Nigdy nie byłem za bardzo fanem Decapitated, ale ich pierwsze demo cenię szczególnie. Co więcej, według mnie to najlepszy materiał wypuszczony pod szyldem tego bandu! Nie żebym ich płyty uważał za niewystarczająco „tru”, po prostu aż tak mnie już nie biorą. Co prawda pierwszy album jest całkiem dobry, ale kolejne podchodzą już mniej, a te z Dredem na wokalu to już zupełnie nie mój klimat. Na domiar złego, zdarzały im się kolaboracje np. z wokalistką jakiegoś tam Jinjer, ale nie powinno to przesłaniać ich wczesnej twórczości, która była mocno dojebana. Zwłaszcza właśnie „Cemeteral Gardens”, jedno z najlepszych dem w polskim death metalu. Mamy tutaj taką odmianę gatunku, którą lubię najbardziej – czyli szybkie tempa, obskurny klimat i riffy zakorzenione w brutalnym thrashu. Dużo nasuwa się tutaj skojarzeń ze wczesnym Vaderem (zresztą od ich utworu „Decapitated Saints” zespół wziął nazwę) – głównie tym z demówek i pierwszej płyty. Zwłaszcza brzmienie bardzo kojarzy mi się z tym na „The Ultimate Incantation”, zaś riffy tną szybko i brutalnie. Jak w poprzedzonym intrem „Destiny”, albo w tytułowym kawałku, który rozpierdala najbardziej, szybkie riffy młócą tutaj bez litości. Choć w „Way to Salvation” pojawiają się też trochę klimatyczne momenty, które nasuwają więcej skojarzeń z początkami Morbid Angel (czyli też zajebiście). Całość ma klimat tego wcześniejszego death metalu (z okolic 1990 roku), więc ten materiał był wtedy trochę spóźniony, ale co tam. Dodatkowe +10 do szacunku daje fakt, że kiedy nagrywali oni to demo, mieli ledwo po 16 lat, a Vitek tylko 13, a tak tu napierdala na garach! Czuć więc tą młodzieńczą energię, ale bez prostactwa – słychać, że grać to oni umieli i to naprawdę dobrze. Nikogo więc nie powinno dziwić, że poszli potem w techniczny death.
Nie ma się co zbytnio rozpisywać, bo w końcu sam materiał też długi nie jest. W każdym razie jest on do polecenia nie tylko dla fanów old-schoolowego death metalu, ale też dla fanów samego Decapitated, którzy mogą jeszcze tego dema nie znać. Warto posłuchać jak brzmiały początki tej ekipy!
Mutineer
PS: zwykle recenzuję tylko albumy, które mam na nośniku fizycznym, ale w tym przypadku jest to jeden z niewielu wyjątków, jako że jest to pozycja praktycznie niezdobywalna (można nabyć co najwyżej kompilację „The First Damned”, która zawiera numery z tego dema). W sumie ucieszyłbym się, jakby to kiedyś wznowiono, byłaby to niezła gratka dla fanów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz