Brytole nie byli nigdy potęgą w thrashu, ale trochę klasyków mieli. A jeszcze więcej prekursorów gatunku. A jak to wygląda obecnie? Szczerze mówiąc, nie wiem, bo nie śledzę tamtejszej sceny. Ale takie twory jak Ominous Moon pokazują, że chyba nie jest tam najgorzej i wciąż powstają ciekawe materiały. Poznałem ich swego czasu dzięki wywiadowi z Underground Unleashed Zine (pozdro!). To trio z Southend-on-Sea (kawałek na wschód od Londynu) jest old schoolowe do bólu, dużo rzeczy robią metodami DIY, własne plakaty, ulotki, grają jakby był maxymalnie rok 1985-86, gdy kolejne zespoły próbowały przekraczać granice, a brzmią totalnie obskurnie. Jak tylko wybrzmi tajemnicze intro, to od razu rzuca się w uszy to brzmienie -jak jakaś stara demówa z piwnicy. A to przecież pełny album. Niejednego ta produkcja odrzuci, ale w końcu Ominous nie tworzą dla mas - lubisz plugawy old school, albo wypierdalaj! Na początku skojarzyli mi się z demami polskiego podziemia thrash/ death, ale jednak muzycznie tu mamy trochę inne rejony. Nasi Angole napierdalają raczej pierwotny, brudny thrash, w którym sporo jest z pierwszej fali blacku. Głównym skojarzeniem ich muzyki był u mnie Celtic Frost z „Morbid Tales” i tak myślę że stoją najbliżej tego właśnie bandu. Zanim ktoś jednak zacznie narzekać, że „eee, kolejny black/ thrash, nuda”, to powiem, że nie całkiem. To nie jest kolejny klon Sodom/ Venom/ Midnight, jakich pełno (choć takie też są fajne). Jakby to była rzeczywiście płyta z połowy lat 80, można by ją określić jako „proto- extrema” - coś co mogło wyewoluować później w death metal, ale póki co jeszcze niepozorne. Tempa są raczej średnio szybkie, czasami zalatują nawet punkiem (jak w „Skeletal Lunarcy”, główna część „Death Is in the Air”), czasem Venomem („Waking the Dead”- nawet wokale trochę Cronosowe) a w „Blast Lung” jest nawet bardziej doomowy riff, ale przez tą surowiznę skojarzył mi się raczej z Autopsy, niż Candlemass czy Black Sabbath. Zdarza się jednak, że czasami napieprzają trochę mocniej, zbliżając się do rejonów brazylijskiej rzezi („Death Is in the Air” albo „Stone Cold Metal”) ale te momenty jednak nie dominują.
Album raczej nie będzie dla każdego -wrażliwcy lubujący się w ładnie wypolerowanym brzmieniu mogą sobie odpuścić, odpadną pewnie i tak już w pierwszym kawałku. Ale dla fanów old schoola, zwłaszcza słuchających piwnicznych dem będzie to miód na uszy. Co prawda, nie wiem czy nie przegięli z tym demówkowym soundem, bo jednak albumy zawsze brzmiały bardziej profesjonalnie, ale ważne że jest w tym szczerość i pasja. Zostaje im kibicować, niech dalej hałasują, póki w Kalifacie Anglii to jeszcze legalne.
Mutineer