poniedziałek, 4 maja 2026

Prosecutor - Krew Czarnej Ziemi (1992)

Zdarzyło mi się już pisać o tej płycie – była recenzja w zinie Riders of Doom (RIP). Ale album warty jest tego, żeby wspomnieć o nim ponownie, bo to jedna z największych perełek w polskim thrashu. Z najlepszych pozycji gatunku w Polsce na pewno byłby u mnie w pierwszej piątce. Niewątpliwie „Krew Czarnej Ziemi” jest totalnym arcydziełem i wielka szkoda że nie jest to tak znana pozycja.

Mamy tu coś między Kreatorem, Metallicą, a dajmy na to, Katem i Sepulturą. Może jeszcze coś z Destruction będzie, ale raczej tym z „Release from Agony”. Ale zostało to raczej przemielone na styl typowy dla Prosecutora. Tempa są zróżnicowane, riffy kąsają jak na „Extreme Aggression”, a wokale to już bardziej death/ thrash. Nie jest to co prawda ani jakiś thrash super agresywny, ani ultra techniczny, ale to nie ma znaczenia, bo i tak powstało dzieło. Moim faworytem z tracklisty jest zdecydowanie tytułowy numer- świetne riffy szkoły Kreatora, szybki, a nawet trochę chwytliwy. Dobre wrażenie robi też „Lód”, albo „Pustynia Śmierci”, te wolniejsze momenty z pełnymi grozy wokalami są świetne. Podobnie mroczna atmosfera bije z „Dla kogo Świeci Słońce?” (refreny miażdżą banię!). Jest też ballada – „Embrionalna Śmierć” i jest to jedna z najlepszych ballad, jakie słyszałem. Bardzo emocjonalna, niby podobna do tych Metallicowych, ale zrobiona po swojemu.

Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na texty -naprawdę świetne pod względem sposobu pisania i ich poetyki, jak i podejmowanych tematów. Ale równocześnie bez popadania w jakąś zawiłą poezję, z której autor miałby 15% na maturze, albo w pseudofilozoficzne pierdolenie.

Minusy? Tylko jeden, mianowicie brzmienie, przez które utwory trochę tracą, zwłaszcza „Dyktatura Mózgu”. No ale to był częsty problem wielu polskich albumów (turbowe „Epidemie” albo „Fallen Angel” Dragona). Po za tym dzieło kompletne. Również okładka, mimo że minimalistyczna, według mnie jest świetna. Szkoda że zespół szybko przepadł bez większego sukcesu i drugą płytę wydali dopiero po wielu latach po reaktywacji. Tak czy siak, za „Krew Czarnej Ziemi” szacun dla tej załogi ogromny.

Mutineer





poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Sabbat - Dreamweaver (1989)

 

Na świecie mamy dwa znaczące zespoły o nazwie Sabbat – szalonych japońców od „Zombie Samurajów” oraz „ten dawny zespół tego producenta, co teraz gra w Judasach”. Dzisiaj właśnie o tych drugich będzie. No bo tak, Andy Sneap zanim stał się znany głównie z produkcji lub zastępowania Glena Tiptona miał całkiem konkretny zespół, będący jednym z głównych przedstawicieli thrashu na Wyspach. Wyróżniali się swoim specyficznym stylem z nawiązaniami do folkloru i „magicznymi” textami. Ale daleko im do prekursorów folk metalu, śladowe użycie wiolonczeli czy innych skrzypiec nie gra tu pierwszych (hehe) skrzypiec – tak jak intro „Altered State” nie czyni podobnych prekursorów z Sepultury. Przede wszystkim to mocarny thrash, szybki, ale i epicki. I niezbyt podobny do czegokolwiek. Niektóre momenty kojarzą mi się z Testamentem z „The Legacy”, niektóry może z Sodom czy Forbidden, ale to bardzo luźne skojarzenia. Zespół miał na tyle oryginalny styl, że ciężko ich pomylić z czymś innym. Dużo pędzenia, szybkie riffy, ale też dużo zmian temp i sporo klimatu, co pasuje świetnie do tematyki mrocznego fantasy. No właśnie, „Dreamweaver” to concept album, oparty o książkę „Way of Wyrd”, ogólnie klimaty magii i celtyckiego pogaństwa, super, nie? Texty są takie narracyjno- dialogowe, do tego naprawdę długie. Wprawdzie wokal Walkyiera jest dość specyficzny -jego szczekliwa maniera może nie podejść przy pierwszych przesłuchaniach, ale szacunek dla gościa, ile słów potrafi z siebie wypluć. Że też potrafił tyle linijek napisać i jeszcze zapamiętać.

