Wygląda na to, ze to właśnie w Chile wychodzi ostatnio najwięcej ciekawych pozycji z thrashu. Nie wiem czy to kwestia jakiejś latynoskiej dzikości, ale materiały stamtąd brzmią bardzo autentycznie, od maniaków dla maniaków. Ojczysty kraj Toma Arayi wypuścił sporo ciekawych zespołów, których albumy są często ciekawsze i bardziej old schoolowe od większości pozycji Havoka, Warbringera albo Evile (mimo że to też dobre załogi). Wspomnieć należy choćby Reaper albo Critical Defiance, dziś jednak będzie o innej chilijskiej hordzie -Mayhemic, który wyjechał w zeszłym roku z pierwszym albumem.
Thrashowych płyt wychodzi sporo, ale nie wszystkie są równie warte uwagi. Dużo jest takich, co są niezłe, ale jakoś nie ma potrzeby później do nich wracać, bo w większości to tylko poprawnie zagrany thrash i tyle. U Mayhemica już okładka zapowiada, że będzie inaczej (w sumie fajna odmiana po tylu obrazkach truposzy z piwem na ulicy). Nie jest to oczywiście jakieś wizjonerskie ani rewolucyjne dzieło. To czysty brutalny thrash wyrwany z końca lat 80, ale zagrany na tyle ciekawie i z pomysłem, ze potrafi wciągnąć na długo. Słychać tutaj mocno inspiracje Kreatorem (głównie z Pleasure to Kill) w intensywności materiału i wokalach, choć ogólna brutalność może się kojarzyć tez z Morbid Saint albo Dark Angel. Bez pierdolenia się z intrami od razu uderzają w pierwszym kawałku szybkim brutalnym riffem. Przy okazji zwraca uwagę brzmienie, surowe i brudne, ale nie piwniczne, trochę kojarzy się z produkcją Extreme Aggression. W Triumph Portrait napierdalają z wręcz death metalowym kopem, ale skojarzyło mi się to też z Darkness Descends, zaś w równie brutalnym Olduvai´s Lullaby pobrzmiewają tam bardziej speedowe riffy. Ale nie myślcie, że to kolejny zespół o filozofii byle szybciej, bo zdarza się im urozmaicić materiał. Valley of the Tundra wprowadza nieco inny klimat i wolniejsze tempo, nawet nieco melodii. Trafił się też instrumental, a tytułowy kawałek jest nawet nieco progresywny. Zaczyna się od niepokojących, trochę blackujących riffów, potem przechodząc w typową dla płyty rzeź i zaliczając parę zwrotów akcji. W części z solówkami tak zasuwają, że riffy zdają się rozsadzić łeb. Zwracają uwagę jeszcze dwie rzeczy- dwóch wokalistów, patent jak na jedynce Kreatora, choć o zbliżonym sposobie wrzeszczenia, a druga to texty. Nawiązujące do prehistorii, o niszczycielskiej sile natury, walce o przetrwanie. Trzeba przyznać, ciekawe podejście do sprawy. Aż ciekawe co wymyślą na kolejnych materiałach, no w każdym razie zostaje trzymać za tą ekipę, bo mogą nieźle zawojować podziemne sceny. I mieć nadzieję, że zawitają wkrótce z koncertami w Europie.
Mutineer