Na świecie mamy dwa znaczące zespoły o nazwie Sabbat – szalonych japońców od „Zombie Samurajów” oraz „ten dawny zespół tego producenta, co teraz gra w Judasach”. Dzisiaj właśnie o tych drugich będzie. No bo tak, Andy Sneap zanim stał się znany głównie z produkcji lub zastępowania Glena Tiptona miał całkiem konkretny zespół, będący jednym z głównych przedstawicieli thrashu na Wyspach. Wyróżniali się swoim specyficznym stylem z nawiązaniami do folkloru i „magicznymi” textami. Ale daleko im do prekursorów folk metalu, śladowe użycie wiolonczeli czy innych skrzypiec nie gra tu pierwszych (hehe) skrzypiec – tak jak intro „Altered State” nie czyni podobnych prekursorów z Sepultury. Przede wszystkim to mocarny thrash, szybki, ale i epicki. I niezbyt podobny do czegokolwiek. Niektóre momenty kojarzą mi się z Testamentem z „The Legacy”, niektóry może z Sodom czy Forbidden, ale to bardzo luźne skojarzenia. Zespół miał na tyle oryginalny styl, że ciężko ich pomylić z czymś innym. Dużo pędzenia, szybkie riffy, ale też dużo zmian temp i sporo klimatu, co pasuje świetnie do tematyki mrocznego fantasy. No właśnie, „Dreamweaver” to concept album, oparty o książkę „Way of Wyrd”, ogólnie klimaty magii i celtyckiego pogaństwa, super, nie? Texty są takie narracyjno- dialogowe, do tego naprawdę długie. Wprawdzie wokal Walkyiera jest dość specyficzny -jego szczekliwa maniera może nie podejść przy pierwszych przesłuchaniach, ale szacunek dla gościa, ile słów potrafi z siebie wypluć. Że też potrafił tyle linijek napisać i jeszcze zapamiętać.
Co do samej muzyki jeszcze, to jak miałbym któreś kawałki wyróżnić, to na pewno „The Clerical Conspiracy” -nie bez powodu najbardziej znany z albumu. Szybki killer, ale też łatwo wchodzi do głowy, z różnymi zmianami temp i świetnym solem (jednym z wielu, bo właściwie wszystkie solówki na albumie są dojebane). Świetny jest też „Mythistory”, ten riff na otwarcie to istna potęga. Z resztą dojebanych riffów jest na całym albumie pełno, czego kolejny przykład to „The Best of Enemies”, przy okazji ten kawałek ma pod koniec takie schizowe, szeptane wokale, co robi niezły klimat. Wspomnieć jeszcze trzeba o „Wildfire” -ponownie ze względu na riffy, na niezły wpierdol, a także dlatego, że wystarczy trochę posłuchać i zaraz się wykrzykuje „Wildfire!!!”. Choć w każdym kawałku coś się znajdzie, wszystkie są bardziej lub mniej złożone, z często zmieniającymi się motywami. Totalnie inny jest tylko (pomijam intro i outro) „Advent of Insanity”, krótki, spokojniejszy utwór, który ma ilustrować podróż bohatera statkiem. Także mamy tu skrzypienie łodzi, szum fal, akustyki i wiolonczelę w tle. I to byłoby tyle z folkowych elementów, za to niedługo później Martin Walkyier po odejściu z Sabbat założył Skyclad, w którym o wiele bardziej poszedł w takie klimaty. W efekcie powstał zespół, który naprawdę był jednym z pierwszych folk metalowych, ale to już inna historia. Sam Sabbat zaś nagrał w nowym składzie album „Mourning has Broken”, który miał fajną, epicką okładkę, ale poza tym przy „Dreamwaver” może się schować. Słowem podsumowania – totalny top thrashu nie tylko brytyjskiego, ale ogólnie. Jak ktoś tego albumu nie miał jeszcze okazji poznać, to może ten text go zmotywuje. Wildfire!!!
Mutineer
Doskonała recka, jak i zespół. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił małego, kolekcjonerskiego wtrętu - wciąż można nawet tanio (200 zł) kupić boxset z ich dwoma płytami + DVD + sesja BBC + live. Zespół niestety odrzucił trzecią płytę i uznali ją za niekanoniczną. Na zgliszczach Sabbat powstał Skyclad, który był prekursorem Folk Metalu (aczkolwiek niedoceniony Black Sabbath "Tyr", oraz Bathory "Hammerheart" zasługują na palmę pierwszeństwa) ale nie miał już tego złowieszczego Thrashu.
OdpowiedzUsuńTak to jest w życiu - coś za coś, kompromis za kompromis.