Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard rock. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2026

Judas Priest - Stained Class (1978)

 

Judas Priest lat 70 to niezły odjazd. Niby podobne granie do tego z kolejnej dekady, ale równocześnie jakże inne. I tak naprawdę te albumy to kronika tego, jak kształtował się heavy metal. O ile gatunek wynaleźli Black Sabbath, to Judasi przekuli go do znanej nam dziś postaci. Mamy niepozorne początki na Rocka Rolla, sabbathowo- bluesowy hard n’ heavy na „Sad Wings of Destiny” („Tyrant” to już heavy i będę się przy tym upierał) bardziej hardy „Sin After Sin” i w końcu dwie przełomowe płyty z 1978 roku- „Stained Class” i „Killing Machine”. Ważniejsza z nich jest jednak ta pierwsza, już pomijam to że pojawiło się tu pierwszy raz to klasyczne logo. Bardziej chodzi o to, że proporcje heavy nigdy wcześniej nie były tak dużo w stosunku do tych (hard) rockowych, do tego zespół ukrócił te bluesowe naleciałości. Właściwe to heavy metal lat 80 w dużej mierze ukształtował się tutaj, choć brzmienie jest jeszcze bardziej typowe dla hard rocka. Ale jak spojrzymy na utwory, to jest konkret. „Exciter” to jeden z numerów, które były prekursorami speed i thrashu – szybki, energiczny, Tipton i Downing kostkują jak szaleni, Binks okłada gary nie gorzej. Mocarny jest też „White Heat, Red Hot” (refren też taki trochę proto- thrashowy) albo jeden z moich faworytów- „Savage”, te riffy! Nieźle miażdży też „Heroes End”, nieco bardziej niedoceniany kawałek. No i właśnie, na tym albumie zaczęły dominować te ostre jak żyleta riffy, z których zespól zasłynął potem na albumie z (hehe) żyletą na okładce. Choć wiadomo, stylistyka jeszcze nieco inna, a sporo tu i tak tego hard rocka- dajmy na to tytułowy kawałek. Znalazło się też miejsce na balladę „Beyond the Realms of Death”, najbardziej znaną w ich dorobku. Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że była ona wzorem dla metalowych ballad lat 80, ale czy to prawda, nie wiem, trzeba by każdego ich autora pytać czym się inspirował.

„Killing Machine” młodszy o parę miesięcy, był naturalnym rozwinięciem „Stained Class”, już z mocniejszym, typowo metalowym brzmieniem. Przełom dla gatunku już był to mniejszy, choć kolejny krok jak najbardziej, ale to osobny temat. Czy można nazwać „Stained…” najlepszym albumem Judasów z lat 70? No, tu bym nie trochę wahał, bo nie wiem czy jednak „Sad Wings…” nie będzie lepszy. Ale najważniejszym już można. W końcu wytyczył sporo standardów dla tego co miało się dziać w metalu już niedługo później...

Mutineer

niedziela, 7 czerwca 2026

Black Sabbath -13 (2013)

 

Jedna z najważniejszych premier w XXI w. Pierwsza płyta Black Sabbath od 19 lat, a pierwsza z Ozzym od 34! A już w ogóle dla takich „za późno urodzonych” jak ja, co nawet na nędzne „Forbidden” się nie załapali, to już totalne wydarzenie. Jedyna i niepowtarzalna okazja móc czekać na nowy materiał Sabbath i kupić go w dniu premiery. Co prawda nie było wiadomo, czy jeszcze czegoś nie nagrają, ale raczej każdy przeczuwał że to ostatni album. Pamiętam że trochę miałem obawy, biorąc od uwagę najnowsze dokonania Deep Purple- takie nieco jałowe i nijak mające się do tego czadu z początku 70s. Ale pierwszy singiel, „God Is Dead?” okazał się całkiem niezły, a cała płyta powaliła mnie wtedy totalnie! Z większej perspektywy czasu nie wydaje się aż tak idealna, sporo tu też grania na sentymencie, ale i tak uważam ją za dobre zwieńczenie dyskografii. Żadnego niepotrzebnego kombinowania, wymyślania się na nowo, po prostu sabbathowe granie jak na starych płytach. Tak jakby wyjęli niewykorzystane pomysły z początku lat 70 i nagrali na nowo. „Loner” i „Age of Reason” to zdecydowanie najlepsze punkty, słychać że Tony miał dobre pomysły na riffy. Te utwory zrobiły na mnie zdecydowanie największe wrażenie i do nich najczęściej wracam. Pierwszy to świetny, dynamiczny numer hard/ heavy, a drugi jest bardziej epicki, z rewelacyjnym outrem. Ciekawy jest też zalatujący bluesowym klimatem „Damaged Soul”.

Co do tych sentymentów – to początek „End of the Beginning” dość wyraźnie nawiązuje do tytułowca z debiutu, choć w fajny sposób, bez bezczelnej autozrzynki. Zwłaszcza że potem rozwija się w całkiem innym kierunku. „Zeitgeist” to z kolei nawiązanie do „Planet Caravan”, mamy tu bardzo podobną aranżację. Nie wiem czy to takie potrzebne, bo numer broni się sam w sobie. Bez tego charakterystycznego brzmienia z perkusją graną dłońmi wyszłaby po prostu fajna balladka, nie tak znowu bliska „oryginałowi”. Z tych sentymentalizmów według mnie najlepiej wyszło outro „Dear Father”, gdzie słychać dźwięki burzy i dzwony, jak na początku pierwszej płyty, co tworzy fajną klamrę dla całej twórczości.

Nie jest to płyta idealna, niektóre utwory mogłyby być nieco krótsze, nie wiem też czy te nawiązania do starych czasów były jakoś bardzo potrzebne. Ale nie ma też kawałka, który bym nazwał słabym, choć szkoda, że na podstawową tracklistę nie trafił „Methademic”, jakby wszedł za któryś numer mogłoby być bardziej różnorodnie. Szkoda też, że w składzie zabrakło ostatecznie Billa. Koniec końców to i tak całkiem dobre pożegnanie ojców metalu – przynajmniej jeśli chodzi o pełne albumy, bo była jeszcze epka „The End” i ten finałowy występ w Birmingham w zeszłym roku. Dla mnie to też jeden z tych albumów sentymentalnych -jak się tych numerów posłucha to od razu przychodzą na myśl „stare dzieje” sprzed tych parunastu lat.

Mutineer

czwartek, 21 sierpnia 2025

Black Sabbath - Master of Reality (1971)

Nieuniknione się stało, nie żyje człowiek odpowiedzialny za najważniejszy wokal w historii metalu. Ozzy - człowiek- legenda, głos który zapisał się wielkimi literami w historii nie tylko metalu, ale też całej muzyki. Zdecydowałem się na napisanie paru słów na temat tej płyty, ponieważ dzień przed śmiercią ojca metalu była rocznica wydania tego dzieła.

Czas powstawania „Mastera” był czasem wzrastającej popularności Sabbath’ów, pierwsze dwa albumy zespołu były hitami, a wytwórnia oczekiwała kolejnego hitu, szczególnie sprzedażowego. Ciągłe koncerty oraz presja z każdej strony mogły zwiastować katastrofę. Jednak dostaliśmy album wybitny, oszałamiający, moc brzmienia, monumentalne riffy, niezastąpione wokale Ozzy’ego, genialna sekcja rytmiczna, czyli perkusja podkreślająca pierdolnięcie gitary, a do tego bas, który również dodaje mocy. MOC – słowo, które definiuje ten krążek. Nie oznacza to jednak, że jest zamuła. Pomimo potęgi, album trzyma tempo, a w niektórych momentach przyśpiesza („After Forever” oraz końcówka „Into The Void”). W moim prywatnym rankingu „Master of Reality” razem z takimi rzeczami jak "Dopethrone", "Sleep’s Holy Mountain" oraz „Relentless” od Pentagramu, zajmuje pierwsze miejsce w kategorii szeroko przeze mnie pojmowanego upalnego metalu, w końcu „Sweet Leaf” to pieśń wychwalająca właśnie weed.

Nie bez powodu wspominałem o muzyce stoner wyżej, jestem zdania, że to właśnie ten album był preledium dla doom metalu, a nie wątpliwie dzieckiem tego gatunku jest stoner, czy to się komuś podoba czy nie.

Jak już jesteśmy przy piosenkach, to lećmy dalej - „After Forever”, czyli szybszy, a przy tym zwarty kawałek z hipnotyzującym syntezatorem na samym początku. Kolejny to „Embryo” – gitarka, która w taki fajny i dość charakterystyczny sposób brzęczy. No i przechodzimy do „Children Of The Grave”. Kurwa, jak ja uwielbiam ten track. Jest on dla mnie definicją oraz esencją całej płyty. MOCNY, SZYBKI, WYLUZOWANY, ZWARTY, oczywiście z kozacką solówką oraz dojebanym końcem, gdzie można usłyszeć Ozzy’ego szeptem mówiącego 2 razy „CHILDREN OF THE GRAVE”.

Druga strona rozpoczyna się od „Orchid” - szybki instrumental który przez swoją wybitną gitarę wprowadza dosłownie do ogrodu. „Lord Of This World”, który od początku porywa swoją mocą oraz nawiedza umysł słuchacza. „Solitude” - kawałek z znikomą ilością gitary, za to z dużą ilością innych małych bajerów na czele z fletem, oprócz tego to tylko wokal oraz bas. No i oczywiście „Into The Void”, który zawsze budzi w mnie dysonans - z jednej strony dalej jest taki trans jak przy inny utworach, ale jednocześnie są zmiany tempa które zaburzają te doznania, jednak jest to dla mnie plusem.

Przyznam, że nie rozpisałem się za dużo na temat tego albumu, jestem jednak przekonany, że każdy z czytelników miał styczność z tą płyta, przynajmniej raz w życiu. Tak naprawdę całą tą recenzją chcę oddać pewnego rodzaju prywatny hołd. Nawiązując do początku chcę tylko napisać, że jedyne co teraz możemy zrobić to pamiętać oraz słuchać i hołdować to, co nam Ozzy razem z całym zespołem zostawili.

Pozdro,

Strzał 

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...