czwartek, 6 listopada 2025

Running Wild - Branded and Exiled (1985)

 

Zanim Running Wild zasłynęli jako metalowi piraci i pionierzy pirate metalu (co na szczęście u nich ograniczyło się tylko do wizerunku i textów) grali po prostu surowy heavy i bliżej było im raczej do Venom (to pewne uproszczenie, ale o tym później). Pierwsze dwie płyty to całkiem inny Running Wild. Zło, siarka, surowizna. W efekcie wielu wielbicieli tych późniejszych albumów, mimo że muzycznie nie aż tak odległych, rzadko sięga po te wczesne dokonania. Ale też nie można powiedzieć, że to płyty niedoceniane, bo sporo też takich fanów, co uznają je za najlepsze, zwłaszcza drugi- „Branded and Exiled”. Za ten najlepszy wprawdzie bym go nie uznał, jednak trzeba przyznać, że to solidny album. Nie tak różnorodny i dopracowany jak choćby „Port Royal”, ale nie o to tu chodzi. Te utwory miały atakować ostrymi riffami i to zadanie spełniają. Dobrym tego przykładem jest utwór tytułowy, który do przebojowego raczej ma daleko, ale gitary tną jak żylety, a refren idealnie nadaje się na koncerty. Oczywiście niektóre cechy zespoły były obecne już tu, choć jeszcze w formie mniej wyrafinowanej i melodyjnej niż później. Mamy tu typowe dla grupy rozpędzone, wchodzące nawet w speed utwory, choć nie pozbawione pewnej chwytliwości- „Gods of Iron” oraz największy killer w zestawie- „Fight The Oppression” (no, to już właściwie speed metal). Za to „Chains and Leather” to prawdziwy metalowy hymn- numer stworzony do grania na żywo. Dość interesującym numerem, z takich jakie na późniejszych płytach już się nie pojawiały, jest trochę mroczniejszy „Mordor”. Bardzo ciekawe riffy, przy tym wolniejsze tempo i przede wszystkim klimat robią tu świetną robotę. Jeszcze więcej mrocznego klimatu wprowadzają jednak chóry w „Marching to Die”, dobiegające jakby z otchłani- robi to wrażenie. Co do wspomnianego Venom, to oczywiście ciężko nazwać Runningów z tego okresu ich niemiecką wersją. Ekipa Rolfa nie była aż tak mroczna i extremalna, jak Cronos z kolegami, choć łączyło ich podobne podejście, surowość czy tematyka utworów (tyle że u Niemców mniej radykalna). Wliczanie jednak wczesnego Running Wild do pierwszo- falowego blacku jest mocno bez sensu. Jak wspomniałem, aż tak jak Venom mroczni nie byli i jeśli pominiemy klimat i piekło w textach, to lepsze są porównania z Accept albo wczesnym Grave Digger. W każdym razie album godny uwagi, nie gorszy od tych późniejszych, z pirackiego okresu. Także kto jeszcze nie zna, to nadrabiać zaległości w podskokach!


Mutineer

1 komentarz:

  1. Dosłownie w tym roku polubiłem Running Wild i dopiero miesiąc temu kupiłem całą kolekcję ich re-edycji w digipackach. Moja ulubiona płyta to Port Royal. To jest już bardziej Power Metal, którego na co dzień nie słucham, ale jest po prostu dobry. Sam zespół był trochę dziwny, bo te ciągłe roszady w zespole i sama postać Kasparka (co za słowiańskie nazwisko btw, aż się prosi, aby spytać się go o jego korzenie) budzi wątpliwości, zwłazcza po nieudanym powrocie. Ale niemniej jednak, wszystkie płyty wydane przez Noise warto słuchać, nawet jeśli normalnie ktoś nie lubi takiej muzyki, to tu jest dużo wartościowych treści.

    OdpowiedzUsuń

Testament - Para Bellum (2025)

  Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprz...