Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death/ thrash metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death/ thrash metal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2026

Abuser - Blood Marks (2026)

 

Ależ miazga. Ależ wpierdol. I jakie dobre! Wrocławska brutalna horda w końcu wypuściła debiutanckiego pełniaka. Mieli ponoć trochę pecha w ostatnich latach i trochę z tym zeszło, ale zawartość powinna wynagrodzić cierpliwość. Mamy tutaj bezlitosny thrash, który od razu wywołuje skojarzenia z takimi brutalistami jak Morbid Saint, Demolition Hammer albo Dark Angel. Czyli podobnie jak u tamtych klasyków -wszystko podkręcone na full i często to granie ociera się już o death metal. Niektóre riffy są wręcz po prostu death metalowe. Utwory pędzą i zarzynają bez litości. Dobrze pasuje do tego ta okładka, poszczególne kawałki są jak te noże, które bezustannie na nas spadają, zadając mordercze ciosy. Ale równocześnie też jest to wszystko naprawdę dobrze zagrane, nie jakaś bezmyślna łupanka, o co w takim stylu łatwo. Choć też bez przesady w drugą stronę, bo super technicznie też nie jest. Przy pobieżnym odsłuchu utwory mogą zlać się nieco w jedną, brutalną masę (może o to chodziło -żadnej litości dla słuchacza!) ale jak się w płytę bardziej wkręcimy, to szybko wyłapiemy faworytów. Mimo że płyta to głównie szybka jazda, to parę numerów na pewno się wybija. Jak otwieracz, „Cry of the Innocent”, z charakterystycznym introsem, gdzie świetna robotę robią gary, albo ultra szybki „Painbringer”. Jednak jeszcze lepsze są „Struggling for Reality” (dobre riffy) albo „Abuser”, w którym znalazło się też trochę chwytliwości i dobry refren. Ale ciekawy jest też „Fin de Siècle” – najwolniejszy utwór w zestawie, wprowadzający nieco inny klimat. Recytacja pod koniec trochę mi się kojarzy z „Mandatory Suicide” Slayera. No i też ten kawałek pokazuje, że taki brutal – thrash nie musi być jednostajny. Co do textów, to bez niespodzianek -masa krwi i przemocy w najróżniejszej postaci.

Jakby się już czegoś czepiać, to chyba tylko produkcji, i to też nie jakoś bardzo. Gdzieś spotkałem się ze stwierdzeniem, że bębny są wywalone za głośno w stosunku do reszty. Właściwie na początku na to nie zwróciłem zbytniej uwagi, ale rzeczywiście - teraz jak pomyślę o którymś z kawałków, to od razu słyszę w głowie ten głośny werbel. Z jednej strony daje to większe pierdolniecie, ale z drugiej fakt, mogło być to bardziej wyważone. Sama perkusja jednak jest dojebana, więc dużego problemu to nie robi. Ogólnie jednak narzekać nie ma co, bo album zapewnia naprawdę srogi wpierdol, do tego dobrze zagrany. Jak oczekujecie maxymalnie podkręconego thrashu, to na polskiej scenie lepszego przykładu chyba nie znajdziecie.

Mutineer

niedziela, 24 maja 2026

Morlord - Mundus Mortis (2025)

 

Pierwszy raz w mojej działalności recenzenckiej/ zinowej zdarzyło się, że dostałem darmowy egzemplarz płyty od zespołu. Otóż Morlordowi spodobał się nasz ziniacz i wywiad, to mi Drac wysłał płytkę w zamian. Tu jednak pojawia się problem. Bo „Mundus Mortis” to dobry album, ale jak wyskoczę z pochwałami, to zabrzmi to tak, że skoro dostałem za darmo, to teraz trzeba chwalić. Ewentualnie że się chce podlizać. Coś tam chciałem jednak naskrobać, żeby chłopaków wspierać, postaram się być jednak jak najbardziej obiektywny. Wnioski, czy warto po album sięgnąć, wyciągnięcie sobie sami.

