W końcu zespół, który potrafi zagrać progresywny death jak ongiś Death czy Pestilence, nie sweepujac przy tym przez cały album. Czasem to się rzygać chce od tych hiper nowoczesnych bandów ze sterylną produkcją i sterylnymi okładkami, przykładających się bardziej do szpanowania umiejętnościami niż pisania dobrych numerów. Fajnie że w końcu pojawili się tacy, którzy postanowili podejść do tematu w bardziej old schoolowej formie. Choć obecnie najbliżej mają do innego młodego zespołu -Species. Można powiedzieć, że my mamy Species, a Włosi mają Miscreance. Oba zespoły mają sporo ze sobą wspólnego, psychodeliczne okładki, podobne podejście i inspiracje. Z tym że bohaterowie tej recenzji idą bardziej w death i mniej tu nawiązań do prog rocka. Tak czy siak znajdziemy tu klimaty mocno kojarzące się z twórczością ekip Schuldinera i Mameliego, a także z Atheist lub Cynic. Podejrzewam że inspiracją mogli być też rodacy Miscreance z Sadist, ale że ten zespół znam słabiej, to wpływów nie wyłapałem. Skojarzeń z Death miałem najwięcej, głównie tym od Humana w górę. W otwieraczu, Flame of Consciousness na dzień dobry mamy klimat jak z Individual Thought Patterns, a potem na włazi wokal, brzmiący jak Van Drunen na Consuming Impulse. Może aż trochę za bardzo Van Drunenowy ten wokal, ale ważne że dobry (najgorzej jak zespół bierze prosiaka na wokal). W podobnym klimacie jest Incubo, ale tutaj jest zmixowany bardziej z tym Death z Leprosy. Początek skojarzył mi się nawet trochę z Trapped in a Corner, z tym że ten riff tutaj jest bardziej szalony, a sam numer połamany jak przeciętny perkusista po niedanej próbie zagrania go. Oczywiście to nie tak, że wszystko od Schuldinera pozrzynali, pewnych skojarzeń się po prostu nie uniknie. Jako że Death nasłuchałem się dużo, to i skojarzenia nasuwają się same. Bohaterowie recenzji są jednak nieco bardziej pierdolnięci w kwestii rytmu, w tym raczej do Atheist mają bliżej. W No Empathy zdarzają się im też odjechane riffy w klimacie Voivod. Nie można jednak powiedzieć, że Miscreance gra pod ten, czy tamten band, a po prostu dobrze wykorzystuje inspiracje. Najlepszym przykładem ich inwencji jest numer Fall Apart, który jest też najbardziej kopiącym na albumie. Dużo szybkich, szarżujących riffów, a nagle w środku dość nietypowe wyciszenie, wprowadzające klimat bardziej… psychodeliczny? Jazzowy? Nie wiem, ale odpierdala się tam konkretnie. Równie dobry jest też Alchemy, choć tym razem już bez takich odlotów.
Przy całym zakręceniu muzyki tej ekipy, płyty słucha się dobrze, nie ma wrażenia przekombinowania. Do tego to dość zwarty materiał, wszystkie te wywijasy upchnęli w zaledwie pół godziny, a gdyby pominąć outro, to nawet krócej. Jedyny minus to te szeptane/ recytowane wstawki w niektórych miejscach, ale to tyle. Pozostaje czekać aż kiedyś zagrają u nas gig ( i oby ze Species!) oraz na kolejne materiały, bo skoro zaczęli od takiego debiutu, to co dopiero będzie dalej?
Mutineer
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz