Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Overkill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Overkill. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 czerwca 2026

Overkill - The Years of Decay (1989)

 

Gdybym miał sporządzić ranking najlepszych płyt thrash metalowych, to na pewno „The Years of Decay” znalazłoby się w pierwszej dziesiątce. Mym zdaniem to jedna z najlepszych płyt w gatunku, zwłaszcza w jego klasycznym okresie, w którym świetnych thrashowych pozycji przecież nie brakowało. I oczywiście to też najlepsza płyta Overkill, z tym że to już nie tylko moje zdanie, bo wielu innych fanów zespołu też by to przyznało. Panowie wskoczyli tu na jeszcze wyższy poziom niż na poprzednich trzech albumach. Dużych zmian co prawda nie ma, ale materiał jest bardziej różnorodny i bardziej progresywny. Łatwo wyczuć inspiracje Metallicowym „Master of Puppets”, utwory są bardziej rozbudowane i monumentalne, choć sporo tu też takiej punkowo- motorheadowej prostoty – jak w „I Hate”, najkrótszym numerze na albumie, który riffy ma niezbyt skomplikowane, ale za to kopie jak trzeba. I o ile przy „Under the Influence” można było ponarzekać że te średnie tempa dominują, to tu mamy sporo większe zróżnicowanie. I szybkie killery, jak „Elimination” (legendarny kawałek i jeden głównych hiciorów koncertowych), wspomniany „I Hate”, „Birth of Tension” (riffy rozpierdalają) czy bezlitośnie kąsający „E.Vil N.Ever D.Ies”, jak i momenty typowo wolne. „Playing with Spiders/ Skullcrusher”, najdłuższy numer albumu (i w ogóle w twórczości Overkill) podchodzi nawet pod doom i riffowo może kojarzyć się bardzo z Black Sabbath. Większe wrażenie robią jednak dwa inne rozbudowane numery. „Who Tends the Fire” zaczyna się łagodnym intrem, potem mamy ultra ciężkie riffy i ponury klimat, a później pojawiają się przyspieszenia. Iście monumentalny utwór! „The Years of Decay” to natomiast posępna ballada, której pierwsza część, łącznie z solówką jest zagrana na akustykach, co daje niesamowity efekt. Choć ciekawe jest też outro tego utworu. Pochwalić trzeba Bobby’ego Gustafsona, który był tutaj w szczytowej formie- wystarczy wspomnieć obładowany jego genialnymi solówkami „Elimination”. Tym bardziej szkoda, że to ostatnia płyta, którą nagrał z zespołem. Nieźle spisał się też bębniarz, Sid Falck, najlepszym jego popisem jest „Birth of Tension”, coż tam się dzieje w tych szybszych partiach! To zapowiedź tego, co będzie wyczyniał na kolejnym albumie.

Można by powiedzieć, że „The Years of Decay” to świetne zwieńczenie dotychczasowego dorobku zespołu, ale jak się potem okazało, ostatniego słowa w klasycznym okresie thrashu jeszcze nie powiedzieli. Dwa lata później zaatakowali (w nieco innym składzie) z kolejnym rewelacyjnym albumem, ale to już temat na inną recenzję...

Mutineer

czwartek, 20 listopada 2025

Overkill - Under the Influence (1988)

„Under the Influence” miał trochę tego pecha, że wydany był został pomiędzy dwoma płytami Overkill, które są często uważane za najlepsze. Kurz po „Taking Over” nie zdążył wtedy dobrze opaść, a już w kolejnym roku wyszło świetne „The Years of Decay”. Także syndrom trzeciej płyty raczej się tutaj nie sprawdził i bardziej może uchodzić ona za taką przejściową. To już nie to wczesne, dzikie Overkill z heavy metalowym klimatem, na „Under the Influence” zabrzmieli oni ciężej. Nawet bardziej postawili tu na ciężar niż szybkość, więc dominują raczej średnie tempa. Nie żeby album był jednostajny albo nudny -bo nie jest. Zwłaszcza że te kawałki w średnich tempach są naprawdę dobre, jednym z moich ulubionych tutaj jest mocno niedoceniany „Brainfade”, poza tym jest też nieśmiertelny „Never Say Never” albo trochę zalatujący punkiem „Head First”, z bardzo chwytliwym riffem na basie. Szybkich momentów oczywiście nie brakuje, a najbardziej panowie napierdalają w otwierającym „Shred”, z tym że to numer dość pokręcony, tempo często skacze z ultra szybkiego w wolniejsze i na odwrót, więc przy pierwszym przesłuchaniu może się wydawać trochę chaotyczny, ale generalnie to konkretny killer. Bardzo szybki jest też ostatni na albumie, „Overkill III (Under the influence)”, z tym że to utwór dość rozbudowany i nie skupia się wyłącznie na napierdalaniu. Mamy tu też koncertowy szlagier – „Hello from the Gutter”, taki thrash n’ roll bardziej, energiczny i z luźniejszym klimatem.

Po za dodaniem ciężaru zwracają tu uwagę jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze trochę inne wokale Blitza, który odszedł od tego bardziej melodyjnego śpiewu na rzecz agresywnego. Druga to większy zwrot w stronę rozbudowanych struktur, więcej tu kombinowania w utworach. O „Overkill III” już wspominałem, a kolejne takie numery to „Drunken Wisdom”, przechodzący od balladowego wstępu przez wolne, miażdżące riffy do szybkiego finału, oraz „End of the Line” -jeden z najlepszych na płycie (i zarazem najdłuższy). Czyli mamy tu zapowiedź kolosów z kolejnego albumu. A no właśnie -kolejny album to rozwiniecie grania z tej płyty, ale w wersji ciekawszej i bardziej dojebanej, co wpływa na ten bardziej przejściowy charakter „Under the Influence”. Nie zmienia to tego, że trzecia płyta Overkill to też kawał porządnego thrashu.

Mutineer


wtorek, 27 maja 2025

Overkill -Taking Over (1987)

To jedna z tych płyt, które niby są znane, ale równocześnie mało dostępne. Nie wiem, od jak dawna chciałem kupić tego klasyka, ale albo nigdzie go nie było, albo ceny były z kosmosu. Ktoś chyba jednak poszedł wreszcie po rozum do głowy, bo pojawiło się regularne wydanie, choć sama forma pozostawia trochę do życzenia (digipak i jeszcze zielona ramka). Ale nie narzekam, bo i tak można poczuć się jak Indiana Jones, który zdobył poszukiwany od dawna artefakt, he he... Zwłaszcza, że „Taking Over” to płyta nie byle jaka. Czasem uważana jest za największe dokonanie Overkill. Co prawda nie ma tu jeszcze tego kunsztu z „The Years of Decay”, ale za to dzikość i archaiczny klimat wprost wylewają się z głośników i kiczowatej okładki! To jeszcze to Overkill z okresu pierwszych dwóch płyt – surowsze i mocniej przesiąknięte heavy, ale już konkretniejsze niż na debiutanckim „Feel the Fire”. Znacznie poprawiło się tu brzmienie, a i same kompozycje są ciekawsze. Na powitanie mamy srogi thrashowy wpierdol w „Deny the Cross”, a zaraz potem równie szybki, ale i chwytliwy „Wrecking Crew” – mocno koncertowy killer. Przy okazji w tych numerach są też jedne z najlepszych solówek, jakie wyszły spod paluchów Gustafsona. Mocno zabójczymi kawałkami są też „Powersurge” i chyba największa petarda – „Electro- Violence”. Znajdziemy tu też takie numery jak „Fear His Name” z bardzo heavy metalowym klimatem, wręcz czuć tutaj Maidenów, a także naczelny hicior płyty – „In Union We Stand”, wręcz stworzony pod występy na żywo. Trochę podniosły, hymnowy, z refrenem do chóralnego ryczenia pod sceną. Za to na zakończenie płyty „Overkill II (The Nightmare Continues)”, czyli najbardziej rozbudowany utwór, w którym fajnie wykorzystali niepokojący klimat. Przy okazji można zauważyć, że Blitz mocno tu jeszcze kombinował z wokalnymi technikami, bo pojawiają się skrzeczące krzyki, a w bardziej melodyjnych momentach próbował śpiewać bardziej jak w typowym heavy. Niestety słychać, że nie miał do tego głosu, to też na późniejszych płytach to zarzucił. Na mój odbiór albumu jakoś bardzo to nie wpływa, no ale nie każdemu mogą te wokale podejść. Po za tym nie chce mi się szukać na siłę jakichś wad, wspomnieć można jedynie, dla nie obytych w temacie, że nie jest to thrash najszybszy ani najcięższy, ale za to bardzo klimatyczny ze względu na jeszcze mocne wpływy heavy.

Mutineer

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...