Zacznijmy od początku- Morlord powstał w 2023 w Bydgoszczy i od razu zaatakował Epką „Post Mortem”. Był to piwniczny thrash/ death, gdzie czuć było zatęchłą kryptę i klimaty typu Death, Vader, Obituary, ale zdarzało się też trochę momentów blackowych. Pełny album nie jest jakoś bardzo odległy stylistycznie, ale jednak są pewne różnice. Ostał się obskurny klimat i mrok, ale na EP było więcej tych wisielczych zwolnień, był to raczej materiał nastawiony na grobowy klimat. „Mundus Mortis” jest intensywniejszy, bardziej skupionym na rozpierdolu. Wolne riffy oczywiście też są, ale raczej robiące miazgę niż atmosferę krypty. Za to w kąt poszły te black metalowe naleciałości. Sporo tu z thrashu -pędzące riffy w wielu kawałkach i charakterystyczne refreny w „Skynet Apocalypse”, „Anti Credo” i „9 Kregu Piekła”. Najbardziej thrashowo jest w „Straight to Hell”, tu w ogóle zaskoczyli, bo główny riff kojarzy się z Exodusem. Co zwraca uwagę, to na pewno wokale, które są dość urozmaicone, często bywają w klimacie Deicidowym! Jak się posłucha takiego „Monstrosity Made of Steel” albo „Sodomii Społeczeństwa” to się można zastanawiać czy sam Glen Benton ich w studiu nie odwiedził. Riffowo jednak dalej więcej tu z Death, tego wczesnego, tak najdalej po „Spiritual Healing”. Z resztą jest tu cover „Baptized in Blood”, także łatwo wskazać jaki zespół był jedną z większych inspiracji.

Żeby nie było zbyt kolorowo, to muszę stwierdzić że nie jest to wyziew tak potężny, jak debiuty Pandemic Outbreak czy Frightful, no ale to też nieco inny rodzaj death metalu. Trzymam tak czy inaczej za Morlorda, mają spory potencjał i ciekawie mnie co pokażą na kolejnych wydawnictwach. Jak na kolejnym będzie taki postęp jak między epką a debiutem, to już pewnie nie wytrzymam i zacznę chwalić taki materiał na potęgę.

Mutineer

środa, 8 kwietnia 2026

Quo Vadis - Quo Vadis (1991)

 

Quo Vadis to dość ciekawy przypadek. Zespół, który w pewnym sensie próbował być równocześnie Vaderem i Acid Drinkers. Nie żeby się na nich wzorowali (choć dema ekipy z Olsztyna mogli słyszeć), chodzi bardziej o ogólne podejście. W 1991 roku ich debiutancki album był jednym z najbrutalniejszych pełnopłytowych materiałów w naszym kraju - konkretny death/ thrash, kopiący dupę jak cholera. Ale równocześnie sporo tu humoru i różnych specyficznych dodatków, które mogą niektórych odstraszać. W części kawałków mamy jakieś intro lub outro – radziecki hymn w „NKWD”, wojskowa piosenka na koniec „Monofobii”, płacz w „Bólu Istnienia”. „Trzy Szósteczki” to utwór ogólnie dość jajcarski. Do tego dochodzi specyficzny cover… Maanamu - „Kocham Cię, Kochanie Moje”, ale przerobiony tak, że wyszedł niemal grind! To podejście do coverowania, z którego później zasłynęli wspomniani Acid Drinkers. Pewnie dla niektórych te luzackie elementy albumu mogą być nie do strawienia, jako nie pasujące do muzyki. U takich Acidów sprawdzało się to trochę lepiej, bo oni grali inaczej, bardziej crossoverowo. Tutaj może zdawać się to nieco groteskowe, ale, ale! Sama muzyka jest naprawdę konkretna- jazda, którą można porównać ze Slayerem, Sepulturą, Kreatorem, albo nawet w pewnym stopniu z takim Morbid Saint. Z Vaderem też, ale raczej tym z „Necrolust”, przynajmniej mi się tak niektóre momenty kojarzyły. Generalnie thrash, ale mocno podkręcony. Panowie zasuwają aż miło, a riffy robią tu świetną robotę, choćby w „NKWD”, „Wegetacji” albo ten na początku „Monofobii”, taki dość slejerkowy. Z resztą ten riffowy cytat w „Trzech Szósteczkach” pokazuje kto był największą inspiracją zespołu. W wielu momentach Quo Vadis wchodzi już w death metal, ale zdarzają się im też melodyjne zagrywki (w „Czerwonym Prawie” robią fajny kontrast do brutalnie pędzącej reszty).

