Z 10-15 lat temu jeszcze można było nazywać Enforcera, Skullfist albo Cauldron nadziejami heavy lub speedu, ale dziś wiadomo że te ekipy swoje najlepsze okresy mają już za sobą i raczej już bardziej nie nawojują. Swoje zrobiły, tchnęły w to granie nowe życie, ale żadnej rewolucji już chyba nie dokonają. Nadziejami gatunku są teraz zespoły nieco młodsze, które najlepszy czas mają teraz i podtrzymują ten archaiczny ogień. Czy osiągną popularność, jak wyżej wymienione nie wydaje się, ale też nie o to tu chodzi. Jednym z najlepszych przykładów jest austriacki Venator, zespół, który gdzieś w 1985 zajebał DeLoreana z „Powrotu do Przyszłości” i przeniósł się w czasie do współczesnych czasów. Kto myśli, że to Enforcer jest archaiczny, to chyba nie słyszał Venatora. Choć najlepiej na żywo- jak na nich byłem, to miałem z kolei wrażenie cofnięcia się w czasie do połowy lat 80, zwłaszcza że przyjęcie mieli dobre i szaleństwo pod sceną było, co świadczy o randze jaką już sobie wyrobili wśród metali. To nie dziwi, materiał z Echoes from the Gutter (jak i z wcześniejszej epki Paradiser) jest naprawdę dobry, mocno się wybija ponad masę innych tego typu zespołów. Przy tym jest odpowiednio old schoolowy i do tego oryginalny -nie mamy tu co chwilę czegoś takiego, że o, tu słychać Maiden, tu Judasów, tam Running Wild. Ale przede wszystkim zespół potrafi tworzyć naprawdę genialne numery, naładowane mocnym metalowym kopem, ale też sporą chwytliwością. Album jest wypełniony porywającymi melodiami i refrenami, ale bez słodzenia i radiowego brzmienia. Najlepszymi przykładami otwierający Howl at the Rain, Red & Black, Manic Man, The Rising, a największym hiciorem jest Nightrider. Wypuszczone w latach 80 mogłyby być teraz klasyczkami jak Princess of the Night albo Electric Eye. Całościowo płytę można by porównać zaś z Defenders of the Faith -czyli heavy z melodią i kopem, choć proporcji tego kopa nawet jest trochę więcej niż na albumie Judasów. Wyjątkiem od tego jest kończący płytę Streets of Gold, gdzie melodia (nie tak porywająca jak w innych numerach) bierze górę nad powerem. Ten kawałek wypada więc niby najsłabiej, ale i tak jest świetny, co świadczy tylko o genialności reszty.
Tak więc Venatora można śmiało nazwać nadzieją gatunku, mało w ostatnim czasie wyszło materiałów tak dobrych i oryginalnych jak Echoes. Zostaje czekać na drugi album, oby się okazał równie dobry, a kto wie, może nawet jeszcze lepszy?
Mutineer
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz