poniedziałek, 26 stycznia 2026

Opeth - Morningrise (1996)


Kiedy wszyscy zachwycają się, jak Blood Incantation połączyło death metal z prog rockiem, chciałbym tylko przypomnieć, że Opeth robił coś takiego już niemal 30 lat wcześniej. No dobra, może nie tak zupełnie, bo oba zespoły wzięły się za to trochę inaczej – Blood Incantation potrafią napierdalać nie gorzej niż Morbid Angel, żeby przejść do łagodnego plumkania, a Opeth właściwie stworzył odrębny styl, który nie był do końca death metalem i wymyka się jednoznacznym kwalifikacjom. Zespół Mikaela Åkerfeldta wymyślił coś totalnie oryginalnego, a ich wczesne płyty (zwłaszcza pierwsze dwie) to naprawdę dzieła. Wiadomo, dużo zaczerpnęli od deathowego grania, ale jak miałbym ich porównywać do czegoś z gatunku, to do łba przychodzi mi tylko Tiamat z pierwszych dwóch albumów (z czego drugi to był już bardziej doom/ death). Raczej było to coś robionego całkiem po swojemu, przy tym bardzo progresywne i klimatyczne. Za szczyt ich możliwości jednak nie uznałbym najbardziej znanego „Blackwater Park”, który jest już albumem trochę bardziej przystępnym, a właśnie jeden z tych wczesnych - „Morningrise”. Jest w nim jakaś taka tajemniczość i chłód, do tego utwory są naprawdę świetne. Wszystkie powyżej 10 minut, naładowane różnymi motywami i zmianami temp oraz nastrojów. Raz ciężkie riffy i growle, a za chwile akustyki i czysty śpiew. I to naprawdę działa dobrze, nawet w trwającym 20 minut kolosie „Black Rose Immortal”. Mimo długości nie można się przy nim nudzić, a mimo bardzo wielu muzycznych motywów nie mamy poczucia chaosu. Najlepszym utworem jest chyba jednak „Night and the Silent Water”, a zwłaszcza jego tajemnicze outro robi wrażenie. Znalazł się tu też jeden utwór pozbawiony elementów death metalowych - „To Bid You Farewell”, w którym dominuje ta strona prog rock/ metalowa. Z resztą ten gatunkowy mix na tym albumie jest nawet szerszy, wiele riffów w tych cięższych fragmentach to po prostu posępne melodie grane przy szybkiej perkusji i srogich wokalnych wrzaskach, kojarzących się nawet trochę bardziej z blackiem. Akerfeldt dopiero na późniejszych albumach poszedł w taki głębszy growl, tu jeszcze inaczej to wyglądało.

No i dobra, można narzekać, że przekombinowane, że to nie jest prawdziwy death metal (bo nie jest) albo że granie dla smutasów, ale ja tam ten album naprawdę lubię. Przede wszystkim to materiał niezwykle klimatyczny. Idealnie jest odpalić go sobie, jak za oknem jest mgła jak cholera, albo pierze śniegiem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

  Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na...