Ciekawe są texty -takie trochę punkowe, antysystemowe, wyrażające sprzeciw wobec szarej rzeczywistości tamtych czasów. Komuchom dostaje się tu nawet bardziej niż u Dezertera czy Moskwy, no ale też takie liryki w 1991 roku mogły już przejść. Ustrój się zmienił, to można było jechać ostro. No i ta okładka -też trochę punkowa, mi się nawet trochę z grindem kojarzy.

Jak miałbym wszystko podsumować, to mimo pewnych „udziwnień” to i tak jedna z najlepszych płyt thrashowych po polsku (jest jeszcze english version, ale mniej ciekawa). Mi te wszystkie dodatki zbytnio tu nie wadzą. Dla wielu to wręcz pozycja kultowa, choć myślę że nie została doceniana na tyle ile zasługiwała. Ciekawe czego to kwestia? Ich luźnego podejścia, czy może nie mieli wystarczająco szczęścia? Temat na dłuższą analizę (brzmi jak coś dla kolegi Mutanta z zaprzyjaźnionego bloga, hehe, pozdro). Tak czy inaczej, wczesne Quo Vadis to naprawdę konkretny kawał napierdolu i ich debiut mogę tylko polecać.

Mutineer

czwartek, 19 lutego 2026

Dragon - Arcydzieło Zagłady (2021)

Z powrotami po latach różnie bywa, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Nawet jak zespół radzi sobie na żywo, to obawy zaczynają się, gdy zabiera się za nowy materiał. Już trochę składów na tym poległo, wydając rzeczy słabe lub co najwyżej poprawne. No, inna sprawa, że często oczekiwania fanów są zbyt duże. W przypadku Dragona nie miałem żadnych, no wiadomo było,że drugiej „Hordy Goga” ani „Fallen Angel” nie dostaniemy. Może właśnie dlatego ich pierwszy album po powrocie bardzo mi podszedł. Z resztą, tak bardziej obiektywnie patrząc, to „Arcydzieło Zagłady” wyszło naprawdę nieźle. Mamy tutaj, co było akurat trochę do przewidzenia, klimat zbliżony do tego, co zespół grał w latach 90- czyli thrash/ death, choć też nie identyczny jak na tamtych płytach. Fajne jest tutaj, że materiał brzmi dość świeżo, trochę old schoolu jest, ale też nie jest to jakaś rekonstrukcja starego brzmienia na siłę. Co za tym idzie, jazdy na sentymentach też nie ma. Druga sprawa to bardziej thrashowy charakter w kompozycjach, więc wchodzą one lepiej niż te z takiego „Scream of Death” (niby fajna płyta i miażdży, ale i męczy trochę). Najbardziej to słychać w tytułowym kawałku, szybkim, fajnie kopiącym dupsko (przy okazji chyba najlepszym tutaj). Mamy tu też trochę techniki i zakręconych struktur, ale nie tyle, żeby łeb od nich rozbolał. Z tego co kojarzę, to porównywano tą płytę czasem do katowskiego „Bastarda”, no i w sumie pewnie wspólne punkty są. Łącznie z Fazim, który napierdalał na obu albumach na basisku. Same utwory też niczego sobie, bo po za tytułowym całkiem niezłe są „Przemoc” (niezły killer) albo „Skaza”, w większości nieco wolniejszy i mogący się trochę kojarzyć z Katem. Nieźle napierdalają też w „Klatce Przeznaczenia”, a „Nie Zginaj Kolan” jest nawet trochę chwytliwy przez refreny. Znalazła się też ballada „Czas Umiera”- w sumie ok, choć lepiej wypadają w niej momenty cięższe. No ale do „Spell of Recollection” nie ma podjazdu. Pochwalić trzeba jednak jeszcze, że zdecydowali się na liryki po polsku, a Fred całkiem nieźle je wyryczał, jego growle nie straciły dużo od starych czasów.

„Arcydzieło Zagłady” arcydziełem co prawda nie jest, ale to całkiem niezła płyta- jako powrotna i ogólnie. I nawet nieźle się broni parę lat po premierze, raz na jakiś czas też chce się do niej wrócić. Z kolejną płytą Dragona, „Unde Malum”, już tak dobrze nie było, choć złą też bym jej nie nazwał. „Arcydzieło” można jednak polecać, bo z tej starej gwardii polskiego metalu to jedna z ciekawszych pozycji. Jedyny poważny minus to okładka, która wygląda jak z jakiegoś powerowego albumu z okolic 2004 roku. Jednak ptaszysko z „Hordy Goga” rządzi!

Mutineer

środa, 7 stycznia 2026

Sepultura - Schizophrenia (1987)

 

Często tak bywa, że największy progres zespoły robią między debiutem a drugim albumem i nie inaczej było w przypadku Sepultury. Chłopacy sporo się tu podciągnęli w umiejętnościach, duża była w też zasługa nowego w ekipie Kissera, który wtedy zrobił sporo dobrego dla zespołu, w przeciwieństwie do tego, co robi z tą nazwą dzisiaj. No ale ten jego coverband to inny temat. „Schizophrenia” to album ukazujący zespół już bardziej dojrzały od trochę jeszcze chaotycznych wczesnych nagrań i ambitniejszy, ale dalej surowy i bezpośredni. Brzmienie jest tu lepsze, ale wciąż brudne, pełno tu mrocznej atmosfery i wokali jak z otchłani. Progres jednak słychać, riffy są ciekawsze, a największym przejawem ambicji jest nagranie długiego instrumentala „Inquisition Symphony”. I to udanego, bo mógł wyjść nudny, a oni podołali. Podstawą wciąż jednak są krótsze numery, robiące z naszych dup jesień prekolumbijkiego średniowiecza - „From the Past Comes the Storms”, „To the Wall” albo „R.I.P. (Rest in Pain)” (świetne riffy i te wokale „Schizophrenia, Paranoia, Insane death, Rest in pain!”). Chyba najbardziej znanym jest „Escape to the Void”, z dobrze wchodzącymi do głowy refrenami i świetną solówką, też zapadającą w pamięć. Słychać w tych kawałkach też pewne zmiany stylistyczne, „Morbid Visions” można było postawić między pierwszofalowym blackiem, a proto- death, to już tutaj mamy zdecydowanie mocarny death/ thrash. Wciąż jednak mocno stawiający na mroczny klimat, czego nie było na kolejnych płytach Sepultury. Właściwie można by porównać ten album do Slayerowego „Hell Awaits”, na obu mamy rozwój muzyczny względem debiutu, połączony z proto- deathowymi patentami i mrokiem. Nawet jest tutaj podobnie chore intro z użyciem słów puszczonych od tyłu.

Kolejne dwie płyty Sepultury pod wieloma względami były jeszcze doskonalsze, jednak wielu fanów to właśnie „Shizophrenię” uważa za tą najlepszą. Jak bym miał wybierać, to trochę bym się wahał, bo „Benath the Remains” i „Arise” też są świetne, jednak ostatnio to właśnie do drugiego albumu tej ekipy wracam najczęściej. Genialne utwory, plus ten klimat, mrok i surowizna dają tu mistrzowskie połączenie.

Mutineer

niedziela, 21 grudnia 2025

Testament - Para Bellum (2025)

 

Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprzednie cztery płyty też były dobre, zwłaszcza „Dark Roots of Earth”, do którego fajnie sobie czasem wrócić, ale było słychać, że zespół trzyma się raczej bezpiecznych rejonów. Mankament był taki, że „Brotherhood of the Snake” i „Titans of Creation” nie były już tak świeże i pomysłowe jak poprzednie pozycje. Na początku po okładce myślałem, że będzie raczej kontynuacja „Tytanów” (podobny klimat i ten sam autor cover artu) a tu w muzyce jeb! Ekipa postanowiła sięgnąć znów po więcej death metalu, ale efekt jest mniej toporny niż na takim „Demonic”. W sumie jak się przyjrzymy bliżej, to jest to dalej ten Testament z „Dark Roots...” tylko bardziej podkręcony. Bo jest brutalnie, ale tych kawałków się naprawdę dobrze słucha i potrafią zapaść w pamięć. Do tego jest też całkiem różnorodnie, ale o tym zaraz. Do największych rozpierdalaczy należą na pewno otwierające album „For the Love of Pain” i „Infanticide A.I.”. Ten pierwszy bardziej sięga po deathowe elementy. Chuck dużo jedzie growlami, a nawet niektóre wokale kojarzą się trochę z Deicide, a Chris Dovas, nowy nabytek zespołu, napierdala na garach jak z karabinu. Drugi utwór już bardziej thrashowy, ale podobnie dojebany. Niezła jazda jest też w „Witch Hunt” (jest nawet moment zajeżdżający blackiem) albo w „Para Bellum”, który równocześnie potrafi wpaść w ucho i powinien być jak znalazł na koncerty. Żeby ktoś jednak nie pomyślał, że jest jednostajnie, to jest tu też trochę wspomnianych urozmaiceń. Dajmy na to taki „Shadow People”, który dla odmiany jest trochę… Exodusowy. No, mi się przynajmniej kojarzy z takimi kawałkami ekipy Holta jak „Brain Dead” albo „Blacklist”. Może wspólne trasy zrobiły swoje? Tytułowy track sam w sobie jest urozmaicony, a jednym z najciekawszych kawałków na pewno jest „Room 117”, bardziej klimatyczny, taki sporo młodszy krewniak „Alone in the Dark”, fajna rzecz! No i są też utwory które w ogóle miały być chyba przeciwwagą dla tej ostrej jazdy – „Nature of the Beast”, który idzie mocniej w stronę heavy, oraz ballada „Meant to Be”. Niezła, melodie bez przesłodzenia, ale orkiestracje mogli se darować. No i mogłaby być nieco krótsza.

Największym plusem albumu jak dla mnie jest nie tyle podkręcenie agresji, co duża świeżość materiału, jakiej u tej ekipy nie było od dawna. Właściwie jakby nawet pozbawić utwory tych elementów deathowych, to byłaby to wciąż naprawdę mocarna płyta. A tak to nie dość, że żadnego zmęczenia materiału tu nie dostaniemy, to jeszcze materiał ładnie kopie dupę. Co prawda jak ktoś liczył na „The Gathering 2” to może się zawieść, ale ja poza paroma uwagami do „Meant to Be” zastrzeżeń właściwie nie mam. Płytą roku „Para Bellum” wprawdzie bym nie określił, ale już pozytywnym zaskoczeniem roku raczej tak.

Mutineer

poniedziałek, 7 lipca 2025

Morbid Saint - Spectrum of Death (1990)

 

Zniszczenie! To najlepsze określenie dla tego albumu. Morbid Saint razem z takimi Dark Angel czy Demolition Hammer były ekipami, dla których zwykły thrash już nie wystarczał i postanowili pójść z agresją sporo dalej. Ale nie grali death metalu- po prostu doprowadzili thrash do maxymalnej agresji i okrucieństwa. Granica między tymi gatunkami jest tu już naprawdę cienka, ale wciąż ma się wrażenie, że ten materiał jest bliżej Slayera lub Kreatora niż Morbid Angel. Mamy tutaj wszystko, co najlepsze w takich albumach jak „Reign in Blood”, „Pleasure to Kill” albo „Darkness Descends”. Album jest dość krótki, za to niezwykle intensywny, szybkie riffy młócą większość jego czasu, nie dając wiele momentów wytchnienia. Wokal jest odpowiednio wściekły i jadowity, ale daleki od growlu, bardziej może się kojarzyć z manierą Petrozzy ze wspomnianego albumu Kreatora. Do tego to chłoszczące brzmienie… choć ciekawe jakby brzmiało, gdyby poszli do Morisound, jak koledzy z Demolition Hammer, którzy uzyskali tam typowo deathową produkcję. Mogłoby kosić jeszcze bardziej, ale z drugiej strony to ma swój specyficzny, brutalny urok i większą surowiznę. Utwory, jak łatwo się domyślić, są głównie szybkie i niezbyt długie, choć są też wyjątki- „Assassin” i „Scars” mają ponad 7 minut, ale kopią dupsko nie gorzej od reszty. Nawet w wolniejszych momentach, jak się już pojawią, czuć tą charakterystyczną dla tego albumu brutalność. Głównym daniem są jednak te numery trochę krótsze, a zdecydowanie najlepszym z nich (i z całej płyty) jest „Crying for Death”- istna rzeźna od pierwszych sekund, zabójcze tempa, a równocześnie riffy i refreny są na tyle charakterystyczne, że szybko zostają we łbie. Ten numer totalnie rozpierdala, ale nieźle kopie też „Lock Up Your Children” albo „Burned at the Stake”. W sumie pozostałe też, z wyjątkiem tytułowego, który jest jedynym zgrzytem tego albumu. Otóż jest to krótki, łagodny instrumental, który sam w sobie byłby fajnym przerywnikiem między bezlitosną rzezią, ale jest zagrany tak krzywo, że psuje efekt. Chyba że to było zamierzone. No ale to tylko krótki fragment, więc dużego problemu nie ma. Pomijając więc ten szczegół -płyta wybitna i obowiązkowa pozycja dla fanów gatunku, która ustanowiła wysoką rangę zespołu. Nawet mimo tego, że drugi album wyszedł dopiero po 25 latach. Z resztą, mogliby nawet niczego nie wydawać, dzięki „Spectrum of Death” i tak byliby legendą.

Mutineer




sobota, 5 kwietnia 2025

Miscreance - Convergence (2022)

 

