poniedziałek, 6 października 2025

Morta Skuld - Dying Remains (1993)

Zastanawialiście się kiedyś, co by wyszło po zmieszaniu Obituary z Autopsy? Pewnie nie, ale brzmi to całkiem intrygująco, prawda? Zastanawiać się jednak nie trzeba, bo Morta Skuld to zespół, który w swym graniu łączy cechy obu właśnie tych składów. Podobnej rozpoznawalności jednak się nie dorobił, jako że ich debiut wyszedł w 1993 roku, a więc pod koniec złotej ery death metalu, a do tego nie przecierał żadnych nowych szlaków. Łatwo mogli zostać sprowadzeni do epigonów, ale niesłusznie, bo mimo skojarzeń z tymi bardziej znanymi hordami, nie byli jakimiś odtwórcami bez własnych pomysłów. Po prostu, mamy tu podobną stylistykę i klimaty. Dużo więc temp średnich i wolnych, z wchodzącymi co jakiś czas przyspieszeniami, a do tego grobowa atmosfera i odór rozkładu. Ale żeby było jeszcze ciekawiej, album rozpoczyna intro w klimacie soundtracku horroru – po takim przyjemnym wstępie wchodzą ponure riffy „Without Sin”. Ten numer zresztą jest dość reprezentatywny, bo pokazuje z czym będziemy mieć do czynienia na całym albumie. Sporo wolnych, miażdżących riffów, dużo zmian temp, skoki w szybsze obroty. I te wokale – trochę jak w Obituary, przypominające jakieś trujące wyziewy, ale też David Gregor ma na to całkiem inny patent niż John Tardy – głębokie growle, które czasami wykorzystuje jako złowrogie pomruki (czasem to nawet taki dodatkowy ,,instrument”). A że słowa wypluwa z siebie niespiesznie, to nie potrzebuje zbyt długich tekstów, żeby wypełnić utwór. Solówki zaś są dość melodyjne, oczywiście tak po death metalowemu, ale i wajchy zdarza się użyć. „Without Sin” można więc uznać za wizytówkę płyty, ale dalej jest równie ciekawie – „Devoured Fears” ma nieco doomowy riff i jeszcze bardziej wisielczy klimat, ale za to „Dying Remains” dla odmiany zaczyna się (i kończy) szybkim napierdolem, gdzie dopiero w środku pojawiają się urozmaicenia. Na pewno wyróżniłbym jeszcze „Scarred” z uwagi na ciekawy riff na otwarcie, a w szybszych tempach zalatuje lekko blackiem. Ale ogólnie w każdym utworze jest sporo zmian tempa i motywów, są gwałtowne przyspieszenia/ zwolnienia i oczywiście ta ponura atmosfera. Nie będzie to, rzecz jasna, materiał dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje intensywnego albumu wypełnionego szybkim młóceniem, jak np. u Deicide albo Vadera, to może się zawieść, ale za to fani „Cause of Death” będą pewnie zachwyceni. Choć album (i w sumie cały zespół) jest do polecenia nie tylko dla fanów Obituary, ale dla fanów old schoolowego death metalu w ogóle, zwłaszcza tego wolniejszego i bardziej klimatycznego. Do posłuchania w jakiś ponury jesienny wieczór będzie jak znalazł.

Mutineer


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Testament - Para Bellum (2025)

  Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprz...