Ze wszystkich płyt Vadera „De Profundis” zwykle uważany za tą najlepszą i mogę się pod tym stwierdzeniem tylko podpisać! Ekipie Petera zdarzało się co prawda brzmieć brutalniej („Litany”) albo mieć albumy bardziej różnorodne (debiut albo „Revelations”) ale to dwójeczka robi najlepsze wrażenie. Mamy tutaj Vadera w swej chyba szczytowej formie i stylistyce, w której czują się najlepiej – krótki, za to intensywny album pełen petard. A zarazem to dalej ten Vader wczesny, pełny archaicznego klimatu, choć inny niż na pierwszym albumie. „The Ultimate Incanttion” było trochę bardziej Morbidowe, więcej było tam nacisku na budowanie klimatu. Tutaj postawili raczej na solidny wpierdol, co przy pełniejszym brzmieniu gitar daje naprawdę mocny efekt. Trochę mniej podoba mi się sound perkusji, ale to szczegóły. Zmienił się też wokal Petera, na jakby mniej mroczny, ale za to bardziej charakterystyczny dla niego. No dobra, ale to nie drobne zmiany decydują o zajebistości tego materiału, w końcu debiut też był świetny. Przede wszystkim mamy tu zestaw porządnych, kopiących numerów, zaczynając od rewelacyjnego otwarcia - „Silent Empire”. Sporo tu świetnych riffów, w typowym dla Vadera stylu, srogiego bębnienia Docenta i szybkich temp. Bardzo reprezentatywny numer nie tylko dla płyty, ale całej twórczości zespołu. „De Profundis” jest też wbrew pozorom dość urozmaiconym materiałem, bo mamy taką skondensowaną w niecałych dwóch minutach rzeź jak „An Act of Darkness”, ale i momenty nieco wolniejsze jak w „Incarnation” (choć Doc i tak blastuje jak pojebany). Płyta przyniosła też zespołowe hity w postaci „Blood of Kingu” i często granego na żywo „Sothis”. Ale utworów z hitowym potencjałem (jak na standardy gatunku oczywiście) jest więcej -wspomniany „Silent Empire”, albo „Of Moon, Blood, Dream and Me”. Z resztą Vader zawsze umiał tworzyć chwytliwy death metal, co wynikało na pewno z thrashowych korzeni. Co do korzeni, to znalazł się tu też stary numer – „Reborn in Flames”, pierwotnie na demie „Necrolust” z 1989. Nie wiem czy starsza wersja nie jest ciekawsza, bardziej tajemnicza i surowa, ale tej też nic nie można zarzucić. Na pewno jest brutalniejsza i ma fajne outro, gdy wszystko zwalnia i cichnie, żeby zaraz znów bezlitośnie dowalić.
Po za tym że to doskonały kawał Vaderowego deathu, „De Profundis” jest też istotnym albumem, jako że umocnił pozycję zespołu, zaczynającego wtedy podbój świata. I jeszcze udało się to, gdy zaczął się kryzys gatunku, co jest naprawdę niezłym wyczynem. Naprawdę genialny materiał, i znów kusi odpalić go ponownie...
Mutineer