W końcu zespół, który potrafi zagrać progresywny death jak ongiś Death czy Pestilence, nie sweepujac przy tym przez cały album. Czasem to się rzygać chce od tych hiper nowoczesnych bandów ze sterylną produkcją i sterylnymi okładkami, przykładających się bardziej do szpanowania umiejętnościami niż pisania dobrych numerów. Fajnie że w końcu pojawili się tacy, którzy postanowili podejść do tematu w bardziej old schoolowej formie. Choć obecnie najbliżej mają do innego młodego zespołu -Species. Można powiedzieć, że my mamy Species, a Włosi mają Miscreance. Oba zespoły mają sporo ze sobą wspólnego, psychodeliczne okładki, podobne podejście i inspiracje. Z tym że bohaterowie tej recenzji idą bardziej w death i mniej tu nawiązań do prog rocka. Tak czy siak znajdziemy tu klimaty mocno kojarzące się z twórczością ekip Schuldinera i Mameliego, a także z Atheist lub Cynic. Podejrzewam że inspiracją mogli być też rodacy Miscreance z Sadist, ale że ten zespół znam słabiej, to wpływów nie wyłapałem. Skojarzeń z Death miałem najwięcej, głównie tym od Humana w górę. W otwieraczu, Flame of Consciousness na dzień dobry mamy klimat jak z Individual Thought Patterns, a potem na włazi wokal, brzmiący jak Van Drunen na Consuming Impulse. Może aż trochę za bardzo Van Drunenowy ten wokal, ale ważne że dobry (najgorzej jak zespół bierze prosiaka na wokal). W podobnym klimacie jest Incubo, ale tutaj jest zmixowany bardziej z tym Death z Leprosy. Początek skojarzył mi się nawet trochę z Trapped in a Corner, z tym że ten riff tutaj jest bardziej szalony, a sam numer połamany jak przeciętny perkusista po niedanej próbie zagrania go. Oczywiście to nie tak, że wszystko od Schuldinera pozrzynali, pewnych skojarzeń się po prostu nie uniknie. Jako że Death nasłuchałem się dużo, to i skojarzenia nasuwają się same. Bohaterowie recenzji są jednak nieco bardziej pierdolnięci w kwestii rytmu, w tym raczej do Atheist mają bliżej. W No Empathy zdarzają się im też odjechane riffy w klimacie Voivod. Nie można jednak powiedzieć, że Miscreance gra pod ten, czy tamten band, a po prostu dobrze wykorzystuje inspiracje. Najlepszym przykładem ich inwencji jest numer Fall Apart, który jest też najbardziej kopiącym na albumie. Dużo szybkich, szarżujących riffów, a nagle w środku dość nietypowe wyciszenie, wprowadzające klimat bardziej… psychodeliczny? Jazzowy? Nie wiem, ale odpierdala się tam konkretnie. Równie dobry jest też Alchemy, choć tym razem już bez takich odlotów.

Przy całym zakręceniu muzyki tej ekipy, płyty słucha się dobrze, nie ma wrażenia przekombinowania. Do tego to dość zwarty materiał, wszystkie te wywijasy upchnęli w zaledwie pół godziny, a gdyby pominąć outro, to nawet krócej. Jedyny minus to te szeptane/ recytowane wstawki w niektórych miejscach, ale to tyle. Pozostaje czekać aż kiedyś zagrają u nas gig ( i oby ze Species!) oraz na kolejne materiały, bo skoro zaczęli od takiego debiutu, to co dopiero będzie dalej?

Mutineer

piątek, 28 marca 2025

Slaughter -Into the Darkness (1989)

Jakoś tak się ostatnio dzieje, że w moje ręce wpada sporo płyt od THRASHING MADNESS PRODUCTIONS (chwała wam że istniejecie! Eternal Hailz!!) wśród których znalazła się również demówa SLAUGHTER. Nie, nie kanadyjskich legend death/thrashu, ale tych którzy na naszej rodzimej scenie kopali dupska prawdziwie wściekłym metalem i to takim, że niektórzy dziś mogli by im buty pucować!

Nie będę tu ukrywał, że ten Koszaliński prepanator czasek jest to jedną z moich ulubionych pozycji jeśli chodzi o polske podziemną, dlatego że Slaughter grali dokładnie to, co mówi tytuł pierwszego utworu na ,,INTO THE DARKNESS'' - to był po prostu Bestial Death Metal. Ta muza jest wręcz kurwa jadowita, jak bestia spuszczona ze smyczy gotowa zgnieść wszystko co napotka. Słuchając tego demo faktycznie ma sie wrażenie jakby się wchodziło w tą tytułową ciemność, do czego klimatu dodaje mroczna okładka. Choć całe demo kładzie na łopatki, moimi faworytami są tu dwa numery: ,,Where There is Only Death'' i ,,Noc śmierci'', gdzie szczególnie w tym drugim słychać inspiracje brazylijczykami chociażby (najbardziej riffowo) ale tak naprawdę jeśli chodzi o same kompozycje, no trudno się do czegoś doczepić (bo jakość to wiadomo). Skojarzenia z wczesną Sepulturą, Possessed, Death, wczesnym Sodom, Kreatorem, Slayerem z okresu ,,Hell Awaits'' czy nawet Protectorem są jak najbardziej wskazane, bo właśnie z tym mamy tu do czynienia! Prymitywny, wkurwiony, piekielny i diabelski wczesny Death metalowy wyziew z piwnicy, który zrodził taką legende jak BETRAYER i jego frontmana Beriala, ale to temat na inną historie....

Podsumowując - wiadomo, nie każdemu poziom prymitywy, hałasu i chaosu się spodoba, ale jeśli ktoś uwielbia właśnie takie wczesne  podrygi ekstremy i lubi sobie szperać po różnych zakamarkach naszej rodzimej sceny, to jest to pozycja OBOWIĄZKOWA! HAIL SLAUGHTER AND POLISH DEATH/THRASHING MADNESS!


Chiro.


niedziela, 23 marca 2025

Mayhemic -Toba (2024)

 

Wygląda na to, ze to właśnie w Chile wychodzi ostatnio najwięcej ciekawych pozycji z thrashu. Nie wiem czy to kwestia jakiejś latynoskiej dzikości, ale materiały stamtąd brzmią bardzo autentycznie, od maniaków dla maniaków. Ojczysty kraj Toma Arayi wypuścił sporo ciekawych zespołów, których albumy są często ciekawsze i bardziej old schoolowe od większości pozycji Havoka, Warbringera albo Evile (mimo że to też dobre załogi). Wspomnieć należy choćby Reaper albo Critical Defiance, dziś jednak będzie o innej chilijskiej hordzie -Mayhemic, który wyjechał w zeszłym roku z pierwszym albumem.

Thrashowych płyt wychodzi sporo, ale nie wszystkie są równie warte uwagi. Dużo jest takich, co są niezłe, ale jakoś nie ma potrzeby później do nich wracać, bo w większości to tylko poprawnie zagrany thrash i tyle. U Mayhemica już okładka zapowiada, że będzie inaczej (w sumie fajna odmiana po tylu obrazkach truposzy z piwem na ulicy). Nie jest to oczywiście jakieś wizjonerskie ani rewolucyjne dzieło. To czysty brutalny thrash wyrwany z końca lat 80, ale zagrany na tyle ciekawie i z pomysłem, ze potrafi wciągnąć na długo. Słychać tutaj mocno inspiracje Kreatorem (głównie z Pleasure to Kill) w intensywności materiału i wokalach, choć ogólna brutalność może się kojarzyć tez z Morbid Saint albo Dark Angel. Bez pierdolenia się z intrami od razu uderzają w pierwszym kawałku szybkim brutalnym riffem. Przy okazji zwraca uwagę brzmienie, surowe i brudne, ale nie piwniczne, trochę kojarzy się z produkcją Extreme Aggression. W Triumph Portrait napierdalają z wręcz death metalowym kopem, ale skojarzyło mi się to też z Darkness Descends, zaś w równie brutalnym Olduvai´s Lullaby pobrzmiewają tam bardziej speedowe riffy. Ale nie myślcie, że to kolejny zespół o filozofii byle szybciej, bo zdarza się im urozmaicić materiał. Valley of the Tundra wprowadza nieco inny klimat i wolniejsze tempo, nawet nieco melodii. Trafił się też instrumental, a tytułowy kawałek jest nawet nieco progresywny. Zaczyna się od niepokojących, trochę blackujących riffów, potem przechodząc w typową dla płyty rzeź i zaliczając parę zwrotów akcji. W części z solówkami tak zasuwają, że riffy zdają się rozsadzić łeb. Zwracają uwagę jeszcze dwie rzeczy- dwóch wokalistów, patent jak na jedynce Kreatora, choć o zbliżonym sposobie wrzeszczenia, a druga to texty. Nawiązujące do prehistorii, o niszczycielskiej sile natury, walce o przetrwanie. Trzeba przyznać, ciekawe podejście do sprawy. Aż ciekawe co wymyślą na kolejnych materiałach, no w każdym razie zostaje trzymać za tą ekipę, bo mogą nieźle zawojować podziemne sceny. I mieć nadzieję, że zawitają wkrótce z koncertami w Europie.

Mutineer


Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...