poniedziałek, 9 lutego 2026

Pandemic Outbreak -Torment Beyond Comprehension (2025)


Większość płyt z 2025 które recenzowałem, to było drugie płyty danych zespołów. No i jedziemy z Pandemic Outbreak i znów dwójka… czyli jaki postęp dokonał się od debiutu, czy go przebili i tak dalej, aż dziwne że mi się to nie znudziło, he he… No ale dobra, do rzeczy. W 2021 wyszedł całkiem niezły debiut tej hordy, „Skulls Beneath the Cross” – old schoolowy death metal mocno w klimacie polskiej szkoły, skojarzenia z wczesnym Vaderem nasuwały się same. W końcu nadszedł drugi album, który przynosi trochę zmian brzmieniowych. Po pierwsze sound jest potężniejszy, do tego mniej czuć tu tą polską szkołę, raczej więcej tu z klasycznego death metalu z Florydy z okolic 1990-93. Już nawet okładka kojarząca się z dziełami Dana Seagrave’a to zapowiada. Przy pierwszych podejściach miałem skojarzenia głównie z Death z „Human” i trochę „Individual Thought Patterns”. Słychać to dobrze w pierwszym kawałku, „Beyond My Comprehension”. Choć dalej tu też sporo surowego thrash- deathowego klimatu, jak się wsłuchać, to zachowała się ta pierwotna surowizna. Mocno thrashowy charakter ma chociażby „Left for Vultures”, albo „Impaled” który ma też fajne refreny (czy co to tam jest) „Trapped in torment, crucified!!!” dobre do krzyczenia z zespołem na gigach. Wokale dalej są tajemnicze i obskurne, chyba najbardziej mi się kojarzą z tymi z „To the Gory End” Cancer. W paru momentach miałem też skojarzenia z Morbid Angel, taki „Comsumed by Flames” ma riffy jak w najlepszych czasach ekipy Treya, w „Skinned While Breathing” są wolne zagrywki jak te z płyt Morbidów na B, C i G. Pojawia się też na całym albumie sporo melodii, ale takich zimnych i mroźnych, które mogłyby też pojawić się u Frightfula (czyżby pozostałość po pobycie Menzela w tamtym zespole?). Więc nie rozmiękczają one rzezi, a raczej wnoszą fajną różnorodność. Melodyjne często są też solówki, ale bardziej jak te od Jamesa Murphy’ego (czyli kolejne skojarzenia z klasycznym amerykańskim death metalem) ale sporo też jest takich wajchowych jak w Vaderze. Z tym że mimo tych skojarzeń w większości płyty są momenty które ciężko jednoznacznie porównać do klasyków, no brzmią po prostu jak Pandemic Outbreak. Czyli jakiś styl już sobie chłopy wyrobili.

Nie wiem czy mogę powiedzieć, że ta płyta wyszła lepsza od pierwszej, ale jest to na pewno dzieło dojrzalsze i z bardziej wyrobionym stylem. W każdym razie, jak lubicie old schoolowy death metal, to się nie zawiedziecie.

Mutineer

1 komentarz:

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

  Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na...