Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2026

Dragon - Arcydzieło Zagłady (2021)

Z powrotami po latach różnie bywa, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Nawet jak zespół radzi sobie na żywo, to obawy zaczynają się, gdy zabiera się za nowy materiał. Już trochę składów na tym poległo, wydając rzeczy słabe lub co najwyżej poprawne. No, inna sprawa, że często oczekiwania fanów są zbyt duże. W przypadku Dragona nie miałem żadnych, no wiadomo było,że drugiej „Hordy Goga” ani „Fallen Angel” nie dostaniemy. Może właśnie dlatego ich pierwszy album po powrocie bardzo mi podszedł. Z resztą, tak bardziej obiektywnie patrząc, to „Arcydzieło Zagłady” wyszło naprawdę nieźle. Mamy tutaj, co było akurat trochę do przewidzenia, klimat zbliżony do tego, co zespół grał w latach 90- czyli thrash/ death, choć też nie identyczny jak na tamtych płytach. Fajne jest tutaj, że materiał brzmi dość świeżo, trochę old schoolu jest, ale też nie jest to jakaś rekonstrukcja starego brzmienia na siłę. Co za tym idzie, jazdy na sentymentach też nie ma. Druga sprawa to bardziej thrashowy charakter w kompozycjach, więc wchodzą one lepiej niż te z takiego „Scream of Death” (niby fajna płyta i miażdży, ale i męczy trochę). Najbardziej to słychać w tytułowym kawałku, szybkim, fajnie kopiącym dupsko (przy okazji chyba najlepszym tutaj). Mamy tu też trochę techniki i zakręconych struktur, ale nie tyle, żeby łeb od nich rozbolał. Z tego co kojarzę, to porównywano tą płytę czasem do katowskiego „Bastarda”, no i w sumie pewnie wspólne punkty są. Łącznie z Fazim, który napierdalał na obu albumach na basisku. Same utwory też niczego sobie, bo po za tytułowym całkiem niezłe są „Przemoc” (niezły killer) albo „Skaza”, w większości nieco wolniejszy i mogący się trochę kojarzyć z Katem. Nieźle napierdalają też w „Klatce Przeznaczenia”, a „Nie Zginaj Kolan” jest nawet trochę chwytliwy przez refreny. Znalazła się też ballada „Czas Umiera”- w sumie ok, choć lepiej wypadają w niej momenty cięższe. No ale do „Spell of Recollection” nie ma podjazdu. Pochwalić trzeba jednak jeszcze, że zdecydowali się na liryki po polsku, a Fred całkiem nieźle je wyryczał, jego growle nie straciły dużo od starych czasów.

„Arcydzieło Zagłady” arcydziełem co prawda nie jest, ale to całkiem niezła płyta- jako powrotna i ogólnie. I nawet nieźle się broni parę lat po premierze, raz na jakiś czas też chce się do niej wrócić. Z kolejną płytą Dragona, „Unde Malum”, już tak dobrze nie było, choć złą też bym jej nie nazwał. „Arcydzieło” można jednak polecać, bo z tej starej gwardii polskiego metalu to jedna z ciekawszych pozycji. Jedyny poważny minus to okładka, która wygląda jak z jakiegoś powerowego albumu z okolic 2004 roku. Jednak ptaszysko z „Hordy Goga” rządzi!

Mutineer

piątek, 25 kwietnia 2025

Dragon - Horda Goga (1989)

Zdania o nowych płytach Dragona są dość podzielone i nie brakuje tych najbardziej negatywnych. Nawet jeśli uznać je za chujowe (z czym się akurat nie zgadzam), to nie powinny one przesłaniać tego, jak genialny ten zespół był kiedyś. Cofnijmy się więc do jego zamierzchłych czasów, a konkretnie debiutanckiej płyty Horda Goga. Przez wielu właśnie ta płyta uważana jest za najlepszą w dorobku grupy. Tak się składa, że przeze mnie też. Zaliczyłbym ją nawet za jedną z najlepszych pozycji krajowego thrashu. Oczywiście kolejne albumy Dragona również są dobre, właściwie całkiem złej płyty ten zespół nie nagrał (z wyjątkiem Twarzy, ale wszyscy tę płytę pomijają, sami muzycy też, a Unde Malum można się czepiać, ale tragedii też nie ma). Horda jednak najbardziej się wyróżnia. Mamy tu utwory, które powstawały w latach 80-tych, więc całość przesiąknięta jest klimatem tamtej dekady. I nie ma tu też, co oczywiste, jeszcze wpływów death metalowych, co od drugiego albumu jest jednak dla Dragona standardem. Horda to dziki, przeważnie szybki thrash, ale też z trochę progresywnym charakterem. Nie jest to co prawda taki prog-thrash jak u Wolf Spidera, tu jest bardziej dziko i surowo, ale riffy są urozmaicone, a struktury utworów bywają pokombinowane. Jest w tym też pewna chwytliwość, więc album obfituje w masę świetnych thrashowych killerów i hymnów. Siedem Czar Gniewu, Beliar i Armagedon to najlepsze przykłady. Zwłaszcza te dwa ostatnie – szybkie petardy, które też łatwo wchodzą do łba. Refreny proszą się, żeby je zaryczeć. Reszta płyty też rzecz jasna bardzo nie odstaje, genialna jest Niewinna Krew, trochę wolniejsza, ale równie wściekła. W tytułowym mamy kolejny nośny refren (nie melodyjny, po prostu dobrze wchodzi), a w Kapłanach Zdrady, poza tym, że to kolejny dobry numer, niezły popis Bomby na garach na sam początek. Genialny jest wokal na całej płycie – Marek Wojcieski wydziera się z niesamowitą pasją i wściekłością, co jest wręcz wzorem jak śpiewać thrash. Texty są, można powiedzieć, specyficzne, ale mają klimat. Dominują tematy biblijnej apokalipsy, fantastyki, wojny, ale świetnie pasują i na pewno bym ich nie zmieniał. Swoją drogą, powstała też angielska wersja tego albumu, zaśpiewana przez Grzegorza Kupczyka z Turbo, ale do polskiej nie ma startu (co ciekawe, ponoć był to pomysł wydawców, a Grzegorz machnął te wokale bez wiedzy zespołu). Czepiać się można tylko brzmienia, ale wtedy mało która metalowa płyta z Polski brzmiała dobrze (choć i tak jest lepiej niż na Epidemiach Turbo). Po za tym album ma wszystko co trzeba. Szkoda trochę, że to taki jednorazowy wyskok zespołu, bo potem nastąpiły znaczące zmiany składu i stylistyki na brutalniejszą, co dało trzy kolejne świetne płyty, ale to już inny klimat niż Horda.

Mutineer



Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...