Co do samej muzyki jeszcze, to jak miałbym któreś kawałki wyróżnić, to na pewno „The Clerical Conspiracy” -nie bez powodu najbardziej znany z albumu. Szybki killer, ale też łatwo wchodzi do głowy, z różnymi zmianami temp i świetnym solem (jednym z wielu, bo właściwie wszystkie solówki na albumie są dojebane). Świetny jest też „Mythistory”, ten riff na otwarcie to istna potęga. Z resztą dojebanych riffów jest na całym albumie pełno, czego kolejny przykład to „The Best of Enemies”, przy okazji ten kawałek ma pod koniec takie schizowe, szeptane wokale, co robi niezły klimat. Wspomnieć jeszcze trzeba o „Wildfire” -ponownie ze względu na riffy, na niezły wpierdol, a także dlatego, że wystarczy trochę posłuchać i zaraz się wykrzykuje „Wildfire!!!”. Choć w każdym kawałku coś się znajdzie, wszystkie są bardziej lub mniej złożone, z często zmieniającymi się motywami. Totalnie inny jest tylko (pomijam intro i outro) „Advent of Insanity”, krótki, spokojniejszy utwór, który ma ilustrować podróż bohatera statkiem. Także mamy tu skrzypienie łodzi, szum fal, akustyki i wiolonczelę w tle. I to byłoby tyle z folkowych elementów, za to niedługo później Martin Walkyier po odejściu z Sabbat założył Skyclad, w którym o wiele bardziej poszedł w takie klimaty. W efekcie powstał zespół, który naprawdę był jednym z pierwszych folk metalowych, ale to już inna historia. Sam Sabbat zaś nagrał w nowym składzie album „Mourning has Broken”, który miał fajną, epicką okładkę, ale poza tym przy „Dreamwaver” może się schować. Słowem podsumowania – totalny top thrashu nie tylko brytyjskiego, ale ogólnie. Jak ktoś tego albumu nie miał jeszcze okazji poznać, to może ten text go zmotywuje. Wildfire!!!

Mutineer

środa, 8 kwietnia 2026

Quo Vadis - Quo Vadis (1991)

 

Quo Vadis to dość ciekawy przypadek. Zespół, który w pewnym sensie próbował być równocześnie Vaderem i Acid Drinkers. Nie żeby się na nich wzorowali (choć dema ekipy z Olsztyna mogli słyszeć), chodzi bardziej o ogólne podejście. W 1991 roku ich debiutancki album był jednym z najbrutalniejszych pełnopłytowych materiałów w naszym kraju - konkretny death/ thrash, kopiący dupę jak cholera. Ale równocześnie sporo tu humoru i różnych specyficznych dodatków, które mogą niektórych odstraszać. W części kawałków mamy jakieś intro lub outro – radziecki hymn w „NKWD”, wojskowa piosenka na koniec „Monofobii”, płacz w „Bólu Istnienia”. „Trzy Szósteczki” to utwór ogólnie dość jajcarski. Do tego dochodzi specyficzny cover… Maanamu - „Kocham Cię, Kochanie Moje”, ale przerobiony tak, że wyszedł niemal grind! To podejście do coverowania, z którego później zasłynęli wspomniani Acid Drinkers. Pewnie dla niektórych te luzackie elementy albumu mogą być nie do strawienia, jako nie pasujące do muzyki. U takich Acidów sprawdzało się to trochę lepiej, bo oni grali inaczej, bardziej crossoverowo. Tutaj może zdawać się to nieco groteskowe, ale, ale! Sama muzyka jest naprawdę konkretna- jazda, którą można porównać ze Slayerem, Sepulturą, Kreatorem, albo nawet w pewnym stopniu z takim Morbid Saint. Z Vaderem też, ale raczej tym z „Necrolust”, przynajmniej mi się tak niektóre momenty kojarzyły. Generalnie thrash, ale mocno podkręcony. Panowie zasuwają aż miło, a riffy robią tu świetną robotę, choćby w „NKWD”, „Wegetacji” albo ten na początku „Monofobii”, taki dość slejerkowy. Z resztą ten riffowy cytat w „Trzech Szósteczkach” pokazuje kto był największą inspiracją zespołu. W wielu momentach Quo Vadis wchodzi już w death metal, ale zdarzają się im też melodyjne zagrywki (w „Czerwonym Prawie” robią fajny kontrast do brutalnie pędzącej reszty).

Ciekawe są texty -takie trochę punkowe, antysystemowe, wyrażające sprzeciw wobec szarej rzeczywistości tamtych czasów. Komuchom dostaje się tu nawet bardziej niż u Dezertera czy Moskwy, no ale też takie liryki w 1991 roku mogły już przejść. Ustrój się zmienił, to można było jechać ostro. No i ta okładka -też trochę punkowa, mi się nawet trochę z grindem kojarzy.

Jak miałbym wszystko podsumować, to mimo pewnych „udziwnień” to i tak jedna z najlepszych płyt thrashowych po polsku (jest jeszcze english version, ale mniej ciekawa). Mi te wszystkie dodatki zbytnio tu nie wadzą. Dla wielu to wręcz pozycja kultowa, choć myślę że nie została doceniana na tyle ile zasługiwała. Ciekawe czego to kwestia? Ich luźnego podejścia, czy może nie mieli wystarczająco szczęścia? Temat na dłuższą analizę (brzmi jak coś dla kolegi Mutanta z zaprzyjaźnionego bloga, hehe, pozdro). Tak czy inaczej, wczesne Quo Vadis to naprawdę konkretny kawał napierdolu i ich debiut mogę tylko polecać.

Mutineer

sobota, 21 marca 2026

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

 

Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na nią nieco inaczej -jako płytę z najlepszych, klasycznie -thrashowych czasów zespołu, choć powstałą w nieco kryzysowym okresie. Ale na przełomie 80/90s sprawa mogła się mieć inaczej – po świetnym „Peace Sells...But Who’s Buying?” mogła zdawać się rzeczywiście obniżeniem lotów, do tego potem doszły doskonałe muzycznie „Rust in Peace” i „Countdown to Extinction”. A kiedy nie istniały jeszcze „Risk” i „Super Collider” mogła lądować gdzieś na szarym końcu. Podejrzewam że jej ocena wzrosła z końcem lat 90, kiedy fani coraz bardziej tęsknili za starym, wściekłym Megadeth. Obecnie to klasyk, który powstał w określonych okolicznościach. Posypał się poprzedni skład, Dave ćpał na potęgę, do tego przez PS...BWB? Zespół postawił sobie poprzeczke dość wysoko. Wiele osób ceni ten album za jego autentycznosć i surowość. Jest on bardzo emocjonalny, momentami czuć szczere wkurwienie Dave’a – na cenzurę w muzyce w „Hook in Mouth” albo na byłego kolegę z zespołu w „Liar”. Po drugiej stronie mamy żal po stracie nieco innego kolegi - Cliffa Burtona w „In my Darkest Hour”. Mimo że Rudy po Metallice jechał ostro, to jednak śmierć basisty wstrząsnęła nim na tyle, że stworzył taki pseudo- balladowy numer (do prawdziwej ballady trochę tu brakuje). Sam text jednak nie ma z tym nic wspólnego, ale też może być szczery, może Rudzielec miał spinę z jakąś dziewczyną?

Muzycznie „So Far…” zbytnio poprzednikowi nie ustępuje, bo tu też jest sporo mocnych utworów. Już ten „In My Darkest Hour” jest dość ciekawy, takiego kawałka Megadeth wcześniej nie miało. Jest też nieco zbliżony klimatem „Mary Jane”, do tego parę killerów – „Set the World Afire” to chyba mój ulubiony z tracklisty, riffy zabójcze, do tego fajnie liniowo się ten numer rozwija. Genialny jest też wieńczący płytę „Hook in Mouth”, gdzie zwrotki są pozbawione gitar (wokal na tle samej sekcji) ale jak już te się pojawią, to kopią w ryj konkretnie, riffy mają nawet w sobie coś złowieszczego. Cover Sex Pistols trochę odstaje, niezbyt pasuje do posępnej/ złowrogiej reszty, choć sam w sobie jest niezły. Na pewno jednak lepiej się wpasował niż cover Aerosmith na „New Order” Testament.

Oczywiście jak zestawimy ten album z „Peace Sells” i „Rust”, to wypada trochę słabiej, ale to wciąż świetna pozycja. Ta surowość i może nawet pewna niedoskonałość tego materiału działa nawet tu trochę na korzyść.

Mutineer

środa, 25 lutego 2026

Angelcorpse - Hammer of Gods (1996)

Debiutancki krążek bluźnierców ze Stanów Zjednoczonych, który łączy ciężkość death metalu ze zwierzęcą agresją pierwotnego black metalu.

Od razu po odpaleniu płyty wita nas kawalek „Consecration” i ryk Pete’a pokazując, że mamy tu do czynienia z tłustym łojeniem. Zatrzymajmy się przy wokalu, bo nie jest on klasycznym growlem, a wręcz czymś czego byśmy się nie spodziewali. Bardzo „mokre” krzyki, które przypominają mi black -punk. Wokal nie tyle prowadzi utwory, a je rozszarpuje. Perkusja napierdala jak powinna, to nie jest granie na pałę - łączy blasty i podwójna stopę i nadaje ogromnej dynamiki kawałkom (to metronom jest krzywo a nie stopa). Gitary? Kurwa, kreatywność tych riffów jest niepojęta. Melodyjność, łojenie i w dodatku ton jak ze szwajcarskiego bunkra. Wszystko to dopełniają solówki rodem z Morbid Angel, gdyby je postawić obok klasycznych florydzkich partii - różnice byłyby marginalne.

Najlepsze kompozycje w mojej opinii to „Lord of the Funeral Pyre”, który trochę zwalnia płytę ale tylko po to, żeby „Black Solstice” uderzyło jeszcze mocniej. W tłoczeniach od 1999 roku można znaleźć też „Pleasure to Kill” Kreatora, ale nie jest to po prostu odegrany cover - Longstreth na garach podkręca tempo do granic absurdu, wyprzedzając Ventora podwójnie!

Niektórzy mogą uważać, że jest to płyta monotonna - coś w tym jest. Nie skupiając się na kawałkach faktycznie słychać jednostajny, gęsty szum, ale przy uważniejszym odsłuchu okazuje się on spójną ścianą dźwięku, która buduje klimat.

W mojej ocenie - petarda, obowiązkowa jeśli ktoś szuka połączenia blacku i deathu w proporcjach 50/50. Szkoda jedynie, że mimo wznowienia działalności w 2015 roku po 2 latach zespół ponownie zakończył działalność - „Consecration” na żywo pewnie już nie usłyszymy.


Bestial D.

czwartek, 19 lutego 2026

Dragon - Arcydzieło Zagłady (2021)

Z powrotami po latach różnie bywa, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Nawet jak zespół radzi sobie na żywo, to obawy zaczynają się, gdy zabiera się za nowy materiał. Już trochę składów na tym poległo, wydając rzeczy słabe lub co najwyżej poprawne. No, inna sprawa, że często oczekiwania fanów są zbyt duże. W przypadku Dragona nie miałem żadnych, no wiadomo było,że drugiej „Hordy Goga” ani „Fallen Angel” nie dostaniemy. Może właśnie dlatego ich pierwszy album po powrocie bardzo mi podszedł. Z resztą, tak bardziej obiektywnie patrząc, to „Arcydzieło Zagłady” wyszło naprawdę nieźle. Mamy tutaj, co było akurat trochę do przewidzenia, klimat zbliżony do tego, co zespół grał w latach 90- czyli thrash/ death, choć też nie identyczny jak na tamtych płytach. Fajne jest tutaj, że materiał brzmi dość świeżo, trochę old schoolu jest, ale też nie jest to jakaś rekonstrukcja starego brzmienia na siłę. Co za tym idzie, jazdy na sentymentach też nie ma. Druga sprawa to bardziej thrashowy charakter w kompozycjach, więc wchodzą one lepiej niż te z takiego „Scream of Death” (niby fajna płyta i miażdży, ale i męczy trochę). Najbardziej to słychać w tytułowym kawałku, szybkim, fajnie kopiącym dupsko (przy okazji chyba najlepszym tutaj). Mamy tu też trochę techniki i zakręconych struktur, ale nie tyle, żeby łeb od nich rozbolał. Z tego co kojarzę, to porównywano tą płytę czasem do katowskiego „Bastarda”, no i w sumie pewnie wspólne punkty są. Łącznie z Fazim, który napierdalał na obu albumach na basisku. Same utwory też niczego sobie, bo po za tytułowym całkiem niezłe są „Przemoc” (niezły killer) albo „Skaza”, w większości nieco wolniejszy i mogący się trochę kojarzyć z Katem. Nieźle napierdalają też w „Klatce Przeznaczenia”, a „Nie Zginaj Kolan” jest nawet trochę chwytliwy przez refreny. Znalazła się też ballada „Czas Umiera”- w sumie ok, choć lepiej wypadają w niej momenty cięższe. No ale do „Spell of Recollection” nie ma podjazdu. Pochwalić trzeba jednak jeszcze, że zdecydowali się na liryki po polsku, a Fred całkiem nieźle je wyryczał, jego growle nie straciły dużo od starych czasów.

