sobota, 21 marca 2026

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

 

Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na nią nieco inaczej -jako płytę z najlepszych, klasycznie -thrashowych czasów zespołu, choć powstałą w nieco kryzysowym okresie. Ale na przełomie 80/90s sprawa mogła się mieć inaczej – po świetnym „Peace Sells...But Who’s Buying?” mogła zdawać się rzeczywiście obniżeniem lotów, do tego potem doszły doskonałe muzycznie „Rust in Peace” i „Countdown to Extinction”. A kiedy nie istniały jeszcze „Risk” i „Super Collider” mogła lądować gdzieś na szarym końcu. Podejrzewam że jej ocena wzrosła z końcem lat 90, kiedy fani coraz bardziej tęsknili za starym, wściekłym Megadeth. Obecnie to klasyk, który powstał w określonych okolicznościach. Posypał się poprzedni skład, Dave ćpał na potęgę, do tego przez PS...BWB? Zespół postawił sobie poprzeczke dość wysoko. Wiele osób ceni ten album za jego autentycznosć i surowość. Jest on bardzo emocjonalny, momentami czuć szczere wkurwienie Dave’a – na cenzurę w muzyce w „Hook in Mouth” albo na byłego kolegę z zespołu w „Liar”. Po drugiej stronie mamy żal po stracie nieco innego kolegi - Cliffa Burtona w „In my Darkest Hour”. Mimo że Rudy po Metallice jechał ostro, to jednak śmierć basisty wstrząsnęła nim na tyle, że stworzył taki pseudo- balladowy numer (do prawdziwej ballady trochę tu brakuje). Sam text jednak nie ma z tym nic wspólnego, ale też może być szczery, może Rudzielec miał spinę z jakąś dziewczyną?

Muzycznie „So Far…” zbytnio poprzednikowi nie ustępuje, bo tu też jest sporo mocnych utworów. Już ten „In My Darkest Hour” jest dość ciekawy, takiego kawałka Megadeth wcześniej nie miało. Jest też nieco zbliżony klimatem „Mary Jane”, do tego parę killerów – „Set the World Afire” to chyba mój ulubiony z tracklisty, riffy zabójcze, do tego fajnie liniowo się ten numer rozwija. Genialny jest też wieńczący płytę „Hook in Mouth”, gdzie zwrotki są pozbawione gitar (wokal na tle samej sekcji) ale jak już te się pojawią, to kopią w ryj konkretnie, riffy mają nawet w sobie coś złowieszczego. Cover Sex Pistols trochę odstaje, niezbyt pasuje do posępnej/ złowrogiej reszty, choć sam w sobie jest niezły. Na pewno jednak lepiej się wpasował niż cover Aerosmith na „New Order” Testament.

Oczywiście jak zestawimy ten album z „Peace Sells” i „Rust”, to wypada trochę słabiej, ale to wciąż świetna pozycja. Ta surowość i może nawet pewna niedoskonałość tego materiału działa nawet tu trochę na korzyść.

Mutineer

2 komentarze:

  1. Megadeth jest u mnie w dziwnym położeniu. Przyznaje się bez bicia, że nie posiadam ani jednej płyty tego zespołu, a jednocześnie nic tak naprawdę nie mam przeciwko. Ba, nawet uważam, że Megadeth jest niedocenionym herosem Metalu? W czym jest problem? Ja przyznaję, że lubię kupować sobie dyskografię jednym sumptem, a w przypadku Megadeth, jest to problem. O ile "Peace Sells" i "Rust in Peace" można bez problemu dostać, o tyle "Killing is business" oraz też i ten album (który notabene bardziej wygląda jak ep-ka, ale to już dygresja) o wiele gorzej.

    Wierzę, że przyjdzie dzień, w którym wejdę w ten zespół na grubo. Jeszcze nie teraz, ale ten dzień przyjdzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. So Far ciężko dostać? Ciekawe w sumie, jak ja kupowałem to w takim Saturnie walały się na półkach, w empikach też bywały. Może się coś pozmieniało. Ale całej dyskografii nie ma sensu, właściwie warta uwagi jest pierwsza piątka, w porywach do Youthanasii. Plus z nowszych Endgame i Dystopia

      Usuń

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

  Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na...