środa, 24 czerwca 2026

Century - Sign of the Storm (2025)


Century to jedno z moich największych odkryć w ostatnim czasie, jeśli chodzi o współczesny heavy metal. Na wiele zespołów trafiałem, ale wiele z nich jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi. Ewentualnie wałkują bez polotu mocno przeruchane patenty albo sprowadzają gatunek do nadmiaru melodii. I w końcu po jakimś czasie grzebania trafia się takie Century. I to jest godny uwagi band! Pierwsze moje skojarzenie, jak tego posłuchałem, było „Armagh 2”. przy kolejnych podejściach to wrażenie było już mniejsze, ale dalej jak dla mnie klimat tego albumu jest zbliżony do „Serpent Storm” ekipy z Warszawy. Ogólnie jednak riffy i cała stylistyka jest już inna – tu nie ma nawiązań do Manilla Road ani hard rocka lat 70, to raczej mocarny heavy europejskiego typu, ale w wersji bardziej klimatycznej. Słychać to od pierwszych dźwięków otwieracza „Sacrifice”. Atmosferyczne intro, brzmienie jak z jakiejś jaskini, ale zamiast przejść w granie pod epic heavy, zaraz uderza na heavy - speedowo. Fajne są wokale, takie surowe, archaiczne (no, lepszego określenia nie znalazłem), z lekkim pogłosem. No i te wokale też właśnie nieco mi Armagh przypominały przy pierwszym kontakcie. Ale spotkałem się z wieloma za to porównaniami do Heavy Load -zarówno głosu Tengnéra i ogólnie ich muzyki. I w sumie trochę racja, przynajmniej z płytą „Stronger than Evil” trochę podobieństw jest. Ale mi się ta ekipa skojarzyła z nieco nowszym zespołem - Cauldron, najbardziej w numerze „Children of the Past”. Solówki za to są mocno Maidenowe, normalnie jakby Dave’a Murraya zatrudnili! Trochę z tego wszystkiego wynika, że Century to taki mix z paru innych zespołów -otóż nie. Nie jest to wprawdzie najoryginalniejszy heavy, ale mimo oczywistych skojarzeń jest w tym wszystkim jakiś pomysł na siebie. Zwłaszcza że chłopy naprawdę umieją pisać dobre utwory, jak wspomniany „Sacrifice”, albo urozmaicony „The Chains Of Hell”. Zdarza im się zabrzmieć ten trochę bardziej hiciarsko, ale tak jakby zrobił to Venator, bez słodzenia i radiowości - „Fly Away” to zajebisty kawałek i szybko zostaje w głowie. A jeszcze lepszy jest następujący po nim „No Time for Tomorrow”, rozpędzony, trochę jak Running Wild z dwóch pierwszych płyt, a refren też porywa. No kurwa, do takiego kawałka to by się chciało machać łbem albo pogować na ich koncercie!

Wybrednych pewnie i tak ten album nie przekona, więc głównie bym polecił tym co szukają ciekawego, archaicznego heavy. Według mnie Century mają spory potencjał i tak se myślę że na kolejnych wydawnictwach mogą rozwinąć się jeszcze bardziej. Aha, „Sign of the Storm” to ich drugi album, ale specjalnie postanowiłem pominąć pierwszy, żeby skupić się tylko na tym i nie pierdolić się z porównaniami. Nie wiem jak u nich wygląda sprawa z koncertami, bo za wszystko odpowiada dwóch typów, ale chętnie bym ich dorwał na żywo- najlepiej w towarzystwie Venatora.

Mutineer

niedziela, 7 czerwca 2026

Black Sabbath -13 (2013)

 

Jedna z najważniejszych premier w XXI w. Pierwsza płyta Black Sabbath od 19 lat, a pierwsza z Ozzym od 34! A już w ogóle dla takich „za późno urodzonych” jak ja, co nawet na nędzne „Forbidden” się nie załapali, to już totalne wydarzenie. Jedyna i niepowtarzalna okazja móc czekać na nowy materiał Sabbath i kupić go w dniu premiery. Co prawda nie było wiadomo, czy jeszcze czegoś nie nagrają, ale raczej każdy przeczuwał że to ostatni album. Pamiętam że trochę miałem obawy, biorąc od uwagę najnowsze dokonania Deep Purple- takie nieco jałowe i nijak mające się do tego czadu z początku 70s. Ale pierwszy singiel, „God Is Dead?” okazał się całkiem niezły, a cała płyta powaliła mnie wtedy totalnie! Z większej perspektywy czasu nie wydaje się aż tak idealna, sporo tu też grania na sentymencie, ale i tak uważam ją za dobre zwieńczenie dyskografii. Żadnego niepotrzebnego kombinowania, wymyślania się na nowo, po prostu sabbathowe granie jak na starych płytach. Tak jakby wyjęli niewykorzystane pomysły z początku lat 70 i nagrali na nowo. „Loner” i „Age of Reason” to zdecydowanie najlepsze punkty, słychać że Tony miał dobre pomysły na riffy. Te utwory zrobiły na mnie zdecydowanie największe wrażenie i do nich najczęściej wracam. Pierwszy to świetny, dynamiczny numer hard/ heavy, a drugi jest bardziej epicki, z rewelacyjnym outrem. Ciekawy jest też zalatujący bluesowym klimatem „Damaged Soul”.

Co do tych sentymentów – to początek „End of the Beginning” dość wyraźnie nawiązuje do tytułowca z debiutu, choć w fajny sposób, bez bezczelnej autozrzynki. Zwłaszcza że potem rozwija się w całkiem innym kierunku. „Zeitgeist” to z kolei nawiązanie do „Planet Caravan”, mamy tu bardzo podobną aranżację. Nie wiem czy to takie potrzebne, bo numer broni się sam w sobie. Bez tego charakterystycznego brzmienia z perkusją graną dłońmi wyszłaby po prostu fajna balladka, nie tak znowu bliska „oryginałowi”. Z tych sentymentalizmów według mnie najlepiej wyszło outro „Dear Father”, gdzie słychać dźwięki burzy i dzwony, jak na początku pierwszej płyty, co tworzy fajną klamrę dla całej twórczości.

Nie jest to płyta idealna, niektóre utwory mogłyby być nieco krótsze, nie wiem też czy te nawiązania do starych czasów były jakoś bardzo potrzebne. Ale nie ma też kawałka, który bym nazwał słabym, choć szkoda, że na podstawową tracklistę nie trafił „Methademic”, jakby wszedł za któryś numer mogłoby być bardziej różnorodnie. Szkoda też, że w składzie zabrakło ostatecznie Billa. Koniec końców to i tak całkiem dobre pożegnanie ojców metalu – przynajmniej jeśli chodzi o pełne albumy, bo była jeszcze epka „The End” i ten finałowy występ w Birmingham w zeszłym roku. Dla mnie to też jeden z tych albumów sentymentalnych -jak się tych numerów posłucha to od razu przychodzą na myśl „stare dzieje” sprzed tych parunastu lat.

Mutineer

niedziela, 24 maja 2026

Morlord - Mundus Mortis (2025)

 

Pierwszy raz w mojej działalności recenzenckiej/ zinowej zdarzyło się, że dostałem darmowy egzemplarz płyty od zespołu. Otóż Morlordowi spodobał się nasz ziniacz i wywiad, to mi Drac wysłał płytkę w zamian. Tu jednak pojawia się problem. Bo „Mundus Mortis” to dobry album, ale jak wyskoczę z pochwałami, to zabrzmi to tak, że skoro dostałem za darmo, to teraz trzeba chwalić. Ewentualnie że się chce podlizać. Coś tam chciałem jednak naskrobać, żeby chłopaków wspierać, postaram się być jednak jak najbardziej obiektywny. Wnioski, czy warto po album sięgnąć, wyciągnięcie sobie sami.

Zacznijmy od początku- Morlord powstał w 2023 w Bydgoszczy i od razu zaatakował Epką „Post Mortem”. Był to piwniczny thrash/ death, gdzie czuć było zatęchłą kryptę i klimaty typu Death, Vader, Obituary, ale zdarzało się też trochę momentów blackowych. Pełny album nie jest jakoś bardzo odległy stylistycznie, ale jednak są pewne różnice. Ostał się obskurny klimat i mrok, ale na EP było więcej tych wisielczych zwolnień, był to raczej materiał nastawiony na grobowy klimat. „Mundus Mortis” jest intensywniejszy, bardziej skupionym na rozpierdolu. Wolne riffy oczywiście też są, ale raczej robiące miazgę niż atmosferę krypty. Za to w kąt poszły te black metalowe naleciałości. Sporo tu z thrashu -pędzące riffy w wielu kawałkach i charakterystyczne refreny w „Skynet Apocalypse”, „Anti Credo” i „9 Kregu Piekła”. Najbardziej thrashowo jest w „Straight to Hell”, tu w ogóle zaskoczyli, bo główny riff kojarzy się z Exodusem. Co zwraca uwagę, to na pewno wokale, które są dość urozmaicone, często bywają w klimacie Deicidowym! Jak się posłucha takiego „Monstrosity Made of Steel” albo „Sodomii Społeczeństwa” to się można zastanawiać czy sam Glen Benton ich w studiu nie odwiedził. Riffowo jednak dalej więcej tu z Death, tego wczesnego, tak najdalej po „Spiritual Healing”. Z resztą jest tu cover „Baptized in Blood”, także łatwo wskazać jaki zespół był jedną z większych inspiracji.

Żeby nie było zbyt kolorowo, to muszę stwierdzić że nie jest to wyziew tak potężny, jak debiuty Pandemic Outbreak czy Frightful, no ale to też nieco inny rodzaj death metalu. Trzymam tak czy inaczej za Morlorda, mają spory potencjał i ciekawie mnie co pokażą na kolejnych wydawnictwach. Jak na kolejnym będzie taki postęp jak między epką a debiutem, to już pewnie nie wytrzymam i zacznę chwalić taki materiał na potęgę.

Mutineer

poniedziałek, 4 maja 2026

Prosecutor - Krew Czarnej Ziemi (1992)

Zdarzyło mi się już pisać o tej płycie – była recenzja w zinie Riders of Doom (RIP). Ale album warty jest tego, żeby wspomnieć o nim ponownie, bo to jedna z największych perełek w polskim thrashu. Z najlepszych pozycji gatunku w Polsce na pewno byłby u mnie w pierwszej piątce. Niewątpliwie „Krew Czarnej Ziemi” jest totalnym arcydziełem i wielka szkoda że nie jest to tak znana pozycja.

Mamy tu coś między Kreatorem, Metallicą, a dajmy na to, Katem i Sepulturą. Może jeszcze coś z Destruction będzie, ale raczej tym z „Release from Agony”. Ale zostało to raczej przemielone na styl typowy dla Prosecutora. Tempa są zróżnicowane, riffy kąsają jak na „Extreme Aggression”, a wokale to już bardziej death/ thrash. Nie jest to co prawda ani jakiś thrash super agresywny, ani ultra techniczny, ale to nie ma znaczenia, bo i tak powstało dzieło. Moim faworytem z tracklisty jest zdecydowanie tytułowy numer- świetne riffy szkoły Kreatora, szybki, a nawet trochę chwytliwy. Dobre wrażenie robi też „Lód”, albo „Pustynia Śmierci”, te wolniejsze momenty z pełnymi grozy wokalami są świetne. Podobnie mroczna atmosfera bije z „Dla kogo Świeci Słońce?” (refreny miażdżą banię!). Jest też ballada – „Embrionalna Śmierć” i jest to jedna z najlepszych ballad, jakie słyszałem. Bardzo emocjonalna, niby podobna do tych Metallicowych, ale zrobiona po swojemu.

Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na texty -naprawdę świetne pod względem sposobu pisania i ich poetyki, jak i podejmowanych tematów. Ale równocześnie bez popadania w jakąś zawiłą poezję, z której autor miałby 15% na maturze, albo w pseudofilozoficzne pierdolenie.

Minusy? Tylko jeden, mianowicie brzmienie, przez które utwory trochę tracą, zwłaszcza „Dyktatura Mózgu”. No ale to był częsty problem wielu polskich albumów (turbowe „Epidemie” albo „Fallen Angel” Dragona). Po za tym dzieło kompletne. Również okładka, mimo że minimalistyczna, według mnie jest świetna. Szkoda że zespół szybko przepadł bez większego sukcesu i drugą płytę wydali dopiero po wielu latach po reaktywacji. Tak czy siak, za „Krew Czarnej Ziemi” szacun dla tej załogi ogromny.

Mutineer





poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Sabbat - Dreamweaver (1989)

 

Na świecie mamy dwa znaczące zespoły o nazwie Sabbat – szalonych japońców od „Zombie Samurajów” oraz „ten dawny zespół tego producenta, co teraz gra w Judasach”. Dzisiaj właśnie o tych drugich będzie. No bo tak, Andy Sneap zanim stał się znany głównie z produkcji lub zastępowania Glena Tiptona miał całkiem konkretny zespół, będący jednym z głównych przedstawicieli thrashu na Wyspach. Wyróżniali się swoim specyficznym stylem z nawiązaniami do folkloru i „magicznymi” textami. Ale daleko im do prekursorów folk metalu, śladowe użycie wiolonczeli czy innych skrzypiec nie gra tu pierwszych (hehe) skrzypiec – tak jak intro „Altered State” nie czyni podobnych prekursorów z Sepultury. Przede wszystkim to mocarny thrash, szybki, ale i epicki. I niezbyt podobny do czegokolwiek. Niektóre momenty kojarzą mi się z Testamentem z „The Legacy”, niektóry może z Sodom czy Forbidden, ale to bardzo luźne skojarzenia. Zespół miał na tyle oryginalny styl, że ciężko ich pomylić z czymś innym. Dużo pędzenia, szybkie riffy, ale też dużo zmian temp i sporo klimatu, co pasuje świetnie do tematyki mrocznego fantasy. No właśnie, „Dreamweaver” to concept album, oparty o książkę „Way of Wyrd”, ogólnie klimaty magii i celtyckiego pogaństwa, super, nie? Texty są takie narracyjno- dialogowe, do tego naprawdę długie. Wprawdzie wokal Walkyiera jest dość specyficzny -jego szczekliwa maniera może nie podejść przy pierwszych przesłuchaniach, ale szacunek dla gościa, ile słów potrafi z siebie wypluć. Że też potrafił tyle linijek napisać i jeszcze zapamiętać.

Co do samej muzyki jeszcze, to jak miałbym któreś kawałki wyróżnić, to na pewno „The Clerical Conspiracy” -nie bez powodu najbardziej znany z albumu. Szybki killer, ale też łatwo wchodzi do głowy, z różnymi zmianami temp i świetnym solem (jednym z wielu, bo właściwie wszystkie solówki na albumie są dojebane). Świetny jest też „Mythistory”, ten riff na otwarcie to istna potęga. Z resztą dojebanych riffów jest na całym albumie pełno, czego kolejny przykład to „The Best of Enemies”, przy okazji ten kawałek ma pod koniec takie schizowe, szeptane wokale, co robi niezły klimat. Wspomnieć jeszcze trzeba o „Wildfire” -ponownie ze względu na riffy, na niezły wpierdol, a także dlatego, że wystarczy trochę posłuchać i zaraz się wykrzykuje „Wildfire!!!”. Choć w każdym kawałku coś się znajdzie, wszystkie są bardziej lub mniej złożone, z często zmieniającymi się motywami. Totalnie inny jest tylko (pomijam intro i outro) „Advent of Insanity”, krótki, spokojniejszy utwór, który ma ilustrować podróż bohatera statkiem. Także mamy tu skrzypienie łodzi, szum fal, akustyki i wiolonczelę w tle. I to byłoby tyle z folkowych elementów, za to niedługo później Martin Walkyier po odejściu z Sabbat założył Skyclad, w którym o wiele bardziej poszedł w takie klimaty. W efekcie powstał zespół, który naprawdę był jednym z pierwszych folk metalowych, ale to już inna historia. Sam Sabbat zaś nagrał w nowym składzie album „Mourning has Broken”, który miał fajną, epicką okładkę, ale poza tym przy „Dreamwaver” może się schować. Słowem podsumowania – totalny top thrashu nie tylko brytyjskiego, ale ogólnie. Jak ktoś tego albumu nie miał jeszcze okazji poznać, to może ten text go zmotywuje. Wildfire!!!

Mutineer

środa, 8 kwietnia 2026

Quo Vadis - Quo Vadis (1991)

 

Quo Vadis to dość ciekawy przypadek. Zespół, który w pewnym sensie próbował być równocześnie Vaderem i Acid Drinkers. Nie żeby się na nich wzorowali (choć dema ekipy z Olsztyna mogli słyszeć), chodzi bardziej o ogólne podejście. W 1991 roku ich debiutancki album był jednym z najbrutalniejszych pełnopłytowych materiałów w naszym kraju - konkretny death/ thrash, kopiący dupę jak cholera. Ale równocześnie sporo tu humoru i różnych specyficznych dodatków, które mogą niektórych odstraszać. W części kawałków mamy jakieś intro lub outro – radziecki hymn w „NKWD”, wojskowa piosenka na koniec „Monofobii”, płacz w „Bólu Istnienia”. „Trzy Szósteczki” to utwór ogólnie dość jajcarski. Do tego dochodzi specyficzny cover… Maanamu - „Kocham Cię, Kochanie Moje”, ale przerobiony tak, że wyszedł niemal grind! To podejście do coverowania, z którego później zasłynęli wspomniani Acid Drinkers. Pewnie dla niektórych te luzackie elementy albumu mogą być nie do strawienia, jako nie pasujące do muzyki. U takich Acidów sprawdzało się to trochę lepiej, bo oni grali inaczej, bardziej crossoverowo. Tutaj może zdawać się to nieco groteskowe, ale, ale! Sama muzyka jest naprawdę konkretna- jazda, którą można porównać ze Slayerem, Sepulturą, Kreatorem, albo nawet w pewnym stopniu z takim Morbid Saint. Z Vaderem też, ale raczej tym z „Necrolust”, przynajmniej mi się tak niektóre momenty kojarzyły. Generalnie thrash, ale mocno podkręcony. Panowie zasuwają aż miło, a riffy robią tu świetną robotę, choćby w „NKWD”, „Wegetacji” albo ten na początku „Monofobii”, taki dość slejerkowy. Z resztą ten riffowy cytat w „Trzech Szósteczkach” pokazuje kto był największą inspiracją zespołu. W wielu momentach Quo Vadis wchodzi już w death metal, ale zdarzają się im też melodyjne zagrywki (w „Czerwonym Prawie” robią fajny kontrast do brutalnie pędzącej reszty).

Ciekawe są texty -takie trochę punkowe, antysystemowe, wyrażające sprzeciw wobec szarej rzeczywistości tamtych czasów. Komuchom dostaje się tu nawet bardziej niż u Dezertera czy Moskwy, no ale też takie liryki w 1991 roku mogły już przejść. Ustrój się zmienił, to można było jechać ostro. No i ta okładka -też trochę punkowa, mi się nawet trochę z grindem kojarzy.

Jak miałbym wszystko podsumować, to mimo pewnych „udziwnień” to i tak jedna z najlepszych płyt thrashowych po polsku (jest jeszcze english version, ale mniej ciekawa). Mi te wszystkie dodatki zbytnio tu nie wadzą. Dla wielu to wręcz pozycja kultowa, choć myślę że nie została doceniana na tyle ile zasługiwała. Ciekawe czego to kwestia? Ich luźnego podejścia, czy może nie mieli wystarczająco szczęścia? Temat na dłuższą analizę (brzmi jak coś dla kolegi Mutanta z zaprzyjaźnionego bloga, hehe, pozdro). Tak czy inaczej, wczesne Quo Vadis to naprawdę konkretny kawał napierdolu i ich debiut mogę tylko polecać.

Mutineer

sobota, 21 marca 2026

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

 

Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na nią nieco inaczej -jako płytę z najlepszych, klasycznie -thrashowych czasów zespołu, choć powstałą w nieco kryzysowym okresie. Ale na przełomie 80/90s sprawa mogła się mieć inaczej – po świetnym „Peace Sells...But Who’s Buying?” mogła zdawać się rzeczywiście obniżeniem lotów, do tego potem doszły doskonałe muzycznie „Rust in Peace” i „Countdown to Extinction”. A kiedy nie istniały jeszcze „Risk” i „Super Collider” mogła lądować gdzieś na szarym końcu. Podejrzewam że jej ocena wzrosła z końcem lat 90, kiedy fani coraz bardziej tęsknili za starym, wściekłym Megadeth. Obecnie to klasyk, który powstał w określonych okolicznościach. Posypał się poprzedni skład, Dave ćpał na potęgę, do tego przez PS...BWB? Zespół postawił sobie poprzeczke dość wysoko. Wiele osób ceni ten album za jego autentycznosć i surowość. Jest on bardzo emocjonalny, momentami czuć szczere wkurwienie Dave’a – na cenzurę w muzyce w „Hook in Mouth” albo na byłego kolegę z zespołu w „Liar”. Po drugiej stronie mamy żal po stracie nieco innego kolegi - Cliffa Burtona w „In my Darkest Hour”. Mimo że Rudy po Metallice jechał ostro, to jednak śmierć basisty wstrząsnęła nim na tyle, że stworzył taki pseudo- balladowy numer (do prawdziwej ballady trochę tu brakuje). Sam text jednak nie ma z tym nic wspólnego, ale też może być szczery, może Rudzielec miał spinę z jakąś dziewczyną?

Muzycznie „So Far…” zbytnio poprzednikowi nie ustępuje, bo tu też jest sporo mocnych utworów. Już ten „In My Darkest Hour” jest dość ciekawy, takiego kawałka Megadeth wcześniej nie miało. Jest też nieco zbliżony klimatem „Mary Jane”, do tego parę killerów – „Set the World Afire” to chyba mój ulubiony z tracklisty, riffy zabójcze, do tego fajnie liniowo się ten numer rozwija. Genialny jest też wieńczący płytę „Hook in Mouth”, gdzie zwrotki są pozbawione gitar (wokal na tle samej sekcji) ale jak już te się pojawią, to kopią w ryj konkretnie, riffy mają nawet w sobie coś złowieszczego. Cover Sex Pistols trochę odstaje, niezbyt pasuje do posępnej/ złowrogiej reszty, choć sam w sobie jest niezły. Na pewno jednak lepiej się wpasował niż cover Aerosmith na „New Order” Testament.

Oczywiście jak zestawimy ten album z „Peace Sells” i „Rust”, to wypada trochę słabiej, ale to wciąż świetna pozycja. Ta surowość i może nawet pewna niedoskonałość tego materiału działa nawet tu trochę na korzyść.

Mutineer

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...