Pokazywanie postów oznaczonych etykietą heavy metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą heavy metal. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 września 2026

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)


Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowałem ją swego czasu bardzo często, zwłaszcza że początkowo moja kolekcja płytowa to było ledwie parę tytułów. Także sentyment na pewno robi swoje w ocenie, ale i sama w sobie jest to świetna pozycja. Dla zespołu był to album przełomowy, zapoczątkował okres bardziej experymentalny. Maideni postanowili sięgnąć tu po syntezatory gitarowe -zapewne w tamtych czasach niektórzy się obawiali pójścia w jakieś przebojowe granie pod amerykańskie radio, a tu nie! To dalej maidenowy heavy, który ani trochę nie stracił swych pazurków, za to zyskał kosmicznego klimatu. Efekty potrafią być potężne, zwłaszcza w tych bardziej rozbudowanych kawałkach. Spore wrażenie robi już otwieracz, prawie-że tytułowy „Caught Somewhere in Time” (jak dla mnie najlepszy w zestawie), gdzie ta futurystyczna atmosfera udziela się od pierwszych dźwięków. Harmonie gitarowe połączone z syntezatorowym brzmieniem robią tu niezła robotę. W tym utworze jest też niezły popis umiejętności Bruce’a. Są takie stwierdzenia, że wokalista, nie komponując na tym albumie, bardziej mógł skupić się na śpiewie i rzeczywiście, chłop czasem przechodzi sam siebie. Przykładów jest więcej – świetne wokale są w epickim „Alexander the Great” albo bardzo urozmaicone w „De Ja Vu”.

Ogólnie to ta płyta to zestaw mocno niedocenianych kawałków, nawet nie tyle przez fanów, co sam zespół. Wyjątkiem jest przebojowy „Wasted Years”, który często gościł w setlistach. Pozostałe tyle szczęścia nie miały, ale fajnie że w końcu grupa postanowiła po część z nich sięgnąć na trasie z 2023 roku. W każdym razie mamy tu takie dzieła jak wspomniany już kolos „Alexander the Great”, klimatyczny „Sea of Madness” albo „Heaven Can Wait” stworzony wręcz pod koncerty ze względu na chóralne wokalizy. Jak dla mnie mogliby ten numer grać na koncertach regularnie. Całość dopełniają szybkie „De Ja Vu” i „The Loneliness of the Long Distance Runner” oraz wolniejszy „Stranger in a Strange Land”. Wypełniaczy nie stwierdzono, właściwie każdy utwór ma coś ciekawego do zaoferowania, ale przede wszystkim wszędzie mamy ten niesamowity klimat, który wyróżnia tą płytę na tle całej dyskografii Maiden. Świetnie pasuje do tego ta okładka z Eddiem- cyborgiem i futurystycznym miastem, na której roi się też od różnych szczegółów, nawiązań do wcześniejszych albumów i nie tylko. Czy mogę uznać ten album za ich najlepszy to nie wiem, zawsze się u mnie bił o to miejsce z „The Number of the Beast” i nigdy tego pojedynku nie udało mi się rozstrzygnąć. Tak więc jeden z dwóch najlepszych -czyli i tak wysoko.

Mutineer

wtorek, 11 sierpnia 2026

Templar - Conquering Swords (2026)


Sporo znajomych zachwycało się ostatnio Templarem, niektórzy się cieszyli, że zagra on na Heliconie, to się zacząłem zastanawiać, czy to naprawdę jest aż tak zajebiste? No to posłuchałem i cóż mogę powiedzieć – tak, to jest aż tak zajebiste. Obok Century to kolejny świetny zespół ze Szwecji grający naprawdę dobry heavy bez tępego zrzynania, czy nadmiaru melodyjek i to taki heavy, do którego chce się nie raz wracać. Szwedzi po raz kolejny przyczyniają się do heavy metalowego odrodzenia. Wcześniej powstawały tam takie ekipy jak Wolf, potem Enforcer, Ambush, w ostatnich latach właśnie Templar, Century, Midnatt. Z tym że te nowsze grupy idą w granie bardziej klimatyczne i z większymi odwołaniami do rodzimej klasyki z Heavy Load na czele. Nie inaczej jest z Templarem, choć równie dobrze można mieć skojarzenia ich grania z Mercyful Fate, Angel Witch, Helstar, albo Stormwitch. Trochę jest epickiego klimatu, ale bez nadęcia i patosu, brzmienie jest surowe i można pomyśleć, że to płyta nagrana w połowie lat 80. Ciekawy jest wokal, jak nie lubicie falsetów, czy ogólnie wysokich, to spokojnie – tu są raczej głębokie i podniosłe. Jest tu trochę mroczniejszej atmosfery (a tego jako fan debiutu Angel Witch nie mogę nie docenić) choćby w takim „White Wolf” z klimatem wyjętym z zapomnianego lochu. Do tego dochodzą naprawdę dobre riffy - na przykład w utworze „Witchking”, poprzedzonym intrem „Gates of Angmar” (tego z kolei jako fan Tolkiena nie mogę nie docenić). Album jest też dość zróżnicowany, bo są też szybsze kawałki jak „Excalibur”, brzmiący jak zaginiony hicior z 1985 i speedowy „Rainbow’s End” (trochę zalatuje… Enforcerem?) ale i balladka „The Sorceress”. Całkiem udana, co tak często się nie zdarza wśród młodszych zespołów, tu jest klasa. I jeszcze dochodzi do tego bitewny hymn w postaci „Conquering Swords” - przy takich numerach samemu ma się ochotę chwycić za miecz… jak nie w realu to przynajmniej w jakiejś gierce. Ogólnie przy słuchaniu tej płyty można przenieść się na chwilę do jakiejś krainy fantasy pełnej monstr i herosów -przynajmniej taki mniej więcej klimat się tu udziela.

Trochę zastrzeżeń mam jedynie do okładki, jej pomysł jest fajny, trochę w typie ilustracji Franka Frazetty, ale niezbyt leży mi wykonanie. Bardziej wygląda na szkic niż ostateczne dzieło, ale nie wiem, może tak miało być. W każdym razie z granego po staremu heavy metalu to w tym roku jak na razie najlepszy strzał, a wszystkim fanom gatunku radzę mieć Templara na oku. Kto wie, co jeszcze nawojują w przyszłości…

Mutineer

środa, 29 lipca 2026

Judas Priest - Stained Class (1978)

 

Judas Priest lat 70 to niezły odjazd. Niby podobne granie do tego z kolejnej dekady, ale równocześnie jakże inne. I tak naprawdę te albumy to kronika tego, jak kształtował się heavy metal. O ile gatunek wynaleźli Black Sabbath, to Judasi przekuli go do znanej nam dziś postaci. Mamy niepozorne początki na Rocka Rolla, sabbathowo- bluesowy hard n’ heavy na „Sad Wings of Destiny” („Tyrant” to już heavy i będę się przy tym upierał) bardziej hardy „Sin After Sin” i w końcu dwie przełomowe płyty z 1978 roku- „Stained Class” i „Killing Machine”. Ważniejsza z nich jest jednak ta pierwsza, już pomijam to że pojawiło się tu pierwszy raz to klasyczne logo. Bardziej chodzi o to, że proporcje heavy nigdy wcześniej nie były tak dużo w stosunku do tych (hard) rockowych, do tego zespół ukrócił te bluesowe naleciałości. Właściwe to heavy metal lat 80 w dużej mierze ukształtował się tutaj, choć brzmienie jest jeszcze bardziej typowe dla hard rocka. Ale jak spojrzymy na utwory, to jest konkret. „Exciter” to jeden z numerów, które były prekursorami speed i thrashu – szybki, energiczny, Tipton i Downing kostkują jak szaleni, Binks okłada gary nie gorzej. Mocarny jest też „White Heat, Red Hot” (refren też taki trochę proto- thrashowy) albo jeden z moich faworytów- „Savage”, te riffy! Nieźle miażdży też „Heroes End”, nieco bardziej niedoceniany kawałek. No i właśnie, na tym albumie zaczęły dominować te ostre jak żyleta riffy, z których zespól zasłynął potem na albumie z (hehe) żyletą na okładce. Choć wiadomo, stylistyka jeszcze nieco inna, a sporo tu i tak tego hard rocka- dajmy na to tytułowy kawałek. Znalazło się też miejsce na balladę „Beyond the Realms of Death”, najbardziej znaną w ich dorobku. Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że była ona wzorem dla metalowych ballad lat 80, ale czy to prawda, nie wiem, trzeba by każdego ich autora pytać czym się inspirował.

„Killing Machine” młodszy o parę miesięcy, był naturalnym rozwinięciem „Stained Class”, już z mocniejszym, typowo metalowym brzmieniem. Przełom dla gatunku już był to mniejszy, choć kolejny krok jak najbardziej, ale to osobny temat. Czy można nazwać „Stained…” najlepszym albumem Judasów z lat 70? No, tu bym nie trochę wahał, bo nie wiem czy jednak „Sad Wings…” nie będzie lepszy. Ale najważniejszym już można. W końcu wytyczył sporo standardów dla tego co miało się dziać w metalu już niedługo później...

Mutineer

środa, 24 czerwca 2026

Century - Sign of the Storm (2025)


Century to jedno z moich największych odkryć w ostatnim czasie, jeśli chodzi o współczesny heavy metal. Na wiele zespołów trafiałem, ale wiele z nich jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi. Ewentualnie wałkują bez polotu mocno przeruchane patenty albo sprowadzają gatunek do nadmiaru melodii. I w końcu po jakimś czasie grzebania trafia się takie Century. I to jest godny uwagi band! Pierwsze moje skojarzenie, jak tego posłuchałem, było „Armagh 2”. przy kolejnych podejściach to wrażenie było już mniejsze, ale dalej jak dla mnie klimat tego albumu jest zbliżony do „Serpent Storm” ekipy z Warszawy. Ogólnie jednak riffy i cała stylistyka jest już inna – tu nie ma nawiązań do Manilla Road ani hard rocka lat 70, to raczej mocarny heavy europejskiego typu, ale w wersji bardziej klimatycznej. Słychać to od pierwszych dźwięków otwieracza „Sacrifice”. Atmosferyczne intro, brzmienie jak z jakiejś jaskini, ale zamiast przejść w granie pod epic heavy, zaraz uderza na heavy - speedowo. Fajne są wokale, takie surowe, archaiczne (no, lepszego określenia nie znalazłem), z lekkim pogłosem. No i te wokale też właśnie nieco mi Armagh przypominały przy pierwszym kontakcie. Ale spotkałem się z wieloma za to porównaniami do Heavy Load -zarówno głosu Tengnéra i ogólnie ich muzyki. I w sumie trochę racja, przynajmniej z płytą „Stronger than Evil” trochę podobieństw jest. Ale mi się ta ekipa skojarzyła z nieco nowszym zespołem - Cauldron, najbardziej w numerze „Children of the Past”. Solówki za to są mocno Maidenowe, normalnie jakby Dave’a Murraya zatrudnili! Trochę z tego wszystkiego wynika, że Century to taki mix z paru innych zespołów -otóż nie. Nie jest to wprawdzie najoryginalniejszy heavy, ale mimo oczywistych skojarzeń jest w tym wszystkim jakiś pomysł na siebie. Zwłaszcza że chłopy naprawdę umieją pisać dobre utwory, jak wspomniany „Sacrifice”, albo urozmaicony „The Chains Of Hell”. Zdarza im się zabrzmieć ten trochę bardziej hiciarsko, ale tak jakby zrobił to Venator, bez słodzenia i radiowości - „Fly Away” to zajebisty kawałek i szybko zostaje w głowie. A jeszcze lepszy jest następujący po nim „No Time for Tomorrow”, rozpędzony, trochę jak Running Wild z dwóch pierwszych płyt, a refren też porywa. No kurwa, do takiego kawałka to by się chciało machać łbem albo pogować na ich koncercie!

Wybrednych pewnie i tak ten album nie przekona, więc głównie bym polecił tym co szukają ciekawego, archaicznego heavy. Według mnie Century mają spory potencjał i tak se myślę że na kolejnych wydawnictwach mogą rozwinąć się jeszcze bardziej. Aha, „Sign of the Storm” to ich drugi album, ale specjalnie postanowiłem pominąć pierwszy, żeby skupić się tylko na tym i nie pierdolić się z porównaniami. Nie wiem jak u nich wygląda sprawa z koncertami, bo za wszystko odpowiada dwóch typów, ale chętnie bym ich dorwał na żywo- najlepiej w towarzystwie Venatora.

Mutineer

niedziela, 7 czerwca 2026

Black Sabbath -13 (2013)

 

Jedna z najważniejszych premier w XXI w. Pierwsza płyta Black Sabbath od 19 lat, a pierwsza z Ozzym od 34! A już w ogóle dla takich „za późno urodzonych” jak ja, co nawet na nędzne „Forbidden” się nie załapali, to już totalne wydarzenie. Jedyna i niepowtarzalna okazja móc czekać na nowy materiał Sabbath i kupić go w dniu premiery. Co prawda nie było wiadomo, czy jeszcze czegoś nie nagrają, ale raczej każdy przeczuwał że to ostatni album. Pamiętam że trochę miałem obawy, biorąc od uwagę najnowsze dokonania Deep Purple- takie nieco jałowe i nijak mające się do tego czadu z początku 70s. Ale pierwszy singiel, „God Is Dead?” okazał się całkiem niezły, a cała płyta powaliła mnie wtedy totalnie! Z większej perspektywy czasu nie wydaje się aż tak idealna, sporo tu też grania na sentymencie, ale i tak uważam ją za dobre zwieńczenie dyskografii. Żadnego niepotrzebnego kombinowania, wymyślania się na nowo, po prostu sabbathowe granie jak na starych płytach. Tak jakby wyjęli niewykorzystane pomysły z początku lat 70 i nagrali na nowo. „Loner” i „Age of Reason” to zdecydowanie najlepsze punkty, słychać że Tony miał dobre pomysły na riffy. Te utwory zrobiły na mnie zdecydowanie największe wrażenie i do nich najczęściej wracam. Pierwszy to świetny, dynamiczny numer hard/ heavy, a drugi jest bardziej epicki, z rewelacyjnym outrem. Ciekawy jest też zalatujący bluesowym klimatem „Damaged Soul”.

Co do tych sentymentów – to początek „End of the Beginning” dość wyraźnie nawiązuje do tytułowca z debiutu, choć w fajny sposób, bez bezczelnej autozrzynki. Zwłaszcza że potem rozwija się w całkiem innym kierunku. „Zeitgeist” to z kolei nawiązanie do „Planet Caravan”, mamy tu bardzo podobną aranżację. Nie wiem czy to takie potrzebne, bo numer broni się sam w sobie. Bez tego charakterystycznego brzmienia z perkusją graną dłońmi wyszłaby po prostu fajna balladka, nie tak znowu bliska „oryginałowi”. Z tych sentymentalizmów według mnie najlepiej wyszło outro „Dear Father”, gdzie słychać dźwięki burzy i dzwony, jak na początku pierwszej płyty, co tworzy fajną klamrę dla całej twórczości.

Nie jest to płyta idealna, niektóre utwory mogłyby być nieco krótsze, nie wiem też czy te nawiązania do starych czasów były jakoś bardzo potrzebne. Ale nie ma też kawałka, który bym nazwał słabym, choć szkoda, że na podstawową tracklistę nie trafił „Methademic”, jakby wszedł za któryś numer mogłoby być bardziej różnorodnie. Szkoda też, że w składzie zabrakło ostatecznie Billa. Koniec końców to i tak całkiem dobre pożegnanie ojców metalu – przynajmniej jeśli chodzi o pełne albumy, bo była jeszcze epka „The End” i ten finałowy występ w Birmingham w zeszłym roku. Dla mnie to też jeden z tych albumów sentymentalnych -jak się tych numerów posłucha to od razu przychodzą na myśl „stare dzieje” sprzed tych parunastu lat.

Mutineer

czwartek, 18 grudnia 2025

Chastain – Mystery of Illusion (1985)

 

Na co dzień heavy metal raczej mnie nie interesuje, ale Mystery of Illusion zajmuje u mnie specjalne miejsce. Ta płyta za każdym razem przypomina, że tradycyjny metal z babą na wokalu może być zajebisty, jeśli trafi w dobre ręce.

Wokale są tu kluczem. Z reguły kobiece głosy mnie nie przekonują, ale Chastain – obok Acid i Sentinel Beast – skutecznie zmienił moje zdanie. Głos Leather pasuje do tej muzyki idealnie. Balansuje między czystym, momentami wręcz operowym śpiewem (intro do tytułowego numeru), a ostrą, metalową chrypą. To ona buduje klimat całej płyty i sprawia, że album wchodzi jak zły podczas zmulonych wieczorów. Szczerze – nie znam lepszego soundtracku do takiego stanu.

Instrumentalnie wszystko siedzi. Gitary są mocno zharmonizowane, wyraźnie czuć szkołę Iron Maiden, ale bez taniego zrzynania. Melodie są chwytliwe, a pod nimi pracuje solidna linia basu, która nadaje kompozycjom głębi. Perkusja trzyma się sprawdzonych rejonów – prosty, napędzający rytm – ale Fred potrafi go urozmaicić na tyle, że nic się tu nie dłuży. Momentami pojawiająca się podwójna stopa dodaje numerom dynamiki i podkręca tempo.

Nie można pominąć okładki, bo jest absolutnie nieziemska. Jeździec jak żywcem wyjęty z „Szóstek” Kata plus goła baba – klasyka, która od razu daje +10 punktów stylu. Jeśli ktoś wierzy, że dobra okładka często idzie w parze z dobrą muzyką, to Chastain jest idealnym przykładem.

Całość najlepiej podsumowuje otwierający „The Black Knight” – numer zawierający wszystko, czego oczekuję od dobrego heavy metalu. Agresja, chwytliwy refren i ten moment, kiedy aż chce się krzyczeć razem z Leather: „THE BLACK KNIGHT!”

Na wyróżnienie zasługuje też „Night of the Gods” – wolniejszy fragment płyty, który spokojnie można nazwać pełnoprawną balladą. Zmulone gitary, spokojna perkusja i wokal spinają to w numer, który natychmiastowo kradnie serce.

Bestial D.

środa, 3 grudnia 2025

Venator - Psychodrome (2025)

 

No, no, jestem pod wrażeniem. Po pierwsze dlatego, że to naprawdę dobra płyta, a po drugie -Venator podołał, nagrał równie dobry album co pierwszy, a do tego „Psychodrome” nie jest tylko powtórką z rozrywki. W ramach tego samego stylu Austriacy stworzyli kolejną porcję metalowych hiciorów. Hiciorów, bo to naprawdę chwytliwe numery, ale dalej konkretnie metalowych, więc nie ma mowy o jakimś radiowo -glamowym pitolonku. Jest konkretny power i świeżość, bo żaden numer nie sprawia wrażenia być „Manic Man 2” albo „Nightrider 2”. To pokazuje, że ta ekipa ma dużo pomysłów i najwyraźniej talent do wymyślania zapadających w pamięć kawałków. Najlepiej do łba wchodzi „Steal the Night”. To chyba ich najlepszy refren od czasu „Paradisera”, prosty, a chwytliwy jak cholera. Swoja drogą jeszcze lepiej wypadł na żywo (Leśniczówka w Chorzowie – kto był?). Żeby nie było, to genialne utwory się na tym nie kończą, choć niewątpliwie „Steal the Night” wybija się mocno nad resztą. Fajnie porywa też „Children of the Beast” (przy okazji są tam całkiem dobre riffy) albo singlowe „Radar” i „Dynamite”, gdzie dobrą robotę robi genialny główny riff. Pojawia się on w refrenie i fajnie podbija ten okrzyk „Dynamite!!!”. Trzeba przyznać, że refreny to oni umieją robić, do tego sporo tu melodyjnych solówek i wysokich wokali Huemera od czasu do czasu. Te cechy, co wspomniane numery, ma też „Fear the Light”, ale to trochę inny kawałek – o wiele bardziej melodyjny, bliższy raczej hmmm… Scorpions? A może Judasom z „Turbo”, choć dalej nie nazwałbym tego glamem. Zwłaszcza że to naprawdę udany kawałek, a Huemer w refrenach odwalił naprawdę świetna robotę.

Podoba mi się też w tej płycie to, że zespół próbuje trochę kombinować. Nieśmiało jeszcze, ale jednak. Pierwszy raz pojawia się intro do całej płyty („Into the Drome”) ale mamy też ciekawsze przejawy ambicji. Pojawił się tu bardziej rozbudowany „Final Call”, z wieloma zmianami temp i nastrojów (zwrotki mroczniejsze, refren bardziej melodyjny, w środku łagodne wyciszenie, a potem jazda). Równie ciekawy jest „Astral Seduction”, taki ogólnie bardziej kąsający riffami od reszty numerów… a nieco później zmienia się w czysty speed metal! Aż ciekawe czy takich elementów w przyszłych wydawnictwach Venatora będzie więcej.

Ciężko mi powiedzieć, czy „Psychodrome” wyszedł lepszy od pierwszej płyty, raczej obie są dość porównywalne. Tak czy siak, obie to totalny top jeśli chodzi o współczesny heavy. Jednak wehikuł czasu zostało wynalezione, choć cofa tylko do lat 80. i nazywa się Venator!

Mutineer

czwartek, 6 listopada 2025

Running Wild - Branded and Exiled (1985)

 

Zanim Running Wild zasłynęli jako metalowi piraci i pionierzy pirate metalu (co na szczęście u nich ograniczyło się tylko do wizerunku i textów) grali po prostu surowy heavy i bliżej było im raczej do Venom (to pewne uproszczenie, ale o tym później). Pierwsze dwie płyty to całkiem inny Running Wild. Zło, siarka, surowizna. W efekcie wielu wielbicieli tych późniejszych albumów, mimo że muzycznie nie aż tak odległych, rzadko sięga po te wczesne dokonania. Ale też nie można powiedzieć, że to płyty niedoceniane, bo sporo też takich fanów, co uznają je za najlepsze, zwłaszcza drugi- „Branded and Exiled”. Za ten najlepszy wprawdzie bym go nie uznał, jednak trzeba przyznać, że to solidny album. Nie tak różnorodny i dopracowany jak choćby „Port Royal”, ale nie o to tu chodzi. Te utwory miały atakować ostrymi riffami i to zadanie spełniają. Dobrym tego przykładem jest utwór tytułowy, który do przebojowego raczej ma daleko, ale gitary tną jak żylety, a refren idealnie nadaje się na koncerty. Oczywiście niektóre cechy zespoły były obecne już tu, choć jeszcze w formie mniej wyrafinowanej i melodyjnej niż później. Mamy tu typowe dla grupy rozpędzone, wchodzące nawet w speed utwory, choć nie pozbawione pewnej chwytliwości- „Gods of Iron” oraz największy killer w zestawie- „Fight The Oppression” (no, to już właściwie speed metal). Za to „Chains and Leather” to prawdziwy metalowy hymn- numer stworzony do grania na żywo. Dość interesującym numerem, z takich jakie na późniejszych płytach już się nie pojawiały, jest trochę mroczniejszy „Mordor”. Bardzo ciekawe riffy, przy tym wolniejsze tempo i przede wszystkim klimat robią tu świetną robotę. Jeszcze więcej mrocznego klimatu wprowadzają jednak chóry w „Marching to Die”, dobiegające jakby z otchłani- robi to wrażenie. Co do wspomnianego Venom, to oczywiście ciężko nazwać Runningów z tego okresu ich niemiecką wersją. Ekipa Rolfa nie była aż tak mroczna i extremalna, jak Cronos z kolegami, choć łączyło ich podobne podejście, surowość czy tematyka utworów (tyle że u Niemców mniej radykalna). Wliczanie jednak wczesnego Running Wild do pierwszo- falowego blacku jest mocno bez sensu. Jak wspomniałem, aż tak jak Venom mroczni nie byli i jeśli pominiemy klimat i piekło w textach, to lepsze są porównania z Accept albo wczesnym Grave Digger. W każdym razie album godny uwagi, nie gorszy od tych późniejszych, z pirackiego okresu. Także kto jeszcze nie zna, to nadrabiać zaległości w podskokach!


Mutineer

piątek, 5 września 2025

Angel Witch - Angel Witch (1980)

 

Gdyby przyszło mi wskazać najlepszy debiut nurtu NWOBHM, to chyba padło by na Angel Witch. Pierwsze albumy od Diamond Head, Iron Maiden i Tank też są świetne, ale chyba to ekipa Heybourne’a stworzyła ten najlepszy. Z resztą kurwa, to jedna z najlepszych płyt tego nurtu w ogóle! Do tego w 1980 roku był to niezły konkret, bo inne zespoły miały wtedy sporo naleciałości hard rocka (Saxon, Tygers of Pan Tang) albo punka (Maideni) a Angel Witch nie dość, że grał mroczny i mocarny heavy, to jeszcze sporo tu elementów dających podwaliny pod późniejsze, bardziej extremalne gatunki.

To co najlepsze w tym albumie to masa tej niepokojącej atmosfery, która przewija się przez większość numerów, czasem dodatkowo połączonej z ciężarem. Najbardziej udziela się ona w „White Witch” i „Sorceress”, gdzie ponurego klimacioru jest mnóstwo, w tym drugim słychać nawet organy w tle, dające wrażenie jeszcze bardziej upiorne (ciekawe czy Quorthon się tym inspirował?). W „Confused” jest mniej mroku, za to więcej ciężaru, za to kulminacja jednego i drugiego to „Angel of Death”- najcięższy utwór na albumie. Klimat tutaj jest niesamowity, a jakie riffy, można wręcz powiedzieć, że to proto- thrash. Są tu też oczywiście typowe dla nurtu szybkie, energiczne numery, jak klasyk totalny - „Angel Witch”, ale też „Atlantis” (przy okazji ma też sporo ciężaru), „Sweet Danger” i „Gorgon”. Mniej mroczne, za to bardziej chwytliwe, posłuchasz trochę i zaraz zaczynasz nucić „You're an angel witch, you're an angel witch!”. Nie dziwi więc, że tytułowy numer to jeden z najsłynniejszych utworów całego nurtu. No ale z drugiej strony szkoda, ze sporo ludzi kojarzy cały zespół tylko z tego numeru. W końcu album ma sporo więcej do zaoferowania, nie ma tu właściwie słabych numerów. No, „Free Man” trochę odstaje, ale złym go nie mogę nazwać. To jednak nie zmienia tego, że Angel Witch pozostał zespołem jednej płyty. Trochę sami przespali okazję, bo wypuścili drugi album dopiero po pięciu latach, gdy zainteresowanie NWOBHM osłabło, a ich pełniaki nr 2 i 3 były też sporo słabsze od debiutu. Co by jednak nie było - dla fanów heavy pozycja obowiązkowa.

Mutineer

czwartek, 21 sierpnia 2025

Black Sabbath - Master of Reality (1971)

Nieuniknione się stało, nie żyje człowiek odpowiedzialny za najważniejszy wokal w historii metalu. Ozzy - człowiek- legenda, głos który zapisał się wielkimi literami w historii nie tylko metalu, ale też całej muzyki. Zdecydowałem się na napisanie paru słów na temat tej płyty, ponieważ dzień przed śmiercią ojca metalu była rocznica wydania tego dzieła.

Czas powstawania „Mastera” był czasem wzrastającej popularności Sabbath’ów, pierwsze dwa albumy zespołu były hitami, a wytwórnia oczekiwała kolejnego hitu, szczególnie sprzedażowego. Ciągłe koncerty oraz presja z każdej strony mogły zwiastować katastrofę. Jednak dostaliśmy album wybitny, oszałamiający, moc brzmienia, monumentalne riffy, niezastąpione wokale Ozzy’ego, genialna sekcja rytmiczna, czyli perkusja podkreślająca pierdolnięcie gitary, a do tego bas, który również dodaje mocy. MOC – słowo, które definiuje ten krążek. Nie oznacza to jednak, że jest zamuła. Pomimo potęgi, album trzyma tempo, a w niektórych momentach przyśpiesza („After Forever” oraz końcówka „Into The Void”). W moim prywatnym rankingu „Master of Reality” razem z takimi rzeczami jak "Dopethrone", "Sleep’s Holy Mountain" oraz „Relentless” od Pentagramu, zajmuje pierwsze miejsce w kategorii szeroko przeze mnie pojmowanego upalnego metalu, w końcu „Sweet Leaf” to pieśń wychwalająca właśnie weed.

Nie bez powodu wspominałem o muzyce stoner wyżej, jestem zdania, że to właśnie ten album był preledium dla doom metalu, a nie wątpliwie dzieckiem tego gatunku jest stoner, czy to się komuś podoba czy nie.

Jak już jesteśmy przy piosenkach, to lećmy dalej - „After Forever”, czyli szybszy, a przy tym zwarty kawałek z hipnotyzującym syntezatorem na samym początku. Kolejny to „Embryo” – gitarka, która w taki fajny i dość charakterystyczny sposób brzęczy. No i przechodzimy do „Children Of The Grave”. Kurwa, jak ja uwielbiam ten track. Jest on dla mnie definicją oraz esencją całej płyty. MOCNY, SZYBKI, WYLUZOWANY, ZWARTY, oczywiście z kozacką solówką oraz dojebanym końcem, gdzie można usłyszeć Ozzy’ego szeptem mówiącego 2 razy „CHILDREN OF THE GRAVE”.

Druga strona rozpoczyna się od „Orchid” - szybki instrumental który przez swoją wybitną gitarę wprowadza dosłownie do ogrodu. „Lord Of This World”, który od początku porywa swoją mocą oraz nawiedza umysł słuchacza. „Solitude” - kawałek z znikomą ilością gitary, za to z dużą ilością innych małych bajerów na czele z fletem, oprócz tego to tylko wokal oraz bas. No i oczywiście „Into The Void”, który zawsze budzi w mnie dysonans - z jednej strony dalej jest taki trans jak przy inny utworach, ale jednocześnie są zmiany tempa które zaburzają te doznania, jednak jest to dla mnie plusem.

Przyznam, że nie rozpisałem się za dużo na temat tego albumu, jestem jednak przekonany, że każdy z czytelników miał styczność z tą płyta, przynajmniej raz w życiu. Tak naprawdę całą tą recenzją chcę oddać pewnego rodzaju prywatny hołd. Nawiązując do początku chcę tylko napisać, że jedyne co teraz możemy zrobić to pamiętać oraz słuchać i hołdować to, co nam Ozzy razem z całym zespołem zostawili.

Pozdro,

Strzał 

niedziela, 20 lipca 2025

Roadhog - Dreamstealer (2015)

 

Ale ten czas zapierdala. To już 10 lat jak wyszła ta płyta, a ciągle brzmi ona świeżo i dalej rajcuje. W chwili wydania trochę namieszała, mówiono, że nie ma ciekawego heavy w naszym kraju, a tu wyskoczył Roadhog i to z takim materiałem. Do dziś zresztą uważam, że to najlepszy ich album. Wciąż wypada dobrze, mimo że konkurencja w gatunku jest teraz konkretniejsza. Dobra, tylko co ta płyta ma takiego w sobie? Po pierwsze nie jest to kolejna kopia klimatów pod Judas Priest/ Iron Maiden. W ogóle ciężko mi Roadhoga z czymś porównać, bo zdołali wyrobić sobie swoje brzmienie. Ale przede wszystkim są tu świetne kawałki, masa dzikiej energii i chwytliwości. Słychać ze gra tu młody zespół, choć znający się na rzeczy. Mamy tutaj takie petardy jak otwierający „Liar” (jeśli miałbym polecić jakiś numer na pierwszy kontakt z zespołem, to właśnie ten), „Chasing the Storm” i „Roadhog”, zbliżający się już do speedu. Fajnie też kąsa galopującym riffem i wokalami „Taste Your Sin”. Nie brakuje też wolniejszych numerów, a nawet bardziej przebojowych, jak „Poison Man” i „Dead of the Night”- ten ostatni to już trochę bliżej takiego WASP. Ale właściwie cała płyta to zestaw murowanych koncertowych hiciorów. A no właśnie, ta ekipa jeszcze lepiej wypada na żywo, zwłaszcza w utworach z tej płyty. Byłem zresztą na jednym z gigów z okazji 10 lecia „Dreamstealera”, na którym zagrali wszystkie numery z albumu i jak zwykle był ogień.

Nie ma tutaj oczywiście jakiegoś silenia się na experymenty albo ponowne odkrywanie Ameryki. Jest old schoolowy heavy metal według starych wzorców i dobrze. Brzmienie jedynie jest bardziej współczesne. Świetnie pasuje tu okładka - też w starym klimacie, a w nowszej technice, wykonana przez Jerzego Kurczaka- typa, który w zamierzchłych czasach tworzył cover arty dla Kata, Turbo, Acid Drinkers, Dragona, no same klasyki. Problem z tym albumem jest tylko taki, że Roadhog stworzył sobie nim poprzeczkę nie do przeskoczenia. Ich kolejne albumy też są co prawda dobre, ale nie tak jak „Dreamstealer”, który pozostaje tym najlepszym i wątpię żeby się to kiedyś zmieniło.

Mutineer

czwartek, 19 czerwca 2025

Iron Maiden - No Prayer for the Dying (1990)

Iron Maiden nikomu nie trzeba przedstawiać. Zespół pomnik, wiadomo bo jednak 50 lat istnienia na scenie i zbudowania TAKIEJ legendy zrobiło swoje. I też chyba nikomu nie trzeba mówić, że według wielu najlepszy okres ich twórczości przypadł na lata 1980-92. Tak, to się wszystko kurde zgadza! Ale nie wiem jak wy, ja mam wrażenie że pewien krążek z tego okresu jest trochę pomijany, żeby nie powiedzieć wręcz ignorowany nie tyle przez fanów, co sam zespół (niech świadczy o tym setlista na trasę z okazji 50-lecia zespołu, ani jednego utworu z tej płyty. Kurwa serio?). Dlaczego tak jest? Pora porozmawiać o moim zdaniem jednej ze świetniejszych płyt z Brucem w dyskografii Iron Maiden... NO PRAYER FOR THE DYING!

Ok, trochę historii. Poprzednie płyty Iron Maiden, a zwłaszcza ''Seventh Son of the Seventh Son'' szły troszeczkę w progresywnym i bardziej epickim kierunku, więc zespół na tej płycie powraca trochę do korzennego heavy metalu rezygnując z używanego na poprzednich dwóch płytach syntezatora. Co też ważne jest to pierwsza płyta bez gościa, który wspólnie z Murrayem tworzył chyba najpopularniejsze duo gitarowe w historii metalu, czyli Adrian Smith. Dobra, mamy mały kontekst historyczny. No więc wyobraźcie sobie że jest ten właśnie rok '90 i Maideni po wydaniu ''SSOTSS'' wypuszczają album, który jest mniej pompatyczny i epicki, za to powiedzmy sobie szczerze przebojowy, bardziej luźny i rockerski, na dodatek z nowym gitarzystą. Czy te fakty sprawiają że jest to kiepska płyta? Cóż, dla wielu tak... ale dla mnie absolutnie NIE! Skupmy się więc na tym, dlaczego INNE nie zawsze znaczy GORSZE (a to jeden z niewielu przykładów!). No więc owa przebojowość... często słyszę w stosunku do tej płyty że jest za wesoła, szczególnie dwa pierwsze utwory czyli ''Tailgunner'' i ''Holy Smoke'', ale moi drodzy... to są zajebiste hiciory! Może i brzmią wesoło i bardziej hardrockowo niż na poprzednich płytach, no i co z tego? Zapomnieliście o niektórych numerach z początku kariery? I nie zapraszam tu do dyskusji bo nie ma o czym. Drugi zarzut, który zdarzyło mi się usłyszeć: zespół gra tu za mało epickich, porywających melodyjek. Taaaaaa... to albo ktoś tej płyty nie słuchał i jak baran powtarza to co słyszał od innych, albo słuchał jej niedokładnie i gada takie kocopoły. Faktycznie, harmonie grane na gitarach są tu trochę zredukowane i jest tu więcej riffów, co nie znaczy że nie ma ich wcale! Najwięcej tego pojawia się w moim ulubionym numerze z tego krążka - ''Public Enema Number One'', chociaż w tytułowym, o nieco balladowym charakterze też nie brakuje chwytliwej melodii. Dobra, pora obalić ostatni argument, który gdzieś kiedyś na temat tej płyty usłyszałem: single to najsłabsze numery na płycie. NO CHYBA ŻART! Ktoś chce mi powiedzieć, że na przykład ''Bring your Daughter... to the Slaughter'' to chujowy numer?! Chyba tego kogoś upuszczono przy porodzie! Ale dochodzi jeszcze smutny fakt, który podałem na początku... zespół konsekwentnie ten album omija! No panowie, dlaczego? Przecież te numery na żywo porwały by niejednego fana. A fakt że płyta w tym roku obchodzi 35 lecie tylko potęguje zdziwienie, że zespół nie uwzględnił ANI JEDNEGO numeru z ''No Prayer...''. No cóż, tak to czasem bywa.

Podsumowując - totalnie nie czaje tego jaka narracja panuje wokół tej płyty, bo absolutnie niczym sobie na to nie zasłużyła. A do wszystkich piewców tej propagandy Anty-No Prayer: może weźcie se kurwa, odświeżcie pamięć, a potem obsmarowujcie ten krążek, co?

BRING YOUR DAUGHTER TO THE SLAUGHTER!

Chiro.




czwartek, 8 maja 2025

Miecz Wikinga - Grona Gniewu (2004)

 

Miecz Wikinga to zespół z kategorii „Utracona nadzieja” albo „Zmarnowany potencjał”. Swego czasu wydali naprawdę świetną płytę i zniknęli. Do tego w czasach, gdy ta młodsza fala heavy jeszcze się nie zdążyła rozkręcić (o Enforcerze ani Skullfist nikt raczej jeszcze nie słyszał) musiało to robić wrażenie. Miecz Wikinga był wbrew muzyce tego okresu bardzo old schoolowy, a przy tym dość oryginalny w swym graniu. Wyróżniał się mocno polskimi textami a także inspiracjami- ze względu na liryki jak i muzykę nasuwają się skojarzenia z Turbo, po części też wczesnym Katem, ale w mniejszym stopniu. Przede wszystkim mamy tu granie kojarzące się głównie z twórczością poznańskiej grupy z czasów "Kawalerii Szatana", nie brakuje też zagrywek trochę Maidenowych i porywających melodii. Czego przykładem najlepszy utwór albumu- "Żelazne Miraże", w szybkim tempie, z pędzącymi riffami i chwytliwymi refrenami. Prawdziwy metalowy hymn i killer! Ciekawie jest też w innych numerach, jak "Tron Szyderczych Prawd", "Grona gniewu", albo "Odsieczy Czas". Bardziej Katowsko jest w "Anielskim Puchu", który może nasuwać odległe skojarzenia z "Łzą dla Cieniów Minionych", oraz w "Husarii Lepszego Stworzenia"- tam przede wszystkim klimat jest trochę zbliżony do tego, co Kat grał na Szóstkach. Textowo też jest bardzo w klimacie polskich klasyków, wystarczy zresztą spojrzeć na same tytuły. Choć tu też bardziej Turbo niż Kat, bo nie znajdziemy tu tak radykalnych numerów o piekle (i metalu) jak pisał Roman. Wszystkie te inspiracje dały tu już jednak jakiś własny pomysł, bo Miecz Wikinga i tak brzmiał dość oryginalnie. Ciekawe, jakby ich styl rozwinął się na kolejnych płytach, które jednak już nie powstały. Zespół parę lat jeszcze istniał, ale w 2007 zmienił nazwę na Harpia, żeby wykitować ostatecznie w 2010. Trochę nie trafili w swój czas, gdyby powstali nieco później, gdy już wychodziły pierwsze płyty Enforcer lub Cauldron mogłoby to całkiem inaczej wyglądać. Na fali sukcesów tamtych bandów mogliby sobie całkiem nieźle poradzić. Szkoda wielka, ale zostawili przynajmniej po sobie kawał świetnego materiału.

Mutineer

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...