niedziela, 16 listopada 2025

Violent Dirge - Elapse (1993)

 

Jankesy mają Death czy Atheist, Kanadyjczycy Obliveon i Gorguts, Holendrzy Pestilence, a jak z takim graniem u nas? Ktoś powie pewnie „Sceptic” albo „stare płyty Decapitated” i… no, w sumie będzie miał rację, ale te zespoły nie były pierwszymi, które próbowały tak grać. Swego czasu istniał sobie choćby taki twór jak Violent Dirge, trochę niestety zapomniany obecnie. A szkoda, bo to istna perełka polskiego death metalu!

Powstali sobie jeszcze pod koniec lat 80 w Warszawie i na początek wydali parę dem, z których największym konkretem było „Obliteration of Soul”, jedno z bardziej legendarnych tego typu wydawnictw z tamtego okresu. Już tam było słychać kosmiczny poziom ich grania, ale jeszcze bardziej dojebany był pełny album - „Elapse”. Dużo kombinowania, szybkie, zakręcone zagrywki, masa solówek, a wszystko podane z taką intensywnością, że łeb rozpierdala! Pełno tutaj naprawdę dowalonych riffów, jak w „Inapperception”, „Enlivening Damn” (tu trochę zalatują technicznym thrashem) albo „Leprous Sanctity” (tu bardziej połamany death). W takim „Doomed to Unpractical Mind” zdarzają się też chore melodyjki dodające złowrogiego klimatu, początek „Pessimum” daje podobny efekt. Ciekawe są tu też wokale, trochę przytłumione, jakby dobiegające z otchłani. Szczególnie świetnie wyszły w „Leprous Sanctity” -te pojedyncze ryknięcia tylko potęgowane pogłosem są niesamowite. Trochę mogą się one kojarzyć z wokalami innym polskich klasyków, jak Imperator, albo Vader na „Necrolust”, choć trochę też z debiutem fińskiego Adramelecha (oczywiście ten album wyszedł później). Ogólnie album jednak nie będzie dla każdego i może nie być łatwy w odbiorze. Przy pierwszych podejściach może sprawiać wrażenie „wirtuozerskiego hałasu”. Przez intensywność tego materiału jesteśmy bombardowani masą technicznych riffów i solówek, żeby to wszystko dobrze wyłapać i docenić trzeba paru uważnych przesłuchań. Dla niektórych przeszkodą może być surowe brzmienie, ale dla mnie jest raczej plusem. Męczą te techniczne albumy ze sterylną produkcją, bardziej przekonuje mnie ten archaiczny sound z „Elapse”. Równocześnie jest na tyle czytelny, że bez problemu połapiemy się w tych zawiłych zagrywkach. Całościowo więc album jest naprawdę mistrzowski, choć nie najprzystępniejszy, ale w końcu nie o to w death metalu chodzi, nie? Szkoda że Violent Dirge mając taki materiał dość szybko, bo już dwa lata później, po premierze jego następcy, przepadli w odmętach dziejów.

Mutineer



czwartek, 6 listopada 2025

Running Wild - Branded and Exiled (1985)

 

Zanim Running Wild zasłynęli jako metalowi piraci i pionierzy pirate metalu (co na szczęście u nich ograniczyło się tylko do wizerunku i textów) grali po prostu surowy heavy i bliżej było im raczej do Venom (to pewne uproszczenie, ale o tym później). Pierwsze dwie płyty to całkiem inny Running Wild. Zło, siarka, surowizna. W efekcie wielu wielbicieli tych późniejszych albumów, mimo że muzycznie nie aż tak odległych, rzadko sięga po te wczesne dokonania. Ale też nie można powiedzieć, że to płyty niedoceniane, bo sporo też takich fanów, co uznają je za najlepsze, zwłaszcza drugi- „Branded and Exiled”. Za ten najlepszy wprawdzie bym go nie uznał, jednak trzeba przyznać, że to solidny album. Nie tak różnorodny i dopracowany jak choćby „Port Royal”, ale nie o to tu chodzi. Te utwory miały atakować ostrymi riffami i to zadanie spełniają. Dobrym tego przykładem jest utwór tytułowy, który do przebojowego raczej ma daleko, ale gitary tną jak żylety, a refren idealnie nadaje się na koncerty. Oczywiście niektóre cechy zespoły były obecne już tu, choć jeszcze w formie mniej wyrafinowanej i melodyjnej niż później. Mamy tu typowe dla grupy rozpędzone, wchodzące nawet w speed utwory, choć nie pozbawione pewnej chwytliwości- „Gods of Iron” oraz największy killer w zestawie- „Fight The Oppression” (no, to już właściwie speed metal). Za to „Chains and Leather” to prawdziwy metalowy hymn- numer stworzony do grania na żywo. Dość interesującym numerem, z takich jakie na późniejszych płytach już się nie pojawiały, jest trochę mroczniejszy „Mordor”. Bardzo ciekawe riffy, przy tym wolniejsze tempo i przede wszystkim klimat robią tu świetną robotę. Jeszcze więcej mrocznego klimatu wprowadzają jednak chóry w „Marching to Die”, dobiegające jakby z otchłani- robi to wrażenie. Co do wspomnianego Venom, to oczywiście ciężko nazwać Runningów z tego okresu ich niemiecką wersją. Ekipa Rolfa nie była aż tak mroczna i extremalna, jak Cronos z kolegami, choć łączyło ich podobne podejście, surowość czy tematyka utworów (tyle że u Niemców mniej radykalna). Wliczanie jednak wczesnego Running Wild do pierwszo- falowego blacku jest mocno bez sensu. Jak wspomniałem, aż tak jak Venom mroczni nie byli i jeśli pominiemy klimat i piekło w textach, to lepsze są porównania z Accept albo wczesnym Grave Digger. W każdym razie album godny uwagi, nie gorszy od tych późniejszych, z pirackiego okresu. Także kto jeszcze nie zna, to nadrabiać zaległości w podskokach!


Mutineer

piątek, 31 października 2025

Annihilator - Alice in Hell (1989)


Annihilator to prawdziwa legenda thrashu, nie tylko kanadyjskiego, z długim stażem i sporą dyskografią, ale swoją renomę zawdzięcza głównie jednej płycie (w porywach do dwóch). Zespół pogubił się dość szybko, zmiany składu też działały na niekorzyść, ale dzięki klasykowi w postaci „Alice in Hell” na koncie nie poszedł w zapomnienie. Annihilator co prawda debiutował dość późno, bo w 1989 roku. Żeby wtedy zaistnieć to trzeba było być naprawdę oryginalnym, względnie brutalnym, jako że zaczynał się już najlepszy okres dla death metalu. Jeff Waters z ekipą zaoferował tą pierwszą opcję- „Alice” zdecydowanie nie było kolejną thrashową płytą jakich wiele, czy kolejnym naśladowaniem większych, mamy tu już wyrobiony styl, da się poznać po riffach, że to gra właśnie ten, nie inny zespół. Do tego jak na debiut, to materiał naprawdę dopracowany, z takimi zagrywkami i solami, do jakich niektóre zespoły musiały dochodzić na trzeciej- czwartej płycie. Kolejna sprawa to klimat- mroczny, ale inaczej niż u black/thrashów albo deathowych zespołów. Trochę horrorkowy, trochę schizowy, co dobrze obrazuje okładka (swoją drogą rewelacyjna). Najbardziej się on udziela w utworze „Schizos (Are Never Alone), Parts I & II” (no z takim tytułem to nie mogło być inaczej). Po za tym jednak to przede wszystkim dobrze kopiący thrashowy album. Są tu takie killery, jak „Alison Hell” (tytuł to gra słowna, bohaterką jest Alison, która była taką „Alice in Hell”- a obie wersje wymawia się właściwie tak samo), pełen świetnych riffów, technicznych, ale i łatwo wchodzących do łba. Do tego charakterystyczny refren, bardzo urozmaicone wokale i genialne solo. Co do wokali- Randy Rampage miał dość wzorcowy dla gatunku sposób wydarcia, agresywny i surowy. Najlepszy wokalista, jaki miał ten zespół, szkoda, że nie zabawił w nim zbyt długo. Niezłymi strzałami są też „Ligeia”, „World Salad” (tu znowu genialna solówka) albo „Wicked Mystic”, a taki „W.T.Y.D.” to bardziej bezpośredni kop, oparty na prostszych riffach. Ale największym rozpierdolem jest ostatni numer - „Human Insecticide”, najszybszy na płycie, pełen bezlitosnych szarż, ale nie brakuje też bardziej „schizowych” zagrywek.

Jak się potem okazało, debiutancki album był równocześnie tym najlepszym, a grupa miała potem już tylko pod górę. Przebić taki debiut po prostu się już nie dało. Nagrana w innym składzie druga płyta „Never, Nerverland” oraz „Criteria For A Black Widow” (ponownie z Rampage’m na wokalu) są również dobre, ale wciąż nie dorównują „Alice in Hell”.

Mutineer



poniedziałek, 6 października 2025

Morta Skuld - Dying Remains (1993)

Zastanawialiście się kiedyś, co by wyszło po zmieszaniu Obituary z Autopsy? Pewnie nie, ale brzmi to całkiem intrygująco, prawda? Zastanawiać się jednak nie trzeba, bo Morta Skuld to zespół, który w swym graniu łączy cechy obu właśnie tych składów. Podobnej rozpoznawalności jednak się nie dorobił, jako że ich debiut wyszedł w 1993 roku, a więc pod koniec złotej ery death metalu, a do tego nie przecierał żadnych nowych szlaków. Łatwo mogli zostać sprowadzeni do epigonów, ale niesłusznie, bo mimo skojarzeń z tymi bardziej znanymi hordami, nie byli jakimiś odtwórcami bez własnych pomysłów. Po prostu, mamy tu podobną stylistykę i klimaty. Dużo więc temp średnich i wolnych, z wchodzącymi co jakiś czas przyspieszeniami, a do tego grobowa atmosfera i odór rozkładu. Ale żeby było jeszcze ciekawiej, album rozpoczyna intro w klimacie soundtracku horroru – po takim przyjemnym wstępie wchodzą ponure riffy „Without Sin”. Ten numer zresztą jest dość reprezentatywny, bo pokazuje z czym będziemy mieć do czynienia na całym albumie. Sporo wolnych, miażdżących riffów, dużo zmian temp, skoki w szybsze obroty. I te wokale – trochę jak w Obituary, przypominające jakieś trujące wyziewy, ale też David Gregor ma na to całkiem inny patent niż John Tardy – głębokie growle, które czasami wykorzystuje jako złowrogie pomruki (czasem to nawet taki dodatkowy ,,instrument”). A że słowa wypluwa z siebie niespiesznie, to nie potrzebuje zbyt długich tekstów, żeby wypełnić utwór. Solówki zaś są dość melodyjne, oczywiście tak po death metalowemu, ale i wajchy zdarza się użyć. „Without Sin” można więc uznać za wizytówkę płyty, ale dalej jest równie ciekawie – „Devoured Fears” ma nieco doomowy riff i jeszcze bardziej wisielczy klimat, ale za to „Dying Remains” dla odmiany zaczyna się (i kończy) szybkim napierdolem, gdzie dopiero w środku pojawiają się urozmaicenia. Na pewno wyróżniłbym jeszcze „Scarred” z uwagi na ciekawy riff na otwarcie, a w szybszych tempach zalatuje lekko blackiem. Ale ogólnie w każdym utworze jest sporo zmian tempa i motywów, są gwałtowne przyspieszenia/ zwolnienia i oczywiście ta ponura atmosfera. Nie będzie to, rzecz jasna, materiał dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje intensywnego albumu wypełnionego szybkim młóceniem, jak np. u Deicide albo Vadera, to może się zawieść, ale za to fani „Cause of Death” będą pewnie zachwyceni. Choć album (i w sumie cały zespół) jest do polecenia nie tylko dla fanów Obituary, ale dla fanów old schoolowego death metalu w ogóle, zwłaszcza tego wolniejszego i bardziej klimatycznego. Do posłuchania w jakiś ponury jesienny wieczór będzie jak znalazł.

Mutineer


poniedziałek, 29 września 2025

Deathrow - Raging Steel (1987)

 

Niemcy mieli dość pokaźną reprezentację thrashowych załóg, więc Teutońska Big 4 to ledwie skrawek tego, ile dobrego tam wyszło. Sporo tam ciekawych zespołów, trochę już zapomnianych lub niedocenianych i nie chodzi wcale tylko o Exumer czy Assassin! Jedną z takich grup jest Deathrow, które skończyło niestety żywot na czterech albumach, za to albumach naprawdę genialnych. Ekipa grała niby dość typową dla swego kraju odmianę thrashu, szybką i dziką, ale też trochę techniczną- przy czym stopień techniki rósł na każdym albumie. Na debiucie stosowali więcej dzikiej jazdy, żeby na trzeciej płycie móc być porównanymi do Coronera czy rodaków z Mekong Delta, ale podobnej rozpoznawalności niestety nie osiągnęli. „Raging Steel”, czyli drugi album był czymś pomiędzy i wydaje mi się najbardziej reprezentatywny, ale i najlepszy. Bardzo szybki i agresywny, z technicznymi zagrywkami, ale jeszcze nie tak pokręcony jak trójka. Przez większość czasu utwory zasuwają jak wściekłe i czuć tą germańską dzikość. Tytułowy numer albo „Scattered By The Wind” to niezłe petardy, nie dające zbyt wiele okazji do wytchnienia. A już w ogóle jak w „Pledge to Die” napierdalają! Trzeba jednak zwrócić uwagę, że wszędzie są naprawdę dobre i pomysłowe riffy. Mieli oni łby do ciekawych zagrywek. Jest też parę utworów bardziej urozmaiconych, jak wolniejszy „Dragons Blood” albo „The Thing Within”, z masą różnych motywów i zmian tempa. I oczywiście „Beyond the Light”, chyba mój ulubiony z tracklisty. Tu jest wszystko co najlepsze na albumie – świetny riff na otwarcie, sporo szybkiego napierdalania, zmiany temp (zwolnienie w środku genialne) i kosmiczne solówki. Ale ogólnie to nie ma tutaj złych momentów, do tego to płyta, która podejdzie zarówno fanom dzikiej surowizny (I am Possessed by Fireee!!!) jak i dźwięków bardziej wyrafinowanych. Także spokojnie można by uznać „Raging Steel” za jeden z najlepszych albumów niemieckiego thrashu i trochę dziwne, że mając taki materiał Deathrow nie zaszli tak daleko jak wspomniane tu wcześniej zespoły. No ale cóż poradzić. Ci co nie znają, niech nadrabiają, bo dużo dobrego stracą. 

Mutineer

piątek, 5 września 2025

Angel Witch - Angel Witch (1980)

 

Gdyby przyszło mi wskazać najlepszy debiut nurtu NWOBHM, to chyba padło by na Angel Witch. Pierwsze albumy od Diamond Head, Iron Maiden i Tank też są świetne, ale chyba to ekipa Heybourne’a stworzyła ten najlepszy. Z resztą kurwa, to jedna z najlepszych płyt tego nurtu w ogóle! Do tego w 1980 roku był to niezły konkret, bo inne zespoły miały wtedy sporo naleciałości hard rocka (Saxon, Tygers of Pan Tang) albo punka (Maideni) a Angel Witch nie dość, że grał mroczny i mocarny heavy, to jeszcze sporo tu elementów dających podwaliny pod późniejsze, bardziej extremalne gatunki.

To co najlepsze w tym albumie to masa tej niepokojącej atmosfery, która przewija się przez większość numerów, czasem dodatkowo połączonej z ciężarem. Najbardziej udziela się ona w „White Witch” i „Sorceress”, gdzie ponurego klimacioru jest mnóstwo, w tym drugim słychać nawet organy w tle, dające wrażenie jeszcze bardziej upiorne (ciekawe czy Quorthon się tym inspirował?). W „Confused” jest mniej mroku, za to więcej ciężaru, za to kulminacja jednego i drugiego to „Angel of Death”- najcięższy utwór na albumie. Klimat tutaj jest niesamowity, a jakie riffy, można wręcz powiedzieć, że to proto- thrash. Są tu też oczywiście typowe dla nurtu szybkie, energiczne numery, jak klasyk totalny - „Angel Witch”, ale też „Atlantis” (przy okazji ma też sporo ciężaru), „Sweet Danger” i „Gorgon”. Mniej mroczne, za to bardziej chwytliwe, posłuchasz trochę i zaraz zaczynasz nucić „You're an angel witch, you're an angel witch!”. Nie dziwi więc, że tytułowy numer to jeden z najsłynniejszych utworów całego nurtu. No ale z drugiej strony szkoda, ze sporo ludzi kojarzy cały zespół tylko z tego numeru. W końcu album ma sporo więcej do zaoferowania, nie ma tu właściwie słabych numerów. No, „Free Man” trochę odstaje, ale złym go nie mogę nazwać. To jednak nie zmienia tego, że Angel Witch pozostał zespołem jednej płyty. Trochę sami przespali okazję, bo wypuścili drugi album dopiero po pięciu latach, gdy zainteresowanie NWOBHM osłabło, a ich pełniaki nr 2 i 3 były też sporo słabsze od debiutu. Co by jednak nie było - dla fanów heavy pozycja obowiązkowa.

Mutineer

sobota, 30 sierpnia 2025

Decapitated - Cemeteral Gardens (1997)

Nigdy nie byłem za bardzo fanem Decapitated, ale ich pierwsze demo cenię szczególnie. Co więcej, według mnie to najlepszy materiał wypuszczony pod szyldem tego bandu! Nie żebym ich płyty uważał za niewystarczająco „tru”, po prostu aż tak mnie już nie biorą. Co prawda pierwszy album jest całkiem dobry, ale kolejne podchodzą już mniej, a te z Dredem na wokalu to już zupełnie nie mój klimat. Na domiar złego, zdarzały im się kolaboracje np. z wokalistką jakiegoś tam Jinjer, ale nie powinno to przesłaniać ich wczesnej twórczości, która była mocno dojebana. Zwłaszcza właśnie „Cemeteral Gardens”, jedno z najlepszych dem w polskim death metalu. Mamy tutaj taką odmianę gatunku, którą lubię najbardziej – czyli szybkie tempa, obskurny klimat i riffy zakorzenione w brutalnym thrashu. Dużo nasuwa się tutaj skojarzeń ze wczesnym Vaderem (zresztą od ich utworu „Decapitated Saints” zespół wziął nazwę) – głównie tym z demówek i pierwszej płyty. Zwłaszcza brzmienie bardzo kojarzy mi się z tym na „The Ultimate Incantation”, zaś riffy tną szybko i brutalnie. Jak w poprzedzonym intrem „Destiny”, albo w tytułowym kawałku, który rozpierdala najbardziej, szybkie riffy młócą tutaj bez litości. Choć w „Way to Salvation” pojawiają się też  trochę klimatyczne momenty, które nasuwają więcej skojarzeń z początkami Morbid Angel (czyli też zajebiście). Całość ma klimat tego wcześniejszego death metalu (z okolic 1990 roku), więc ten materiał był wtedy trochę spóźniony, ale co tam. Dodatkowe +10 do szacunku daje fakt, że kiedy nagrywali oni to demo, mieli ledwo po 16 lat, a Vitek tylko 13, a tak tu napierdala na garach! Czuć więc tą młodzieńczą energię, ale bez prostactwa – słychać, że grać to oni umieli i to naprawdę dobrze. Nikogo więc nie powinno dziwić, że poszli potem w techniczny death.

Nie ma się co zbytnio rozpisywać, bo w końcu sam materiał też długi nie jest. W każdym razie jest on do polecenia nie tylko dla fanów old-schoolowego death metalu, ale też dla fanów samego Decapitated, którzy mogą jeszcze tego dema nie znać. Warto posłuchać jak brzmiały początki tej ekipy!

Mutineer


PS: zwykle recenzuję tylko albumy, które mam na nośniku fizycznym, ale w tym przypadku jest to jeden z niewielu wyjątków, jako że jest to pozycja praktycznie niezdobywalna (można nabyć co najwyżej kompilację „The First Damned”, która zawiera numery z tego dema). W sumie ucieszyłbym się, jakby to kiedyś wznowiono, byłaby to niezła gratka dla fanów.

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...