Kiedy
wszyscy zachwycają się, jak Blood Incantation
połączyło
death metal
z prog rockiem,
chciałbym tylko przypomnieć, że Opeth robił coś
takiego już niemal 30 lat wcześniej. No
dobra, może nie tak zupełnie, bo oba zespoły wzięły się za to
trochę inaczej
– Blood Incantation
potrafią
napierdalać nie gorzej niż Morbid Angel,
żeby przejść do łagodnego plumkania, a Opeth właściwie
stworzył
odrębny styl, który nie był do końca
death
metalem
i
wymyka się jednoznacznym kwalifikacjom.
Zespół
Mikaela
Åkerfeldta
wymyślił coś totalnie oryginalnego, a ich wczesne płyty
(zwłaszcza
pierwsze dwie)
to naprawdę dzieła. Wiadomo, dużo zaczerpnęli od deathowego
grania, ale jak miałbym ich porównywać do czegoś z
gatunku,
to do łba przychodzi mi tylko Tiamat z pierwszych dwóch albumów (z
czego drugi to był już bardziej doom/ death).
Raczej
było to coś robionego całkiem po swojemu, przy tym bardzo
progresywne i klimatyczne. Za
szczyt ich możliwości jednak nie uznałbym najbardziej znanego
„Blackwater
Park”,
który jest już albumem trochę
bardziej przystępnym, a właśnie jeden z tych wczesnych -
„Morningrise”. Jest w nim jakaś taka tajemniczość
i chłód,
do tego utwory są naprawdę świetne. Wszystkie powyżej 10 minut,
naładowane różnymi motywami i zmianami temp oraz nastrojów. Raz
ciężkie riffy i growle, a za chwile akustyki i czysty śpiew. I to
naprawdę działa dobrze, nawet w trwającym 20 minut kolosie „Black
Rose Immortal”. Mimo długości nie można się przy nim nudzić, a
mimo bardzo wielu muzycznych motywów nie mamy poczucia chaosu.
Najlepszym utworem jest chyba jednak „Night and the Silent Water”,
a zwłaszcza jego tajemnicze
outro robi wrażenie. Znalazł się tu też jeden utwór pozbawiony
elementów death
metalowych - „To Bid You Farewell”, w
którym
dominuje ta strona prog rock/
metalowa.
Z
resztą ten gatunkowy mix na
tym albumie
jest nawet szerszy, wiele riffów w tych cięższych fragmentach to
po prostu posępne melodie
grane przy szybkiej perkusji i srogich wokalnych wrzaskach,
kojarzących się nawet
trochę
bardziej z blackiem. Akerfeldt
dopiero na późniejszych albumach poszedł w taki głębszy growl,
tu jeszcze inaczej to wyglądało.
No i dobra, można narzekać, że przekombinowane, że to nie jest prawdziwy death metal (bo nie jest) albo że granie dla smutasów, ale ja tam ten album naprawdę lubię. Przede wszystkim to materiał niezwykle klimatyczny. Idealnie jest odpalić go sobie, jak za oknem jest mgła jak cholera, albo pierze śniegiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz