżnicowanie. I szybkie killery, jak „Elimination” (legendarny kawałek i jeden głównych hiciorów koncertowych), wspomniany „I Hate”, „Birth of Tension” (riffy rozpierdalają) czy bezlitośnie kąsający „E.Vil N.Ever D.Ies”, jak i momenty typowo wolne. „Playing with Spiders/ Skullcrusher”, najdłuższy numer albumu (i w ogóle w twórczości Overkill) podchodzi nawet pod doom i riffowo może kojarzyć się bardzo z Black Sabbath. Większe wrażenie robią jednak dwa inne rozbudowane numery. „Who Tends the Fire” zaczyna się łagodnym intrem, potem mamy ultra ciężkie riffy i ponury klimat, a później pojawiają się przyspieszenia. Iście monumentalny utwór! „The Years of Decay” to natomiast posępna ballada, której pierwsza część, łącznie z solówką jest zagrana na akustykach, co daje niesamowity efekt. Choć ciekawe jest też outro tego utworu. Pochwalić trzeba Bobby’ego Gustafsona, który był tutaj w szczytowej formie- wystarczy wspomnieć obładowany jego genialnymi solówkami „Elimination”. Tym bardziej szkoda, że to ostatnia płyta, którą nagrał z zespołem. Nieźle spisał się też bębniarz, Sid Falck, najlepszym jego popisem jest „Birth of Tension”, coż tam się dzieje w tych szybszych partiach! To zapowiedź tego, co będzie wyczyniał na kolejnym albumie.
Można by powiedzieć, że „The Years of Decay” to świetne zwieńczenie dotychczasowego dorobku zespołu, ale jak się potem okazało, ostatniego słowa w klasycznym okresie thrashu jeszcze nie powiedzieli. Dwa lata później zaatakowali (w nieco innym składzie) z kolejnym rewelacyjnym albumem, ale to już temat na inną recenzję...
Mutineer