wtorek, 20 maja 2025

Gallower - Vengeance & Wrath (2025)

Ulubiony skład połowy maniaków podziemia w końcu wrócił z nowym materiałem (druga połowa woli Frightful). Trochę już czasu minęło od wydania jedynki (zresztą całkiem udanej), ale zespół wcale nie próżnował – było sporo koncertów za granicą, wyszła też świetna epka „Eastern Witchcraft”. A no właśnie, epka – częściowo zaspokoiła głód nowych kawałków, ale jednak pełny album, to pełny album, co nie? W końcu jednak dosięgnął nas „Vengeance & Wrath”. Czy to udany materiał? Jak najbardziej, ale czy lepszy od wcześniejszych? Ciężko powiedzieć, ale na pewno podobnie dobry. Na pewno jest bardziej urozmaicony i ciekawszy. Na „Behold the Realm of Darkness” oraz „Eastern...” była bardziej bezpośrednia jazda, tutaj jest trochę więcej kombinowania, choć oczywiście to dalej typowy dla Gallowera black-thrashowy wpierdol. Z tym że więcej jest zmian tempa w utworach i innych atrakcji. Ciekawy jest już pierwszy na trackliście „Aftermath/ Protector’s Militia” – rozkręca się powoli, po intrze wchodzi świetny riff, a potem szybkie tempo właściwej części dopełnia dzieła zniszczenia. Ale jeszcze więcej zwrotów akcji jest w tych najbardziej rozbudowanych kawałkach, a aż trzy z nich zbliżają się do sześciu minut. „March Of The Carmine Cloaks” z marszowego przeradza się w szybką jazdę, tytułowy ma ogólnie sporo motywów, a w „Prophecy of the Seven” na końcu pojawia się klimatyczny fragment, w którym Tzar brzmi jak szaman/prorok/wieszcz (niepotrzebne skreślić). Oczywiście dalej sporo tu numerów po prostu kopiących ładnie po ryju – „The Revelation”, „Bubonic Breath”, „Relentless Retaliation” w średnim tempie (godny następca „Gutter Rats”) albo bardziej bezpośredni wpierdol w „The Dead Despise The Living”. Choć mnie najbardziej rozpierdala „Demonic Ascent”, kosa jak cholera i całkiem chwytliwe refreny – podejrzewam, że na koncertach może być na tym kawałku najbardziej srogi mosh.

Brzmienie jak zwykle jest fajnie brudne i archaiczne, choć dźwięk gitar bardziej podobał mi się na „Eastern Witchcraft”, ale za to bębny zyskały na potędze. Nie mam za bardzo się do czego przyczepić, więc zostaje tylko pogratulować udanej płyty. Jest wpierdol, słychać ciekawe pomysły i rozwój stylu, to czego tu chcieć więcej.

Mutineer

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Testament - Para Bellum (2025)

  Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprz...