Iron Maiden nikomu nie trzeba przedstawiać. Zespół pomnik, wiadomo bo jednak 50 lat istnienia na scenie i zbudowania TAKIEJ legendy zrobiło swoje. I też chyba nikomu nie trzeba mówić, że według wielu najlepszy okres ich twórczości przypadł na lata 1980-92. Tak, to się wszystko kurde zgadza! Ale nie wiem jak wy, ja mam wrażenie że pewien krążek z tego okresu jest trochę pomijany, żeby nie powiedzieć wręcz ignorowany nie tyle przez fanów, co sam zespół (niech świadczy o tym setlista na trasę z okazji 50-lecia zespołu, ani jednego utworu z tej płyty. Kurwa serio?). Dlaczego tak jest? Pora porozmawiać o moim zdaniem jednej ze świetniejszych płyt z Brucem w dyskografii Iron Maiden... NO PRAYER FOR THE DYING!
Ok, trochę historii. Poprzednie płyty Iron Maiden, a zwłaszcza ''Seventh Son of the Seventh Son'' szły troszeczkę w progresywnym i bardziej epickim kierunku, więc zespół na tej płycie powraca trochę do korzennego heavy metalu rezygnując z używanego na poprzednich dwóch płytach syntezatora. Co też ważne jest to pierwsza płyta bez gościa, który wspólnie z Murrayem tworzył chyba najpopularniejsze duo gitarowe w historii metalu, czyli Adrian Smith. Dobra, mamy mały kontekst historyczny. No więc wyobraźcie sobie że jest ten właśnie rok '90 i Maideni po wydaniu ''SSOTSS'' wypuszczają album, który jest mniej pompatyczny i epicki, za to powiedzmy sobie szczerze przebojowy, bardziej luźny i rockerski, na dodatek z nowym gitarzystą. Czy te fakty sprawiają że jest to kiepska płyta? Cóż, dla wielu tak... ale dla mnie absolutnie NIE! Skupmy się więc na tym, dlaczego INNE nie zawsze znaczy GORSZE (a to jeden z niewielu przykładów!). No więc owa przebojowość... często słyszę w stosunku do tej płyty że jest za wesoła, szczególnie dwa pierwsze utwory czyli ''Tailgunner'' i ''Holy Smoke'', ale moi drodzy... to są zajebiste hiciory! Może i brzmią wesoło i bardziej hardrockowo niż na poprzednich płytach, no i co z tego? Zapomnieliście o niektórych numerach z początku kariery? I nie zapraszam tu do dyskusji bo nie ma o czym. Drugi zarzut, który zdarzyło mi się usłyszeć: zespół gra tu za mało epickich, porywających melodyjek. Taaaaaa... to albo ktoś tej płyty nie słuchał i jak baran powtarza to co słyszał od innych, albo słuchał jej niedokładnie i gada takie kocopoły. Faktycznie, harmonie grane na gitarach są tu trochę zredukowane i jest tu więcej riffów, co nie znaczy że nie ma ich wcale! Najwięcej tego pojawia się w moim ulubionym numerze z tego krążka - ''Public Enema Number One'', chociaż w tytułowym, o nieco balladowym charakterze też nie brakuje chwytliwej melodii. Dobra, pora obalić ostatni argument, który gdzieś kiedyś na temat tej płyty usłyszałem: single to najsłabsze numery na płycie. NO CHYBA ŻART! Ktoś chce mi powiedzieć, że na przykład ''Bring your Daughter... to the Slaughter'' to chujowy numer?! Chyba tego kogoś upuszczono przy porodzie! Ale dochodzi jeszcze smutny fakt, który podałem na początku... zespół konsekwentnie ten album omija! No panowie, dlaczego? Przecież te numery na żywo porwały by niejednego fana. A fakt że płyta w tym roku obchodzi 35 lecie tylko potęguje zdziwienie, że zespół nie uwzględnił ANI JEDNEGO numeru z ''No Prayer...''. No cóż, tak to czasem bywa.
Podsumowując - totalnie nie czaje tego jaka narracja panuje wokół tej płyty, bo absolutnie niczym sobie na to nie zasłużyła. A do wszystkich piewców tej propagandy Anty-No Prayer: może weźcie se kurwa, odświeżcie pamięć, a potem obsmarowujcie ten krążek, co?
BRING YOUR DAUGHTER TO THE SLAUGHTER!
Chiro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz