Jedna z najważniejszych premier w XXI w. Pierwsza płyta Black Sabbath od 19 lat, a pierwsza z Ozzym od 34! A już w ogóle dla takich „za późno urodzonych” jak ja, co nawet na nędzne „Forbidden” się nie załapali, to już totalne wydarzenie. Jedyna i niepowtarzalna okazja móc czekać na nowy materiał Sabbath i kupić go w dniu premiery. Co prawda nie było wiadomo, czy jeszcze czegoś nie nagrają, ale raczej każdy przeczuwał że to ostatni album. Pamiętam że trochę miałem obawy, biorąc od uwagę najnowsze dokonania Deep Purple- takie nieco jałowe i nijak mające się do tego czadu z początku 70s. Ale pierwszy singiel, „God Is Dead?” okazał się całkiem niezły, a cała płyta powaliła mnie wtedy totalnie! Z większej perspektywy czasu nie wydaje się aż tak idealna, sporo tu też grania na sentymencie, ale i tak uważam ją za dobre zwieńczenie dyskografii. Żadnego niepotrzebnego kombinowania, wymyślania się na nowo, po prostu sabbathowe granie jak na starych płytach. Tak jakby wyjęli niewykorzystane pomysły z początku lat 70 i nagrali na nowo. „Loner” i „Age of Reason” to zdecydowanie najlepsze punkty, słychać że Tony miał dobre pomysły na riffy. Te utwory zrobiły na mnie zdecydowanie największe wrażenie i do nich najczęściej wracam. Pierwszy to świetny, dynamiczny numer hard/ heavy, a drugi jest bardziej epicki, z rewelacyjnym outrem. Ciekawy jest też zalatujący bluesowym klimatem „Damaged Soul”.
Co do tych sentymentów – to początek „End of the Beginning” dość wyraźnie nawiązuje do tytułowca z debiutu, choć w fajny sposób, bez bezczelnej autozrzynki. Zwłaszcza że potem rozwija się w całkiem innym kierunku. „Zeitgeist” to z kolei nawiązanie do „Planet Caravan”, mamy tu bardzo podobną aranżację. Nie wiem czy to takie potrzebne, bo numer broni się sam w sobie. Bez tego charakterystycznego brzmienia z perkusją graną dłońmi wyszłaby po prostu fajna balladka, nie tak znowu bliska „oryginałowi”. Z tych sentymentalizmów według mnie najlepiej wyszło outro „Dear Father”, gdzie słychać dźwięki burzy i dzwony, jak na początku pierwszej płyty, co tworzy fajną klamrę dla całej twórczości.
Nie jest to płyta idealna, niektóre utwory mogłyby być nieco krótsze, nie wiem też czy te nawiązania do starych czasów były jakoś bardzo potrzebne. Ale nie ma też kawałka, który bym nazwał słabym, choć szkoda, że na podstawową tracklistę nie trafił „Methademic”, jakby wszedł za któryś numer mogłoby być bardziej różnorodnie. Szkoda też, że w składzie zabrakło ostatecznie Billa. Koniec końców to i tak całkiem dobre pożegnanie ojców metalu – przynajmniej jeśli chodzi o pełne albumy, bo była jeszcze epka „The End” i ten finałowy występ w Birmingham w zeszłym roku. Dla mnie to też jeden z tych albumów sentymentalnych -jak się tych numerów posłucha to od razu przychodzą na myśl „stare dzieje” sprzed tych parunastu lat.
Mutineer
Fajna płyta, ale nie byłbym sobą, gdybym nie powiedział kilku rzeczy. Na perkusji zagrał Brad Wilk (RATM, Audioslave), ponieważ Sharon Osbourne nienawdzi Bill'a Ward'a i robiła wszystko, aby on nigdy nie powrócił do BS. Faktem jest, że Bill ostro dawał w gażnik i niestety, ale rozwalał zespół, tyle że na przestrzeni lat, facet się zmienił i wyszedł na prostą.
OdpowiedzUsuńBill Ward ostatni raz nagrał z BS na koncertówce Reunion, która zawierałą 2 nowe tracki, oraz na ekskluzywnym utworze "Scary Dreams", który był zagrany na Ozzfest 2001. To są ostatnie podrygi Ward'a w klasycznym składzie.
Warto też zrecenzować Heaven & Hell (zespół, nie płytę)
Na temat zagrań Sharon długo można gadac. Kiedyś trafiłem na spory artykuł, jak bezczelnie wykorzystywała muzyków Ozzy'ego. No ale z Billem w końcu zagrali ten ostatni koncert, to przynajmniej tyle.
Usuńw sumie to mnie zainspirowałeś żeby zespół Heaven & Hell sobie przypomnieć