Arcydzieło Zagłady” arcydziełem co prawda nie jest, ale to całkiem niezła płyta- jako powrotna i ogólnie. I nawet nieźle się broni parę lat po premierze, raz na jakiś czas też chce się do niej wrócić. Z kolejną płytą Dragona, „Unde Malum”, już tak dobrze nie było, choć złą też bym jej nie nazwał. „Arcydzieło” można jednak polecać, bo z tej starej gwardii polskiego metalu to jedna z ciekawszych pozycji. Jedyny poważny minus to okładka, która wygląda jak z jakiegoś powerowego albumu z okolic 2004 roku. Jednak ptaszysko z „Hordy Goga” rządzi!

Mutineer

poniedziałek, 9 lutego 2026

Pandemic Outbreak -Torment Beyond Comprehension (2025)


Większość płyt z 2025 które recenzowałem, to było drugie płyty danych zespołów. No i jedziemy z Pandemic Outbreak i znów dwójka… czyli jaki postęp dokonał się od debiutu, czy go przebili i tak dalej, aż dziwne że mi się to nie znudziło, he he… No ale dobra, do rzeczy. W 2021 wyszedł całkiem niezły debiut tej hordy, „Skulls Beneath the Cross” – old schoolowy death metal mocno w klimacie polskiej szkoły, skojarzenia z wczesnym Vaderem nasuwały się same. W końcu nadszedł drugi album, który przynosi trochę zmian brzmieniowych. Po pierwsze sound jest potężniejszy, do tego mniej czuć tu tą polską szkołę, raczej więcej tu z klasycznego death metalu z Florydy z okolic 1990-93. Już nawet okładka kojarząca się z dziełami Dana Seagrave’a to zapowiada. Przy pierwszych podejściach miałem skojarzenia głównie z Death z „Human” i trochę „Individual Thought Patterns”. Słychać to dobrze w pierwszym kawałku, „Beyond My Comprehension”. Choć dalej tu też sporo surowego thrash- deathowego klimatu, jak się wsłuchać, to zachowała się ta pierwotna surowizna. Mocno thrashowy charakter ma chociażby „Left for Vultures”, albo „Impaled” który ma też fajne refreny (czy co to tam jest) „Trapped in torment, crucified!!!” dobre do krzyczenia z zespołem na gigach. Wokale dalej są tajemnicze i obskurne, chyba najbardziej mi się kojarzą z tymi z „To the Gory End” Cancer. W paru momentach miałem też skojarzenia z Morbid Angel, taki „Comsumed by Flames” ma riffy jak w najlepszych czasach ekipy Treya, w „Skinned While Breathing” są wolne zagrywki jak te z płyt Morbidów na B, C i G. Pojawia się też na całym albumie sporo melodii, ale takich zimnych i mroźnych, które mogłyby też pojawić się u Frightfula (czyżby pozostałość po pobycie Menzela w tamtym zespole?). Więc nie rozmiękczają one rzezi, a raczej wnoszą fajną różnorodność. Melodyjne często są też solówki, ale bardziej jak te od Jamesa Murphy’ego (czyli kolejne skojarzenia z klasycznym amerykańskim death metalem) ale sporo też jest takich wajchowych jak w Vaderze. Z tym że mimo tych skojarzeń w większości płyty są momenty które ciężko jednoznacznie porównać do klasyków, no brzmią po prostu jak Pandemic Outbreak. Czyli jakiś styl już sobie chłopy wyrobili.

Nie wiem czy mogę powiedzieć, że ta płyta wyszła lepsza od pierwszej, ale jest to na pewno dzieło dojrzalsze i z bardziej wyrobionym stylem. W każdym razie, jak lubicie old schoolowy death metal, to się nie zawiedziecie.

Mutineer

Prosecutor - Krew Czarnej Ziemi (1992)

Zdarzyło mi się już pisać o tej płycie – była recenzja w zinie Riders of Doom (RIP ) . Ale album warty jest tego, żeby wspomnieć o nim pono...