Century to jedno z moich największych odkryć w ostatnim czasie, jeśli chodzi o współczesny heavy metal. Na wiele zespołów trafiałem, ale wiele z nich jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi. Ewentualnie wałkują bez polotu mocno przeruchane patenty albo sprowadzają gatunek do nadmiaru melodii. I w końcu po jakimś czasie grzebania trafia się takie Century. I to jest godny uwagi band! Pierwsze moje skojarzenie, jak tego posłuchałem, było „Armagh 2”. przy kolejnych podejściach to wrażenie było już mniejsze, ale dalej jak dla mnie klimat tego albumu jest zbliżony do „Serpent Storm” ekipy z Warszawy. Ogólnie jednak riffy i cała stylistyka jest już inna – tu nie ma nawiązań do Manilla Road ani hard rocka lat 70, to raczej mocarny heavy europejskiego typu, ale w wersji bardziej klimatycznej. Słychać to od pierwszych dźwięków otwieracza „Sacrifice”. Atmosferyczne intro, brzmienie jak z jakiejś jaskini, ale zamiast przejść w granie pod epic heavy, zaraz uderza na heavy - speedowo. Fajne są wokale, takie surowe, archaiczne (no, lepszego określenia nie znalazłem), z lekkim pogłosem. No i te wokale też właśnie nieco mi Armagh przypominały przy pierwszym kontakcie. Ale spotkałem się z wieloma za to porównaniami do Heavy Load -zarówno głosu Tengnéra i ogólnie ich muzyki. I w sumie trochę racja, przynajmniej z płytą „Stronger than Evil” trochę podobieństw jest. Ale mi się ta ekipa skojarzyła z nieco nowszym zespołem - Cauldron, najbardziej w numerze „Children of the Past”. Solówki za to są mocno Maidenowe, normalnie jakby Dave’a Murraya zatrudnili! Trochę z tego wszystkiego wynika, że Century to taki mix z paru innych zespołów -otóż nie. Nie jest to wprawdzie najoryginalniejszy heavy, ale mimo oczywistych skojarzeń jest w tym wszystkim jakiś pomysł na siebie. Zwłaszcza że chłopy naprawdę umieją pisać dobre utwory, jak wspomniany „Sacrifice”, albo urozmaicony „The Chains Of Hell”. Zdarza im się zabrzmieć ten trochę bardziej hiciarsko, ale tak jakby zrobił to Venator, bez słodzenia i radiowości - „Fly Away” to zajebisty kawałek i szybko zostaje w głowie. A jeszcze lepszy jest następujący po nim „No Time for Tomorrow”, rozpędzony, trochę jak Running Wild z dwóch pierwszych płyt, a refren też porywa. No kurwa, do takiego kawałka to by się chciało machać łbem albo pogować na ich koncercie!
Wybrednych pewnie i tak ten album nie przekona, więc głównie bym polecił tym co szukają ciekawego, archaicznego heavy. Według mnie Century mają spory potencjał i tak se myślę że na kolejnych wydawnictwach mogą rozwinąć się jeszcze bardziej. Aha, „Sign of the Storm” to ich drugi album, ale specjalnie postanowiłem pominąć pierwszy, żeby skupić się tylko na tym i nie pierdolić się z porównaniami. Nie wiem jak u nich wygląda sprawa z koncertami, bo za wszystko odpowiada dwóch typów, ale chętnie bym ich dorwał na żywo- najlepiej w towarzystwie Venatora.
Mutineer
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz