wtorek, 29 września 2026

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)


Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowałem ją swego czasu bardzo często, zwłaszcza że początkowo moja kolekcja płytowa to było ledwie parę tytułów. Także sentyment na pewno robi swoje w ocenie, ale i sama w sobie jest to świetna pozycja. Dla zespołu był to album przełomowy, zapoczątkował okres bardziej experymentalny. Maideni postanowili sięgnąć tu po syntezatory gitarowe -zapewne w tamtych czasach niektórzy się obawiali pójścia w jakieś przebojowe granie pod amerykańskie radio, a tu nie! To dalej maidenowy heavy, który ani trochę nie stracił swych pazurków, za to zyskał kosmicznego klimatu. Efekty potrafią być potężne, zwłaszcza w tych bardziej rozbudowanych kawałkach. Spore wrażenie robi już otwieracz, prawie-że tytułowy „Caught Somewhere in Time” (jak dla mnie najlepszy w zestawie), gdzie ta futurystyczna atmosfera udziela się od pierwszych dźwięków. Harmonie gitarowe połączone z syntezatorowym brzmieniem robią tu niezła robotę. W tym utworze jest też niezły popis umiejętności Bruce’a. Są takie stwierdzenia, że wokalista, nie komponując na tym albumie, bardziej mógł skupić się na śpiewie i rzeczywiście, chłop czasem przechodzi sam siebie. Przykładów jest więcej – świetne wokale są w epickim „Alexander the Great” albo bardzo urozmaicone w „De Ja Vu”.

Ogólnie to ta płyta to zestaw mocno niedocenianych kawałków, nawet nie tyle przez fanów, co sam zespół. Wyjątkiem jest przebojowy „Wasted Years”, który często gościł w setlistach. Pozostałe tyle szczęścia nie miały, ale fajnie że w końcu grupa postanowiła po część z nich sięgnąć na trasie z 2023 roku. W każdym razie mamy tu takie dzieła jak wspomniany już kolos „Alexander the Great”, klimatyczny „Sea of Madness” albo „Heaven Can Wait” stworzony wręcz pod koncerty ze względu na chóralne wokalizy. Jak dla mnie mogliby ten numer grać na koncertach regularnie. Całość dopełniają szybkie „De Ja Vu” i „The Loneliness of the Long Distance Runner” oraz wolniejszy „Stranger in a Strange Land”. Wypełniaczy nie stwierdzono, właściwie każdy utwór ma coś ciekawego do zaoferowania, ale przede wszystkim wszędzie mamy ten niesamowity klimat, który wyróżnia tą płytę na tle całej dyskografii Maiden. Świetnie pasuje do tego ta okładka z Eddiem- cyborgiem i futurystycznym miastem, na której roi się też od różnych szczegółów, nawiązań do wcześniejszych albumów i nie tylko. Czy mogę uznać ten album za ich najlepszy to nie wiem, zawsze się u mnie bił o to miejsce z „The Number of the Beast” i nigdy tego pojedynku nie udało mi się rozstrzygnąć. Tak więc jeden z dwóch najlepszych -czyli i tak wysoko.

Mutineer

niedziela, 27 września 2026

Vader - De Profundis (1995)

 

Ze wszystkich płyt Vadera „De Profundis” zwykle uważany za tą najlepszą i mogę się pod tym stwierdzeniem tylko podpisać! Ekipie Petera zdarzało się co prawda brzmieć brutalniej („Litany”) albo mieć albumy bardziej różnorodne (debiut albo „Revelations”) ale to dwójeczka robi najlepsze wrażenie. Mamy tutaj Vadera w swej chyba szczytowej formie i stylistyce, w której czują się najlepiej – krótki, za to intensywny album pełen petard. A zarazem to dalej ten Vader wczesny, pełny archaicznego klimatu, choć inny niż na pierwszym albumie. „The Ultimate Incanttion” było trochę bardziej Morbidowe, więcej było tam nacisku na budowanie klimatu. Tutaj postawili raczej na solidny wpierdol, co przy pełniejszym brzmieniu gitar daje naprawdę mocny efekt. Trochę mniej podoba mi się sound perkusji, ale to szczegóły. Zmienił się też wokal Petera, na jakby mniej mroczny, ale za to bardziej charakterystyczny dla niego. No dobra, ale to nie drobne zmiany decydują o zajebistości tego materiału, w końcu debiut też był świetny. Przede wszystkim mamy tu zestaw porządnych, kopiących numerów, zaczynając od rewelacyjnego otwarcia - „Silent Empire”. Sporo tu świetnych riffów, w typowym dla Vadera stylu, srogiego bębnienia Docenta i szybkich temp. Bardzo reprezentatywny numer nie tylko dla płyty, ale całej twórczości zespołu. „De Profundis” jest też wbrew pozorom dość urozmaiconym materiałem, bo mamy taką skondensowaną w niecałych dwóch minutach rzeź jak „An Act of Darkness”, ale i momenty nieco wolniejsze jak w „Incarnation” (choć Doc i tak blastuje jak pojebany). Płyta przyniosła też zespołowe hity w postaci „Blood of Kingu” i często granego na żywo „Sothis”. Ale utworów z hitowym potencjałem (jak na standardy gatunku oczywiście) jest więcej -wspomniany „Silent Empire”, albo „Of Moon, Blood, Dream and Me”. Z resztą Vader zawsze umiał tworzyć chwytliwy death metal, co wynikało na pewno z thrashowych korzeni. Co do korzeni, to znalazł się tu też stary numer – „Reborn in Flames”, pierwotnie na demie „Necrolust” z 1989. Nie wiem czy starsza wersja nie jest ciekawsza, bardziej tajemnicza i surowa, ale tej też nic nie można zarzucić. Na pewno jest brutalniejsza i ma fajne outro, gdy wszystko zwalnia i cichnie, żeby zaraz znów bezlitośnie dowalić.

Po za tym że to doskonały kawał Vaderowego deathu, „De Profundis” jest też istotnym albumem, jako że umocnił pozycję zespołu, zaczynającego wtedy podbój świata. I jeszcze udało się to, gdy zaczął się kryzys gatunku, co jest naprawdę niezłym wyczynem. Naprawdę genialny materiał, i znów kusi odpalić go ponownie...

Mutineer

wtorek, 8 września 2026

Ominous Moon - Walking the Dead (2024)

 

Brytole nie byli nigdy potęgą w thrashu, ale trochę klasyków mieli. A jeszcze więcej prekursorów gatunku. A jak to wygląda obecnie? Szczerze mówiąc, nie wiem, bo nie śledzę tamtejszej sceny. Ale takie twory jak Ominous Moon pokazują, że chyba nie jest tam najgorzej i wciąż powstają ciekawe materiały. Poznałem ich swego czasu dzięki wywiadowi z Underground Unleashed Zine (pozdro!). To trio z Southend-on-Sea (kawałek na wschód od Londynu) jest old schoolowe do bólu, dużo rzeczy robią metodami DIY, własne plakaty, ulotki, grają jakby był maxymalnie rok 1985-86, gdy kolejne zespoły próbowały przekraczać granice, a brzmią totalnie obskurnie. Jak tylko wybrzmi tajemnicze intro, to od razu rzuca się w uszy to brzmienie -jak jakaś stara demówa z piwnicy. A to przecież pełny album. Niejednego ta produkcja odrzuci, ale w końcu Ominous nie tworzą dla mas - lubisz plugawy old school, albo wypierdalaj! Na początku skojarzyli mi się z demami polskiego podziemia thrash/ death, ale jednak muzycznie tu mamy trochę inne rejony. Nasi Angole napierdalają raczej pierwotny, brudny thrash, w którym sporo jest z pierwszej fali blacku. Głównym skojarzeniem ich muzyki był u mnie Celtic Frost z „Morbid Tales” i tak myślę że stoją najbliżej tego właśnie bandu. Zanim ktoś jednak zacznie narzekać, że „eee, kolejny black/ thrash, nuda”, to powiem, że nie całkiem. To nie jest kolejny klon Sodom/ Venom/ Midnight, jakich pełno (choć takie też są fajne). Jakby to była rzeczywiście płyta z połowy lat 80, można by ją określić jako „proto- extrema” - coś co mogło wyewoluować później w death metal, ale póki co jeszcze niepozorne. Tempa są raczej średnio szybkie, czasami zalatują nawet punkiem (jak w „Skeletal Lunarcy”, główna część „Death Is in the Air”), czasem Venomem („Waking the Dead”- nawet wokale trochę Cronosowe) a w „Blast Lung” jest nawet bardziej doomowy riff, ale przez tą surowiznę skojarzył mi się raczej z Autopsy, niż Candlemass czy Black Sabbath. Zdarza się jednak, że czasami napieprzają trochę mocniej, zbliżając się do rejonów brazylijskiej rzezi („Death Is in the Air” albo „Stone Cold Metal”) ale te momenty jednak nie dominują.

Album raczej nie będzie dla każdego -wrażliwcy lubujący się w ładnie wypolerowanym brzmieniu mogą sobie odpuścić, odpadną pewnie i tak już w pierwszym kawałku. Ale dla fanów old schoola, zwłaszcza słuchających piwnicznych dem będzie to miód na uszy. Co prawda, nie wiem czy nie przegięli z tym demówkowym soundem, bo jednak albumy zawsze brzmiały bardziej profesjonalnie, ale ważne że jest w tym szczerość i pasja. Zostaje im kibicować, niech dalej hałasują, póki w Kalifacie Anglii to jeszcze legalne.


Mutineer

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

KAT - Bastard (1992)

 

Kiedy jeszcze żył Romek, Luczyk miał w zwyczaju pruć się w jego stronę przypisując sobie trochę za dużo zasług i narzekając, że wokalista śmie grać jego utwory. Często było to dość absurdalne, niektóre jego wypowiedzi były w stylu „Kostrzewski gra moje utwory! Moje! Moje własne! Moje sssskarby!”. Dobra, nie ma też co umniejszać wkładu „Kałboja”, bo bez niego ten zespół by nie powstał, ale też czasem by trzeba sprowadzić chłopa do pionu, bo nie stworzył totalnie każdego dźwięku. Najlepszym przykładem album „Bastard” -jedno z najbardziej zespołowych dzieł Kata.

Grupa wróciła tu po paru latach przerwy, w nieco odświeżonym składzie. Do zespołu dołączyli Oset i Regul, którzy mieli duży wpływ na muzykę. Styl zespołu też uległ pewnym zmianom, numery stały się bardziej złożone i połamane, w efekcie to jedna z najbardziej progresywnych płyt Kata. I po drugie, muzyka ma tu znaczniej indywidualny charakter, jak wcześniej porównania z Venomem, Metallicą czy Slayerem bywały na miejscu, to tutaj z niczym konkretnym już nie można tego grania porównać. Trochę niestety zniknęła gdzieś ta aura niesamowitości, za którą uwielbiam „Oddech” i „Szóstki”, ale czysto muzycznie „Bastard” jest albumem naprawdę rewelacyjnym i bardzo dopracowanym. Najlepsze momenty? „W Bezkształtnej Bryle Uwieziony” -chyba najbardziej reprezentatywny, z wieloma zmianami temp, urozmaicony i z charakterystycznym textem Romka. Od razu zwraca też uwagę mocne brzmienie perkusji na albumie, ma takie fajne pierdolnięcie. Są fajne killery, jak utwór tytułowy (te mocarne riffy!), „Odmieńcy” i wyładowane solówkami „Piwniczne Widziadła”. Są utwory wolniejsze – posępny „Zawieszony Sznur” i nieco luzacki „W Sadzie Śmiertelnego Piękna”. Z tym wszystkim kontrastuje najsłynniejsza katowska ballada, „Łza dla Cieniów minionych”, klimat smutku i straty został w niej świetnie oddany.

Co prawda liryki zaczęły na tej płycie dryfować już w nieco dziwnym kierunku (patrz „Odmieńcy”, „Bastard”) ale wciąż są dobre, bez tych kwiatków z kolejnych płyt. W większości mamy całkiem niezłą, typowo- Romkową poezję (oczywiście jak się lubi jego styl, bo nie wszyscy są entuzjastami). Do tego dochodzi ciekawa okładka, ale trzeba pamiętać, że pierwotna wyglądała nieco inaczej (ale tą starą wersję też lubię). Ostatnie tak doskonałe dzieło Kata, potem bywało już z tym różnie...

Mutineer

sobota, 29 sierpnia 2026

Warfist - Grünberger (2019)


Warfist zaprezentował niedawno ostatni album i zapowiedział zwiniecie interesu, to też dobry pretext, żeby przypomnieć ich nieco wcześniejsze dzieło. „Grünberger” to był mój pierwszy kontakt z tą ekipą i ta płyta zrobiła na mnie spore wrażenie. Katowałem ją jakiś czas najpierw na jutubie, potem na cedeku. Później mi przeszło, ale od czasu do czasu dobrze do niej wrócić, bo to naprawdę konkretny cios. Co prawda Warfist nie jest najbardziej oryginalnym zespołem, daleko do jakiegoś ultra- wizjonerstwa, ale i tak trochę się wyróżniają wśród wielu black/ thrashowych ekip. Ciężko mi właściwie opisać na czym to polega, trzeba posłuchać. Z porównaniami do jakichś nazw też nie jest łatwo, po prostu napierdalają po swojemu i tyle. No i przyznajcie, że concept album o historii Zielonej Góry zamiast hymnów ku czci Rogatego to też dość oryginalny pomysł. W każdym razie, skoro black/ thrash, to mamy tu intensywną dawkę wpierdolu. Poprzedzonego jednak łagodnym intrem z „Black Army”, ale to taka cisza przed burzą. Bo już samo „Black Army” zapewnia niezły łomot, po czym następują kolejne killery. Bywają nawet jeszcze bardziej zabójcze, jak ultra szybki „Atrocious Saviour” albo „Death by the Cleansing Fire”, gdzie zasuwają momentami nawet na blackowo. Choć jest też taki „March od Death”, który obfituje w więcej zwolnień i klimatu. Brzmieniowo jest raczej surowo, ale to też nie piwnica. Ale przede wszystkim materiał jest też bardzo chwytliwy, większość kawałków szybko wchodzi do głowy i wiele refrenów można krzyczeć razem z Mihem. Najbardziej „The Punishment” ale „Feasting on Dead Bodies”, „Slay, Swive and Devour” i wspomniany już „Death by the Cleansing Fire” też mają sporo chwytliwości. Co daje duży potencjał koncertowy – na żywo to musiała być moc! Niestety jakiś czas temu Mihu zrezygnował z grania na scenie, czyniąc z Wojennej Piąchy zespół tylko studyjny. Szkoda, bo zobaczyłbym tą załogę w akcji, nie wiem, może się chłop jeszcze namyśli i przed rozwiązaniem grupy coś zagra.

Jak ktoś szuka wirtuozerii – to nie tutaj. Ale jak potrzeba solidnego wpierdolu- „Grünberger” będzie jak znalazł. Równocześnie mam wrażenie, że ta płyta powinna podejść też tym co zazwyczaj w black/ thrashu nie siedzą. Zaraz sami zaczniecie krzyczeć „The Punishment!!!”.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Templar - Conquering Swords (2026)


Sporo znajomych zachwycało się ostatnio Templarem, niektórzy się cieszyli, że zagra on na Heliconie, to się zacząłem zastanawiać, czy to naprawdę jest aż tak zajebiste? No to posłuchałem i cóż mogę powiedzieć – tak, to jest aż tak zajebiste. Obok Century to kolejny świetny zespół ze Szwecji grający naprawdę dobry heavy bez tępego zrzynania, czy nadmiaru melodyjek i to taki heavy, do którego chce się nie raz wracać. Szwedzi po raz kolejny przyczyniają się do heavy metalowego odrodzenia. Wcześniej powstawały tam takie ekipy jak Wolf, potem Enforcer, Ambush, w ostatnich latach właśnie Templar, Century, Midnatt. Z tym że te nowsze grupy idą w granie bardziej klimatyczne i z większymi odwołaniami do rodzimej klasyki z Heavy Load na czele. Nie inaczej jest z Templarem, choć równie dobrze można mieć skojarzenia ich grania z Mercyful Fate, Angel Witch, Helstar, albo Stormwitch. Trochę jest epickiego klimatu, ale bez nadęcia i patosu, brzmienie jest surowe i można pomyśleć, że to płyta nagrana w połowie lat 80. Ciekawy jest wokal, jak nie lubicie falsetów, czy ogólnie wysokich, to spokojnie – tu są raczej głębokie i podniosłe. Jest tu trochę mroczniejszej atmosfery (a tego jako fan debiutu Angel Witch nie mogę nie docenić) choćby w takim „White Wolf” z klimatem wyjętym z zapomnianego lochu. Do tego dochodzą naprawdę dobre riffy - na przykład w utworze „Witchking”, poprzedzonym intrem „Gates of Angmar” (tego z kolei jako fan Tolkiena nie mogę nie docenić). Album jest też dość zróżnicowany, bo są też szybsze kawałki jak „Excalibur”, brzmiący jak zaginiony hicior z 1985 i speedowy „Rainbow’s End” (trochę zalatuje… Enforcerem?) ale i balladka „The Sorceress”. Całkiem udana, co tak często się nie zdarza wśród młodszych zespołów, tu jest klasa. I jeszcze dochodzi do tego bitewny hymn w postaci „Conquering Swords” - przy takich numerach samemu ma się ochotę chwycić za miecz… jak nie w realu to przynajmniej w jakiejś gierce. Ogólnie przy słuchaniu tej płyty można przenieść się na chwilę do jakiejś krainy fantasy pełnej monstr i herosów -przynajmniej taki mniej więcej klimat się tu udziela.

Trochę zastrzeżeń mam jedynie do okładki, jej pomysł jest fajny, trochę w typie ilustracji Franka Frazetty, ale niezbyt leży mi wykonanie. Bardziej wygląda na szkic niż ostateczne dzieło, ale nie wiem, może tak miało być. W każdym razie z granego po staremu heavy metalu to w tym roku jak na razie najlepszy strzał, a wszystkim fanom gatunku radzę mieć Templara na oku. Kto wie, co jeszcze nawojują w przyszłości…

Mutineer

środa, 29 lipca 2026

Judas Priest - Stained Class (1978)

 

Judas Priest lat 70 to niezły odjazd. Niby podobne granie do tego z kolejnej dekady, ale równocześnie jakże inne. I tak naprawdę te albumy to kronika tego, jak kształtował się heavy metal. O ile gatunek wynaleźli Black Sabbath, to Judasi przekuli go do znanej nam dziś postaci. Mamy niepozorne początki na Rocka Rolla, sabbathowo- bluesowy hard n’ heavy na „Sad Wings of Destiny” („Tyrant” to już heavy i będę się przy tym upierał) bardziej hardy „Sin After Sin” i w końcu dwie przełomowe płyty z 1978 roku- „Stained Class” i „Killing Machine”. Ważniejsza z nich jest jednak ta pierwsza, już pomijam to że pojawiło się tu pierwszy raz to klasyczne logo. Bardziej chodzi o to, że proporcje heavy nigdy wcześniej nie były tak dużo w stosunku do tych (hard) rockowych, do tego zespół ukrócił te bluesowe naleciałości. Właściwe to heavy metal lat 80 w dużej mierze ukształtował się tutaj, choć brzmienie jest jeszcze bardziej typowe dla hard rocka. Ale jak spojrzymy na utwory, to jest konkret. „Exciter” to jeden z numerów, które były prekursorami speed i thrashu – szybki, energiczny, Tipton i Downing kostkują jak szaleni, Binks okłada gary nie gorzej. Mocarny jest też „White Heat, Red Hot” (refren też taki trochę proto- thrashowy) albo jeden z moich faworytów- „Savage”, te riffy! Nieźle miażdży też „Heroes End”, nieco bardziej niedoceniany kawałek. No i właśnie, na tym albumie zaczęły dominować te ostre jak żyleta riffy, z których zespól zasłynął potem na albumie z (hehe) żyletą na okładce. Choć wiadomo, stylistyka jeszcze nieco inna, a sporo tu i tak tego hard rocka- dajmy na to tytułowy kawałek. Znalazło się też miejsce na balladę „Beyond the Realms of Death”, najbardziej znaną w ich dorobku. Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że była ona wzorem dla metalowych ballad lat 80, ale czy to prawda, nie wiem, trzeba by każdego ich autora pytać czym się inspirował.

„Killing Machine” młodszy o parę miesięcy, był naturalnym rozwinięciem „Stained Class”, już z mocniejszym, typowo metalowym brzmieniem. Przełom dla gatunku już był to mniejszy, choć kolejny krok jak najbardziej, ale to osobny temat. Czy można nazwać „Stained…” najlepszym albumem Judasów z lat 70? No, tu bym nie trochę wahał, bo nie wiem czy jednak „Sad Wings…” nie będzie lepszy. Ale najważniejszym już można. W końcu wytyczył sporo standardów dla tego co miało się dziać w metalu już niedługo później...

Mutineer

czwartek, 23 lipca 2026

Abuser - Blood Marks (2026)

 

Ależ miazga. Ależ wpierdol. I jakie dobre! Wrocławska brutalna horda w końcu wypuściła debiutanckiego pełniaka. Mieli ponoć trochę pecha w ostatnich latach i trochę z tym zeszło, ale zawartość powinna wynagrodzić cierpliwość. Mamy tutaj bezlitosny thrash, który od razu wywołuje skojarzenia z takimi brutalistami jak Morbid Saint, Demolition Hammer albo Dark Angel. Czyli podobnie jak u tamtych klasyków -wszystko podkręcone na full i często to granie ociera się już o death metal. Niektóre riffy są wręcz po prostu death metalowe. Utwory pędzą i zarzynają bez litości. Dobrze pasuje do tego ta okładka, poszczególne kawałki są jak te noże, które bezustannie na nas spadają, zadając mordercze ciosy. Ale równocześnie też jest to wszystko naprawdę dobrze zagrane, nie jakaś bezmyślna łupanka, o co w takim stylu łatwo. Choć też bez przesady w drugą stronę, bo super technicznie też nie jest. Przy pobieżnym odsłuchu utwory mogą zlać się nieco w jedną, brutalną masę (może o to chodziło -żadnej litości dla słuchacza!) ale jak się w płytę bardziej wkręcimy, to szybko wyłapiemy faworytów. Mimo że płyta to głównie szybka jazda, to parę numerów na pewno się wybija. Jak otwieracz, „Cry of the Innocent”, z charakterystycznym introsem, gdzie świetna robotę robią gary, albo ultra szybki „Painbringer”. Jednak jeszcze lepsze są „Struggling for Reality” (dobre riffy) albo „Abuser”, w którym znalazło się też trochę chwytliwości i dobry refren. Ale ciekawy jest też „Fin de Siècle” – najwolniejszy utwór w zestawie, wprowadzający nieco inny klimat. Recytacja pod koniec trochę mi się kojarzy z „Mandatory Suicide” Slayera. No i też ten kawałek pokazuje, że taki brutal – thrash nie musi być jednostajny. Co do textów, to bez niespodzianek -masa krwi i przemocy w najróżniejszej postaci.

Jakby się już czegoś czepiać, to chyba tylko produkcji, i to też nie jakoś bardzo. Gdzieś spotkałem się ze stwierdzeniem, że bębny są wywalone za głośno w stosunku do reszty. Właściwie na początku na to nie zwróciłem zbytniej uwagi, ale rzeczywiście - teraz jak pomyślę o którymś z kawałków, to od razu słyszę w głowie ten głośny werbel. Z jednej strony daje to większe pierdolniecie, ale z drugiej fakt, mogło być to bardziej wyważone. Sama perkusja jednak jest dojebana, więc dużego problemu to nie robi. Ogólnie jednak narzekać nie ma co, bo album zapewnia naprawdę srogi wpierdol, do tego dobrze zagrany. Jak oczekujecie maxymalnie podkręconego thrashu, to na polskiej scenie lepszego przykładu chyba nie znajdziecie.

Mutineer

niedziela, 28 czerwca 2026

Overkill - The Years of Decay (1989)

 

Gdybym miał sporządzić ranking najlepszych płyt thrash metalowych, to na pewno „The Years of Decay” znalazłoby się w pierwszej dziesiątce. Mym zdaniem to jedna z najlepszych płyt w gatunku, zwłaszcza w jego klasycznym okresie, w którym świetnych thrashowych pozycji przecież nie brakowało. I oczywiście to też najlepsza płyta Overkill, z tym że to już nie tylko moje zdanie, bo wielu innych fanów zespołu też by to przyznało. Panowie wskoczyli tu na jeszcze wyższy poziom niż na poprzednich trzech albumach. Dużych zmian co prawda nie ma, ale materiał jest bardziej różnorodny i bardziej progresywny. Łatwo wyczuć inspiracje Metallicowym „Master of Puppets”, utwory są bardziej rozbudowane i monumentalne, choć sporo tu też takiej punkowo- motorheadowej prostoty – jak w „I Hate”, najkrótszym numerze na albumie, który riffy ma niezbyt skomplikowane, ale za to kopie jak trzeba. I o ile przy „Under the Influence” można było ponarzekać że te średnie tempa dominują, to tu mamy sporo większe zróżnicowanie. I szybkie killery, jak „Elimination” (legendarny kawałek i jeden głównych hiciorów koncertowych), wspomniany „I Hate”, „Birth of Tension” (riffy rozpierdalają) czy bezlitośnie kąsający „E.Vil N.Ever D.Ies”, jak i momenty typowo wolne. „Playing with Spiders/ Skullcrusher”, najdłuższy numer albumu (i w ogóle w twórczości Overkill) podchodzi nawet pod doom i riffowo może kojarzyć się bardzo z Black Sabbath. Większe wrażenie robią jednak dwa inne rozbudowane numery. „Who Tends the Fire” zaczyna się łagodnym intrem, potem mamy ultra ciężkie riffy i ponury klimat, a później pojawiają się przyspieszenia. Iście monumentalny utwór! „The Years of Decay” to natomiast posępna ballada, której pierwsza część, łącznie z solówką jest zagrana na akustykach, co daje niesamowity efekt. Choć ciekawe jest też outro tego utworu. Pochwalić trzeba Bobby’ego Gustafsona, który był tutaj w szczytowej formie- wystarczy wspomnieć obładowany jego genialnymi solówkami „Elimination”. Tym bardziej szkoda, że to ostatnia płyta, którą nagrał z zespołem. Nieźle spisał się też bębniarz, Sid Falck, najlepszym jego popisem jest „Birth of Tension”, coż tam się dzieje w tych szybszych partiach! To zapowiedź tego, co będzie wyczyniał na kolejnym albumie.

Można by powiedzieć, że „The Years of Decay” to świetne zwieńczenie dotychczasowego dorobku zespołu, ale jak się potem okazało, ostatniego słowa w klasycznym okresie thrashu jeszcze nie powiedzieli. Dwa lata później zaatakowali (w nieco innym składzie) z kolejnym rewelacyjnym albumem, ale to już temat na inną recenzję...

Mutineer

środa, 24 czerwca 2026

Century - Sign of the Storm (2025)


Century to jedno z moich największych odkryć w ostatnim czasie, jeśli chodzi o współczesny heavy metal. Na wiele zespołów trafiałem, ale wiele z nich jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi. Ewentualnie wałkują bez polotu mocno przeruchane patenty albo sprowadzają gatunek do nadmiaru melodii. I w końcu po jakimś czasie grzebania trafia się takie Century. I to jest godny uwagi band! Pierwsze moje skojarzenie, jak tego posłuchałem, było „Armagh 2”. przy kolejnych podejściach to wrażenie było już mniejsze, ale dalej jak dla mnie klimat tego albumu jest zbliżony do „Serpent Storm” ekipy z Warszawy. Ogólnie jednak riffy i cała stylistyka jest już inna – tu nie ma nawiązań do Manilla Road ani hard rocka lat 70, to raczej mocarny heavy europejskiego typu, ale w wersji bardziej klimatycznej. Słychać to od pierwszych dźwięków otwieracza „Sacrifice”. Atmosferyczne intro, brzmienie jak z jakiejś jaskini, ale zamiast przejść w granie pod epic heavy, zaraz uderza na heavy - speedowo. Fajne są wokale, takie surowe, archaiczne (no, lepszego określenia nie znalazłem), z lekkim pogłosem. No i te wokale też właśnie nieco mi Armagh przypominały przy pierwszym kontakcie. Ale spotkałem się z wieloma za to porównaniami do Heavy Load -zarówno głosu Tengnéra i ogólnie ich muzyki. I w sumie trochę racja, przynajmniej z płytą „Stronger than Evil” trochę podobieństw jest. Ale mi się ta ekipa skojarzyła z nieco nowszym zespołem - Cauldron, najbardziej w numerze „Children of the Past”. Solówki za to są mocno Maidenowe, normalnie jakby Dave’a Murraya zatrudnili! Trochę z tego wszystkiego wynika, że Century to taki mix z paru innych zespołów -otóż nie. Nie jest to wprawdzie najoryginalniejszy heavy, ale mimo oczywistych skojarzeń jest w tym wszystkim jakiś pomysł na siebie. Zwłaszcza że chłopy naprawdę umieją pisać dobre utwory, jak wspomniany „Sacrifice”, albo urozmaicony „The Chains Of Hell”. Zdarza im się zabrzmieć ten trochę bardziej hiciarsko, ale tak jakby zrobił to Venator, bez słodzenia i radiowości - „Fly Away” to zajebisty kawałek i szybko zostaje w głowie. A jeszcze lepszy jest następujący po nim „No Time for Tomorrow”, rozpędzony, trochę jak Running Wild z dwóch pierwszych płyt, a refren też porywa. No kurwa, do takiego kawałka to by się chciało machać łbem albo pogować na ich koncercie!

Wybrednych pewnie i tak ten album nie przekona, więc głównie bym polecił tym co szukają ciekawego, archaicznego heavy. Według mnie Century mają spory potencjał i tak se myślę że na kolejnych wydawnictwach mogą rozwinąć się jeszcze bardziej. Aha, „Sign of the Storm” to ich drugi album, ale specjalnie postanowiłem pominąć pierwszy, żeby skupić się tylko na tym i nie pierdolić się z porównaniami. Nie wiem jak u nich wygląda sprawa z koncertami, bo za wszystko odpowiada dwóch typów, ale chętnie bym ich dorwał na żywo- najlepiej w towarzystwie Venatora.

Mutineer

niedziela, 7 czerwca 2026

Black Sabbath -13 (2013)

 

Jedna z najważniejszych premier w XXI w. Pierwsza płyta Black Sabbath od 19 lat, a pierwsza z Ozzym od 34! A już w ogóle dla takich „za późno urodzonych” jak ja, co nawet na nędzne „Forbidden” się nie załapali, to już totalne wydarzenie. Jedyna i niepowtarzalna okazja móc czekać na nowy materiał Sabbath i kupić go w dniu premiery. Co prawda nie było wiadomo, czy jeszcze czegoś nie nagrają, ale raczej każdy przeczuwał że to ostatni album. Pamiętam że trochę miałem obawy, biorąc od uwagę najnowsze dokonania Deep Purple- takie nieco jałowe i nijak mające się do tego czadu z początku 70s. Ale pierwszy singiel, „God Is Dead?” okazał się całkiem niezły, a cała płyta powaliła mnie wtedy totalnie! Z większej perspektywy czasu nie wydaje się aż tak idealna, sporo tu też grania na sentymencie, ale i tak uważam ją za dobre zwieńczenie dyskografii. Żadnego niepotrzebnego kombinowania, wymyślania się na nowo, po prostu sabbathowe granie jak na starych płytach. Tak jakby wyjęli niewykorzystane pomysły z początku lat 70 i nagrali na nowo. „Loner” i „Age of Reason” to zdecydowanie najlepsze punkty, słychać że Tony miał dobre pomysły na riffy. Te utwory zrobiły na mnie zdecydowanie największe wrażenie i do nich najczęściej wracam. Pierwszy to świetny, dynamiczny numer hard/ heavy, a drugi jest bardziej epicki, z rewelacyjnym outrem. Ciekawy jest też zalatujący bluesowym klimatem „Damaged Soul”.

Co do tych sentymentów – to początek „End of the Beginning” dość wyraźnie nawiązuje do tytułowca z debiutu, choć w fajny sposób, bez bezczelnej autozrzynki. Zwłaszcza że potem rozwija się w całkiem innym kierunku. „Zeitgeist” to z kolei nawiązanie do „Planet Caravan”, mamy tu bardzo podobną aranżację. Nie wiem czy to takie potrzebne, bo numer broni się sam w sobie. Bez tego charakterystycznego brzmienia z perkusją graną dłońmi wyszłaby po prostu fajna balladka, nie tak znowu bliska „oryginałowi”. Z tych sentymentalizmów według mnie najlepiej wyszło outro „Dear Father”, gdzie słychać dźwięki burzy i dzwony, jak na początku pierwszej płyty, co tworzy fajną klamrę dla całej twórczości.

Nie jest to płyta idealna, niektóre utwory mogłyby być nieco krótsze, nie wiem też czy te nawiązania do starych czasów były jakoś bardzo potrzebne. Ale nie ma też kawałka, który bym nazwał słabym, choć szkoda, że na podstawową tracklistę nie trafił „Methademic”, jakby wszedł za któryś numer mogłoby być bardziej różnorodnie. Szkoda też, że w składzie zabrakło ostatecznie Billa. Koniec końców to i tak całkiem dobre pożegnanie ojców metalu – przynajmniej jeśli chodzi o pełne albumy, bo była jeszcze epka „The End” i ten finałowy występ w Birmingham w zeszłym roku. Dla mnie to też jeden z tych albumów sentymentalnych -jak się tych numerów posłucha to od razu przychodzą na myśl „stare dzieje” sprzed tych parunastu lat.

Mutineer

niedziela, 24 maja 2026

Morlord - Mundus Mortis (2025)

 

Pierwszy raz w mojej działalności recenzenckiej/ zinowej zdarzyło się, że dostałem darmowy egzemplarz płyty od zespołu. Otóż Morlordowi spodobał się nasz ziniacz i wywiad, to mi Drac wysłał płytkę w zamian. Tu jednak pojawia się problem. Bo „Mundus Mortis” to dobry album, ale jak wyskoczę z pochwałami, to zabrzmi to tak, że skoro dostałem za darmo, to teraz trzeba chwalić. Ewentualnie że się chce podlizać. Coś tam chciałem jednak naskrobać, żeby chłopaków wspierać, postaram się być jednak jak najbardziej obiektywny. Wnioski, czy warto po album sięgnąć, wyciągnięcie sobie sami.

Zacznijmy od początku- Morlord powstał w 2023 w Bydgoszczy i od razu zaatakował Epką „Post Mortem”. Był to piwniczny thrash/ death, gdzie czuć było zatęchłą kryptę i klimaty typu Death, Vader, Obituary, ale zdarzało się też trochę momentów blackowych. Pełny album nie jest jakoś bardzo odległy stylistycznie, ale jednak są pewne różnice. Ostał się obskurny klimat i mrok, ale na EP było więcej tych wisielczych zwolnień, był to raczej materiał nastawiony na grobowy klimat. „Mundus Mortis” jest intensywniejszy, bardziej skupionym na rozpierdolu. Wolne riffy oczywiście też są, ale raczej robiące miazgę niż atmosferę krypty. Za to w kąt poszły te black metalowe naleciałości. Sporo tu z thrashu -pędzące riffy w wielu kawałkach i charakterystyczne refreny w „Skynet Apocalypse”, „Anti Credo” i „9 Kregu Piekła”. Najbardziej thrashowo jest w „Straight to Hell”, tu w ogóle zaskoczyli, bo główny riff kojarzy się z Exodusem. Co zwraca uwagę, to na pewno wokale, które są dość urozmaicone, często bywają w klimacie Deicidowym! Jak się posłucha takiego „Monstrosity Made of Steel” albo „Sodomii Społeczeństwa” to się można zastanawiać czy sam Glen Benton ich w studiu nie odwiedził. Riffowo jednak dalej więcej tu z Death, tego wczesnego, tak najdalej po „Spiritual Healing”. Z resztą jest tu cover „Baptized in Blood”, także łatwo wskazać jaki zespół był jedną z większych inspiracji.

Żeby nie było zbyt kolorowo, to muszę stwierdzić że nie jest to wyziew tak potężny, jak debiuty Pandemic Outbreak czy Frightful, no ale to też nieco inny rodzaj death metalu. Trzymam tak czy inaczej za Morlorda, mają spory potencjał i ciekawie mnie co pokażą na kolejnych wydawnictwach. Jak na kolejnym będzie taki postęp jak między epką a debiutem, to już pewnie nie wytrzymam i zacznę chwalić taki materiał na potęgę.

Mutineer

poniedziałek, 4 maja 2026

Prosecutor - Krew Czarnej Ziemi (1992)

Zdarzyło mi się już pisać o tej płycie – była recenzja w zinie Riders of Doom (RIP). Ale album warty jest tego, żeby wspomnieć o nim ponownie, bo to jedna z największych perełek w polskim thrashu. Z najlepszych pozycji gatunku w Polsce na pewno byłby u mnie w pierwszej piątce. Niewątpliwie „Krew Czarnej Ziemi” jest totalnym arcydziełem i wielka szkoda że nie jest to tak znana pozycja.

Mamy tu coś między Kreatorem, Metallicą, a dajmy na to, Katem i Sepulturą. Może jeszcze coś z Destruction będzie, ale raczej tym z „Release from Agony”. Ale zostało to raczej przemielone na styl typowy dla Prosecutora. Tempa są zróżnicowane, riffy kąsają jak na „Extreme Aggression”, a wokale to już bardziej death/ thrash. Nie jest to co prawda ani jakiś thrash super agresywny, ani ultra techniczny, ale to nie ma znaczenia, bo i tak powstało dzieło. Moim faworytem z tracklisty jest zdecydowanie tytułowy numer- świetne riffy szkoły Kreatora, szybki, a nawet trochę chwytliwy. Dobre wrażenie robi też „Lód”, albo „Pustynia Śmierci”, te wolniejsze momenty z pełnymi grozy wokalami są świetne. Podobnie mroczna atmosfera bije z „Dla kogo Świeci Słońce?” (refreny miażdżą banię!). Jest też ballada – „Embrionalna Śmierć” i jest to jedna z najlepszych ballad, jakie słyszałem. Bardzo emocjonalna, niby podobna do tych Metallicowych, ale zrobiona po swojemu.

Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na texty -naprawdę świetne pod względem sposobu pisania i ich poetyki, jak i podejmowanych tematów. Ale równocześnie bez popadania w jakąś zawiłą poezję, z której autor miałby 15% na maturze, albo w pseudofilozoficzne pierdolenie.

Minusy? Tylko jeden, mianowicie brzmienie, przez które utwory trochę tracą, zwłaszcza „Dyktatura Mózgu”. No ale to był częsty problem wielu polskich albumów (turbowe „Epidemie” albo „Fallen Angel” Dragona). Po za tym dzieło kompletne. Również okładka, mimo że minimalistyczna, według mnie jest świetna. Szkoda że zespół szybko przepadł bez większego sukcesu i drugą płytę wydali dopiero po wielu latach po reaktywacji. Tak czy siak, za „Krew Czarnej Ziemi” szacun dla tej załogi ogromny.

Mutineer





poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Sabbat - Dreamweaver (1989)

 

Na świecie mamy dwa znaczące zespoły o nazwie Sabbat – szalonych japońców od „Zombie Samurajów” oraz „ten dawny zespół tego producenta, co teraz gra w Judasach”. Dzisiaj właśnie o tych drugich będzie. No bo tak, Andy Sneap zanim stał się znany głównie z produkcji lub zastępowania Glena Tiptona miał całkiem konkretny zespół, będący jednym z głównych przedstawicieli thrashu na Wyspach. Wyróżniali się swoim specyficznym stylem z nawiązaniami do folkloru i „magicznymi” textami. Ale daleko im do prekursorów folk metalu, śladowe użycie wiolonczeli czy innych skrzypiec nie gra tu pierwszych (hehe) skrzypiec – tak jak intro „Altered State” nie czyni podobnych prekursorów z Sepultury. Przede wszystkim to mocarny thrash, szybki, ale i epicki. I niezbyt podobny do czegokolwiek. Niektóre momenty kojarzą mi się z Testamentem z „The Legacy”, niektóry może z Sodom czy Forbidden, ale to bardzo luźne skojarzenia. Zespół miał na tyle oryginalny styl, że ciężko ich pomylić z czymś innym. Dużo pędzenia, szybkie riffy, ale też dużo zmian temp i sporo klimatu, co pasuje świetnie do tematyki mrocznego fantasy. No właśnie, „Dreamweaver” to concept album, oparty o książkę „Way of Wyrd”, ogólnie klimaty magii i celtyckiego pogaństwa, super, nie? Texty są takie narracyjno- dialogowe, do tego naprawdę długie. Wprawdzie wokal Walkyiera jest dość specyficzny -jego szczekliwa maniera może nie podejść przy pierwszych przesłuchaniach, ale szacunek dla gościa, ile słów potrafi z siebie wypluć. Że też potrafił tyle linijek napisać i jeszcze zapamiętać.

Co do samej muzyki jeszcze, to jak miałbym któreś kawałki wyróżnić, to na pewno „The Clerical Conspiracy” -nie bez powodu najbardziej znany z albumu. Szybki killer, ale też łatwo wchodzi do głowy, z różnymi zmianami temp i świetnym solem (jednym z wielu, bo właściwie wszystkie solówki na albumie są dojebane). Świetny jest też „Mythistory”, ten riff na otwarcie to istna potęga. Z resztą dojebanych riffów jest na całym albumie pełno, czego kolejny przykład to „The Best of Enemies”, przy okazji ten kawałek ma pod koniec takie schizowe, szeptane wokale, co robi niezły klimat. Wspomnieć jeszcze trzeba o „Wildfire” -ponownie ze względu na riffy, na niezły wpierdol, a także dlatego, że wystarczy trochę posłuchać i zaraz się wykrzykuje „Wildfire!!!”. Choć w każdym kawałku coś się znajdzie, wszystkie są bardziej lub mniej złożone, z często zmieniającymi się motywami. Totalnie inny jest tylko (pomijam intro i outro) „Advent of Insanity”, krótki, spokojniejszy utwór, który ma ilustrować podróż bohatera statkiem. Także mamy tu skrzypienie łodzi, szum fal, akustyki i wiolonczelę w tle. I to byłoby tyle z folkowych elementów, za to niedługo później Martin Walkyier po odejściu z Sabbat założył Skyclad, w którym o wiele bardziej poszedł w takie klimaty. W efekcie powstał zespół, który naprawdę był jednym z pierwszych folk metalowych, ale to już inna historia. Sam Sabbat zaś nagrał w nowym składzie album „Mourning has Broken”, który miał fajną, epicką okładkę, ale poza tym przy „Dreamwaver” może się schować. Słowem podsumowania – totalny top thrashu nie tylko brytyjskiego, ale ogólnie. Jak ktoś tego albumu nie miał jeszcze okazji poznać, to może ten text go zmotywuje. Wildfire!!!

Mutineer

środa, 8 kwietnia 2026

Quo Vadis - Quo Vadis (1991)

 

Quo Vadis to dość ciekawy przypadek. Zespół, który w pewnym sensie próbował być równocześnie Vaderem i Acid Drinkers. Nie żeby się na nich wzorowali (choć dema ekipy z Olsztyna mogli słyszeć), chodzi bardziej o ogólne podejście. W 1991 roku ich debiutancki album był jednym z najbrutalniejszych pełnopłytowych materiałów w naszym kraju - konkretny death/ thrash, kopiący dupę jak cholera. Ale równocześnie sporo tu humoru i różnych specyficznych dodatków, które mogą niektórych odstraszać. W części kawałków mamy jakieś intro lub outro – radziecki hymn w „NKWD”, wojskowa piosenka na koniec „Monofobii”, płacz w „Bólu Istnienia”. „Trzy Szósteczki” to utwór ogólnie dość jajcarski. Do tego dochodzi specyficzny cover… Maanamu - „Kocham Cię, Kochanie Moje”, ale przerobiony tak, że wyszedł niemal grind! To podejście do coverowania, z którego później zasłynęli wspomniani Acid Drinkers. Pewnie dla niektórych te luzackie elementy albumu mogą być nie do strawienia, jako nie pasujące do muzyki. U takich Acidów sprawdzało się to trochę lepiej, bo oni grali inaczej, bardziej crossoverowo. Tutaj może zdawać się to nieco groteskowe, ale, ale! Sama muzyka jest naprawdę konkretna- jazda, którą można porównać ze Slayerem, Sepulturą, Kreatorem, albo nawet w pewnym stopniu z takim Morbid Saint. Z Vaderem też, ale raczej tym z „Necrolust”, przynajmniej mi się tak niektóre momenty kojarzyły. Generalnie thrash, ale mocno podkręcony. Panowie zasuwają aż miło, a riffy robią tu świetną robotę, choćby w „NKWD”, „Wegetacji” albo ten na początku „Monofobii”, taki dość slejerkowy. Z resztą ten riffowy cytat w „Trzech Szósteczkach” pokazuje kto był największą inspiracją zespołu. W wielu momentach Quo Vadis wchodzi już w death metal, ale zdarzają się im też melodyjne zagrywki (w „Czerwonym Prawie” robią fajny kontrast do brutalnie pędzącej reszty).

Ciekawe są texty -takie trochę punkowe, antysystemowe, wyrażające sprzeciw wobec szarej rzeczywistości tamtych czasów. Komuchom dostaje się tu nawet bardziej niż u Dezertera czy Moskwy, no ale też takie liryki w 1991 roku mogły już przejść. Ustrój się zmienił, to można było jechać ostro. No i ta okładka -też trochę punkowa, mi się nawet trochę z grindem kojarzy.

Jak miałbym wszystko podsumować, to mimo pewnych „udziwnień” to i tak jedna z najlepszych płyt thrashowych po polsku (jest jeszcze english version, ale mniej ciekawa). Mi te wszystkie dodatki zbytnio tu nie wadzą. Dla wielu to wręcz pozycja kultowa, choć myślę że nie została doceniana na tyle ile zasługiwała. Ciekawe czego to kwestia? Ich luźnego podejścia, czy może nie mieli wystarczająco szczęścia? Temat na dłuższą analizę (brzmi jak coś dla kolegi Mutanta z zaprzyjaźnionego bloga, hehe, pozdro). Tak czy inaczej, wczesne Quo Vadis to naprawdę konkretny kawał napierdolu i ich debiut mogę tylko polecać.

Mutineer

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...