Frightful narobił trochę zamieszania swoim pierwszym albumem, który był jedną z najciekawszych pozycji w polskim death metalu w ostatnich latach. Zwłaszcza, że był to materiał dość oryginalny, czerpiący zarówno z obskurnego thrash i death, jak i takiego Dissection. Z drugiej strony, Spectral Creator był na tyle udany, że zespołowi nie było łatwo do niego doskoczyć. Ale udało się, bo "What Lies Ahead" jest równie dobry, a może nawet i lepszy.
Pierwsza rzecz, jaka zwróciła moją uwagę po odpaleniu płyty – brzmi ona potężniej, niż na jedynce. Tamto brzmienie z debiutu, jakby nagrywane w mrocznej otchłani i z wokalem jak ze studni było oczywiście dobre i bardzo dodawało klimatu. No ale gdyby każdy kolejny album miał takie samo, to mogłoby się to stać nudne, a poza tym może i jest mniej tajemniczo, ale z większą potęgą. Bliższe jest do tego Frightfula koncertowego (a oni na żywo sieją zniszczenie totalne) – bardziej bezpośrednie i kopiące po ryju, choć klimat został oczywiście zachowany. Oprócz tego dużych zmian w samej muzyce nie ma. Dalej mamy tu ten typowy dla nich death metal z wpływami thrash i blackowymi, a zmiana gitarzysty nie miała na to większego wpływu. Eryk Jakubczyk całkiem nieźle wpasował się do zespołu; widać, że chłop dobrze poczuł ich stylistykę (a maczał palce w połowie utworów). Pośród napierdolu mamy sporo urozmaiceń, więc poszczególne kawałki wyróżniają się i zostają na dłużej we łbie. Mi bardzo podszedł "No Fear", gdzie mamy sporo intensywnej jazdy, jak i też bardziej melodyjne i dość chwytliwe riffy, które robią świetną robotę zwłaszcza w końcówce utworu. Bardzo wybija się też ostatni na płycie "Inexplicable", z akustycznym zwolnieniem, które wydaje się outrem, a tu nie! Chwilę później napierdalają dalej. Tytułowy numer ma całkiem chwytliwe refreny i blackowe wstawki, a w "Disincarnate Sower" jest też sporo dobrych riffów, które momentami kojarzą się trochę z Dismember. Wspomnieć trzeba też o "Into the Phantom Hearts", gdzie jest ogólnie sporo motywów, zmian tempa, no prostu monumentalne dzieło. Na nudę więc na pewno nie ma co tu narzekać. I nie tylko na nudę, bo nie da się tu do czegokolwiek doczepić. Wyszedł genialny album, myślę, że w czołówce płyt roku znajdzie się na pewno. Przydałoby się jeszcze ich złapać z tymi utworami na żywo, niezły będzie rozpierdol.
Mutineer
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz