Zdania o nowych płytach Dragona są dość podzielone i nie brakuje tych najbardziej negatywnych. Nawet jeśli uznać je za chujowe (z czym się akurat nie zgadzam), to nie powinny one przesłaniać tego, jak genialny ten zespół był kiedyś. Cofnijmy się więc do jego zamierzchłych czasów, a konkretnie debiutanckiej płyty Horda Goga. Przez wielu właśnie ta płyta uważana jest za najlepszą w dorobku grupy. Tak się składa, że przeze mnie też. Zaliczyłbym ją nawet za jedną z najlepszych pozycji krajowego thrashu. Oczywiście kolejne albumy Dragona również są dobre, właściwie całkiem złej płyty ten zespół nie nagrał (z wyjątkiem Twarzy, ale wszyscy tę płytę pomijają, sami muzycy też, a Unde Malum można się czepiać, ale tragedii też nie ma). Horda jednak najbardziej się wyróżnia. Mamy tu utwory, które powstawały w latach 80-tych, więc całość przesiąknięta jest klimatem tamtej dekady. I nie ma tu też, co oczywiste, jeszcze wpływów death metalowych, co od drugiego albumu jest jednak dla Dragona standardem. Horda to dziki, przeważnie szybki thrash, ale też z trochę progresywnym charakterem. Nie jest to co prawda taki prog-thrash jak u Wolf Spidera, tu jest bardziej dziko i surowo, ale riffy są urozmaicone, a struktury utworów bywają pokombinowane. Jest w tym też pewna chwytliwość, więc album obfituje w masę świetnych thrashowych killerów i hymnów. Siedem Czar Gniewu, Beliar i Armagedon to najlepsze przykłady. Zwłaszcza te dwa ostatnie – szybkie petardy, które też łatwo wchodzą do łba. Refreny proszą się, żeby je zaryczeć. Reszta płyty też rzecz jasna bardzo nie odstaje, genialna jest Niewinna Krew, trochę wolniejsza, ale równie wściekła. W tytułowym mamy kolejny nośny refren (nie melodyjny, po prostu dobrze wchodzi), a w Kapłanach Zdrady, poza tym, że to kolejny dobry numer, niezły popis Bomby na garach na sam początek. Genialny jest wokal na całej płycie – Marek Wojcieski wydziera się z niesamowitą pasją i wściekłością, co jest wręcz wzorem jak śpiewać thrash. Texty są, można powiedzieć, specyficzne, ale mają klimat. Dominują tematy biblijnej apokalipsy, fantastyki, wojny, ale świetnie pasują i na pewno bym ich nie zmieniał. Swoją drogą, powstała też angielska wersja tego albumu, zaśpiewana przez Grzegorza Kupczyka z Turbo, ale do polskiej nie ma startu (co ciekawe, ponoć był to pomysł wydawców, a Grzegorz machnął te wokale bez wiedzy zespołu). Czepiać się można tylko brzmienia, ale wtedy mało która metalowa płyta z Polski brzmiała dobrze (choć i tak jest lepiej niż na Epidemiach Turbo). Po za tym album ma wszystko co trzeba. Szkoda trochę, że to taki jednorazowy wyskok zespołu, bo potem nastąpiły znaczące zmiany składu i stylistyki na brutalniejszą, co dało trzy kolejne świetne płyty, ale to już inny klimat niż Horda.
Mutineer
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz