Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black/ thrash metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black/ thrash metal. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 września 2026

Ominous Moon - Walking the Dead (2024)

 

Brytole nie byli nigdy potęgą w thrashu, ale trochę klasyków mieli. A jeszcze więcej prekursorów gatunku. A jak to wygląda obecnie? Szczerze mówiąc, nie wiem, bo nie śledzę tamtejszej sceny. Ale takie twory jak Ominous Moon pokazują, że chyba nie jest tam najgorzej i wciąż powstają ciekawe materiały. Poznałem ich swego czasu dzięki wywiadowi z Underground Unleashed Zine (pozdro!). To trio z Southend-on-Sea (kawałek na wschód od Londynu) jest old schoolowe do bólu, dużo rzeczy robią metodami DIY, własne plakaty, ulotki, grają jakby był maxymalnie rok 1985-86, gdy kolejne zespoły próbowały przekraczać granice, a brzmią totalnie obskurnie. Jak tylko wybrzmi tajemnicze intro, to od razu rzuca się w uszy to brzmienie -jak jakaś stara demówa z piwnicy. A to przecież pełny album. Niejednego ta produkcja odrzuci, ale w końcu Ominous nie tworzą dla mas - lubisz plugawy old school, albo wypierdalaj! Na początku skojarzyli mi się z demami polskiego podziemia thrash/ death, ale jednak muzycznie tu mamy trochę inne rejony. Nasi Angole napierdalają raczej pierwotny, brudny thrash, w którym sporo jest z pierwszej fali blacku. Głównym skojarzeniem ich muzyki był u mnie Celtic Frost z „Morbid Tales” i tak myślę że stoją najbliżej tego właśnie bandu. Zanim ktoś jednak zacznie narzekać, że „eee, kolejny black/ thrash, nuda”, to powiem, że nie całkiem. To nie jest kolejny klon Sodom/ Venom/ Midnight, jakich pełno (choć takie też są fajne). Jakby to była rzeczywiście płyta z połowy lat 80, można by ją określić jako „proto- extrema” - coś co mogło wyewoluować później w death metal, ale póki co jeszcze niepozorne. Tempa są raczej średnio szybkie, czasami zalatują nawet punkiem (jak w „Skeletal Lunarcy”, główna część „Death Is in the Air”), czasem Venomem („Waking the Dead”- nawet wokale trochę Cronosowe) a w „Blast Lung” jest nawet bardziej doomowy riff, ale przez tą surowiznę skojarzył mi się raczej z Autopsy, niż Candlemass czy Black Sabbath. Zdarza się jednak, że czasami napieprzają trochę mocniej, zbliżając się do rejonów brazylijskiej rzezi („Death Is in the Air” albo „Stone Cold Metal”) ale te momenty jednak nie dominują.

Album raczej nie będzie dla każdego -wrażliwcy lubujący się w ładnie wypolerowanym brzmieniu mogą sobie odpuścić, odpadną pewnie i tak już w pierwszym kawałku. Ale dla fanów old schoola, zwłaszcza słuchających piwnicznych dem będzie to miód na uszy. Co prawda, nie wiem czy nie przegięli z tym demówkowym soundem, bo jednak albumy zawsze brzmiały bardziej profesjonalnie, ale ważne że jest w tym szczerość i pasja. Zostaje im kibicować, niech dalej hałasują, póki w Kalifacie Anglii to jeszcze legalne.


Mutineer

sobota, 29 sierpnia 2026

Warfist - Grünberger (2019)


Warfist zaprezentował niedawno ostatni album i zapowiedział zwiniecie interesu, to też dobry pretext, żeby przypomnieć ich nieco wcześniejsze dzieło. „Grünberger” to był mój pierwszy kontakt z tą ekipą i ta płyta zrobiła na mnie spore wrażenie. Katowałem ją jakiś czas najpierw na jutubie, potem na cedeku. Później mi przeszło, ale od czasu do czasu dobrze do niej wrócić, bo to naprawdę konkretny cios. Co prawda Warfist nie jest najbardziej oryginalnym zespołem, daleko do jakiegoś ultra- wizjonerstwa, ale i tak trochę się wyróżniają wśród wielu black/ thrashowych ekip. Ciężko mi właściwie opisać na czym to polega, trzeba posłuchać. Z porównaniami do jakichś nazw też nie jest łatwo, po prostu napierdalają po swojemu i tyle. No i przyznajcie, że concept album o historii Zielonej Góry zamiast hymnów ku czci Rogatego to też dość oryginalny pomysł. W każdym razie, skoro black/ thrash, to mamy tu intensywną dawkę wpierdolu. Poprzedzonego jednak łagodnym intrem z „Black Army”, ale to taka cisza przed burzą. Bo już samo „Black Army” zapewnia niezły łomot, po czym następują kolejne killery. Bywają nawet jeszcze bardziej zabójcze, jak ultra szybki „Atrocious Saviour” albo „Death by the Cleansing Fire”, gdzie zasuwają momentami nawet na blackowo. Choć jest też taki „March od Death”, który obfituje w więcej zwolnień i klimatu. Brzmieniowo jest raczej surowo, ale to też nie piwnica. Ale przede wszystkim materiał jest też bardzo chwytliwy, większość kawałków szybko wchodzi do głowy i wiele refrenów można krzyczeć razem z Mihem. Najbardziej „The Punishment” ale „Feasting on Dead Bodies”, „Slay, Swive and Devour” i wspomniany już „Death by the Cleansing Fire” też mają sporo chwytliwości. Co daje duży potencjał koncertowy – na żywo to musiała być moc! Niestety jakiś czas temu Mihu zrezygnował z grania na scenie, czyniąc z Wojennej Piąchy zespół tylko studyjny. Szkoda, bo zobaczyłbym tą załogę w akcji, nie wiem, może się chłop jeszcze namyśli i przed rozwiązaniem grupy coś zagra.

Jak ktoś szuka wirtuozerii – to nie tutaj. Ale jak potrzeba solidnego wpierdolu- „Grünberger” będzie jak znalazł. Równocześnie mam wrażenie, że ta płyta powinna podejść też tym co zazwyczaj w black/ thrashu nie siedzą. Zaraz sami zaczniecie krzyczeć „The Punishment!!!”.

wtorek, 20 maja 2025

Gallower - Vengeance & Wrath (2025)

Ulubiony skład połowy maniaków podziemia w końcu wrócił z nowym materiałem (druga połowa woli Frightful). Trochę już czasu minęło od wydania jedynki (zresztą całkiem udanej), ale zespół wcale nie próżnował – było sporo koncertów za granicą, wyszła też świetna epka „Eastern Witchcraft”. A no właśnie, epka – częściowo zaspokoiła głód nowych kawałków, ale jednak pełny album, to pełny album, co nie? W końcu jednak dosięgnął nas „Vengeance & Wrath”. Czy to udany materiał? Jak najbardziej, ale czy lepszy od wcześniejszych? Ciężko powiedzieć, ale na pewno podobnie dobry. Na pewno jest bardziej urozmaicony i ciekawszy. Na „Behold the Realm of Darkness” oraz „Eastern...” była bardziej bezpośrednia jazda, tutaj jest trochę więcej kombinowania, choć oczywiście to dalej typowy dla Gallowera black-thrashowy wpierdol. Z tym że więcej jest zmian tempa w utworach i innych atrakcji. Ciekawy jest już pierwszy na trackliście „Aftermath/ Protector’s Militia” – rozkręca się powoli, po intrze wchodzi świetny riff, a potem szybkie tempo właściwej części dopełnia dzieła zniszczenia. Ale jeszcze więcej zwrotów akcji jest w tych najbardziej rozbudowanych kawałkach, a aż trzy z nich zbliżają się do sześciu minut. „March Of The Carmine Cloaks” z marszowego przeradza się w szybką jazdę, tytułowy ma ogólnie sporo motywów, a w „Prophecy of the Seven” na końcu pojawia się klimatyczny fragment, w którym Tzar brzmi jak szaman/prorok/wieszcz (niepotrzebne skreślić). Oczywiście dalej sporo tu numerów po prostu kopiących ładnie po ryju – „The Revelation”, „Bubonic Breath”, „Relentless Retaliation” w średnim tempie (godny następca „Gutter Rats”) albo bardziej bezpośredni wpierdol w „The Dead Despise The Living”. Choć mnie najbardziej rozpierdala „Demonic Ascent”, kosa jak cholera i całkiem chwytliwe refreny – podejrzewam, że na koncertach może być na tym kawałku najbardziej srogi mosh.

Brzmienie jak zwykle jest fajnie brudne i archaiczne, choć dźwięk gitar bardziej podobał mi się na „Eastern Witchcraft”, ale za to bębny zyskały na potędze. Nie mam za bardzo się do czego przyczepić, więc zostaje tylko pogratulować udanej płyty. Jest wpierdol, słychać ciekawe pomysły i rozwój stylu, to czego tu chcieć więcej.

Mutineer

wtorek, 22 kwietnia 2025

Nifelheim -Nifelheim (1995)

Po raz nie wiem który słucham jedynki Nifelheim, i za każdym razem nie jestem w stanie wyjść z podziwu nad kurwa, tą płytą. Cały ten krążek jest dosłownie definicją maksymalizacji speed i black metalu. Wszystkie instrumenty są cholernie szybkie, a brzmienie gitary jest po prostu „ostre jak żyleta”, co nie tylko idealnie pasuje do tempa narzuconego przez gary, ale też nadaje chłodny charakter całemu albumowi – a to samo w sobie doskonale odnosi się do nazwy krainy Niflheim z mitologii nordyckiej. Wokale są dla mnie w ogóle innym wymiarem – mamy tutaj do czynienia z diabelskim screamem, który jest „gęsty”, ale mimo to bardzo szybki, dzięki czemu pasuje on perfekcyjne do black speed metalowego materiału. Trzeba się też pochylić nad solówkami, szybkimi i bezlitosnymi, a na szczególną uwagę zasługuje tutaj solówa z utworu „Possessed by Evil” (kurwa, ten tapping połączony z synthami w tle jest naprawdę brudną i diabelską poezją). Okładka – z kozłem na tronie, pod którym jest stos czaszek oraz kości, a po bokach tronu widoczne są niebieskie ognie – doskonale oddaje klimat oraz ducha materiału. Jest to pierwszy pełnoprawny album, który już nigdy nie został przebity przez kolejne wydania grupy szwedzkich pojebów. Energia i szczere emocje płynące z tego albumu sprawiają, że człowiek najchętniej by wstał, poszedł po browara i darł się razem z Hellbutherem “SODOMIZER”!!!

Strzał


niedziela, 23 marca 2025

Mayhemic -Toba (2024)

 

Wygląda na to, ze to właśnie w Chile wychodzi ostatnio najwięcej ciekawych pozycji z thrashu. Nie wiem czy to kwestia jakiejś latynoskiej dzikości, ale materiały stamtąd brzmią bardzo autentycznie, od maniaków dla maniaków. Ojczysty kraj Toma Arayi wypuścił sporo ciekawych zespołów, których albumy są często ciekawsze i bardziej old schoolowe od większości pozycji Havoka, Warbringera albo Evile (mimo że to też dobre załogi). Wspomnieć należy choćby Reaper albo Critical Defiance, dziś jednak będzie o innej chilijskiej hordzie -Mayhemic, który wyjechał w zeszłym roku z pierwszym albumem.

Thrashowych płyt wychodzi sporo, ale nie wszystkie są równie warte uwagi. Dużo jest takich, co są niezłe, ale jakoś nie ma potrzeby później do nich wracać, bo w większości to tylko poprawnie zagrany thrash i tyle. U Mayhemica już okładka zapowiada, że będzie inaczej (w sumie fajna odmiana po tylu obrazkach truposzy z piwem na ulicy). Nie jest to oczywiście jakieś wizjonerskie ani rewolucyjne dzieło. To czysty brutalny thrash wyrwany z końca lat 80, ale zagrany na tyle ciekawie i z pomysłem, ze potrafi wciągnąć na długo. Słychać tutaj mocno inspiracje Kreatorem (głównie z Pleasure to Kill) w intensywności materiału i wokalach, choć ogólna brutalność może się kojarzyć tez z Morbid Saint albo Dark Angel. Bez pierdolenia się z intrami od razu uderzają w pierwszym kawałku szybkim brutalnym riffem. Przy okazji zwraca uwagę brzmienie, surowe i brudne, ale nie piwniczne, trochę kojarzy się z produkcją Extreme Aggression. W Triumph Portrait napierdalają z wręcz death metalowym kopem, ale skojarzyło mi się to też z Darkness Descends, zaś w równie brutalnym Olduvai´s Lullaby pobrzmiewają tam bardziej speedowe riffy. Ale nie myślcie, że to kolejny zespół o filozofii byle szybciej, bo zdarza się im urozmaicić materiał. Valley of the Tundra wprowadza nieco inny klimat i wolniejsze tempo, nawet nieco melodii. Trafił się też instrumental, a tytułowy kawałek jest nawet nieco progresywny. Zaczyna się od niepokojących, trochę blackujących riffów, potem przechodząc w typową dla płyty rzeź i zaliczając parę zwrotów akcji. W części z solówkami tak zasuwają, że riffy zdają się rozsadzić łeb. Zwracają uwagę jeszcze dwie rzeczy- dwóch wokalistów, patent jak na jedynce Kreatora, choć o zbliżonym sposobie wrzeszczenia, a druga to texty. Nawiązujące do prehistorii, o niszczycielskiej sile natury, walce o przetrwanie. Trzeba przyznać, ciekawe podejście do sprawy. Aż ciekawe co wymyślą na kolejnych materiałach, no w każdym razie zostaje trzymać za tą ekipę, bo mogą nieźle zawojować podziemne sceny. I mieć nadzieję, że zawitają wkrótce z koncertami w Europie.

Mutineer


Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...