piątek, 25 kwietnia 2025

Dragon - Horda Goga (1989)

Zdania o nowych płytach Dragona są dość podzielone i nie brakuje tych najbardziej negatywnych. Nawet jeśli uznać je za chujowe (z czym się akurat nie zgadzam), to nie powinny one przesłaniać tego, jak genialny ten zespół był kiedyś. Cofnijmy się więc do jego zamierzchłych czasów, a konkretnie debiutanckiej płyty Horda Goga. Przez wielu właśnie ta płyta uważana jest za najlepszą w dorobku grupy. Tak się składa, że przeze mnie też. Zaliczyłbym ją nawet za jedną z najlepszych pozycji krajowego thrashu. Oczywiście kolejne albumy Dragona również są dobre, właściwie całkiem złej płyty ten zespół nie nagrał (z wyjątkiem Twarzy, ale wszyscy tę płytę pomijają, sami muzycy też, a Unde Malum można się czepiać, ale tragedii też nie ma). Horda jednak najbardziej się wyróżnia. Mamy tu utwory, które powstawały w latach 80-tych, więc całość przesiąknięta jest klimatem tamtej dekady. I nie ma tu też, co oczywiste, jeszcze wpływów death metalowych, co od drugiego albumu jest jednak dla Dragona standardem. Horda to dziki, przeważnie szybki thrash, ale też z trochę progresywnym charakterem. Nie jest to co prawda taki prog-thrash jak u Wolf Spidera, tu jest bardziej dziko i surowo, ale riffy są urozmaicone, a struktury utworów bywają pokombinowane. Jest w tym też pewna chwytliwość, więc album obfituje w masę świetnych thrashowych killerów i hymnów. Siedem Czar Gniewu, Beliar i Armagedon to najlepsze przykłady. Zwłaszcza te dwa ostatnie – szybkie petardy, które też łatwo wchodzą do łba. Refreny proszą się, żeby je zaryczeć. Reszta płyty też rzecz jasna bardzo nie odstaje, genialna jest Niewinna Krew, trochę wolniejsza, ale równie wściekła. W tytułowym mamy kolejny nośny refren (nie melodyjny, po prostu dobrze wchodzi), a w Kapłanach Zdrady, poza tym, że to kolejny dobry numer, niezły popis Bomby na garach na sam początek. Genialny jest wokal na całej płycie – Marek Wojcieski wydziera się z niesamowitą pasją i wściekłością, co jest wręcz wzorem jak śpiewać thrash. Texty są, można powiedzieć, specyficzne, ale mają klimat. Dominują tematy biblijnej apokalipsy, fantastyki, wojny, ale świetnie pasują i na pewno bym ich nie zmieniał. Swoją drogą, powstała też angielska wersja tego albumu, zaśpiewana przez Grzegorza Kupczyka z Turbo, ale do polskiej nie ma startu (co ciekawe, ponoć był to pomysł wydawców, a Grzegorz machnął te wokale bez wiedzy zespołu). Czepiać się można tylko brzmienia, ale wtedy mało która metalowa płyta z Polski brzmiała dobrze (choć i tak jest lepiej niż na Epidemiach Turbo). Po za tym album ma wszystko co trzeba. Szkoda trochę, że to taki jednorazowy wyskok zespołu, bo potem nastąpiły znaczące zmiany składu i stylistyki na brutalniejszą, co dało trzy kolejne świetne płyty, ale to już inny klimat niż Horda.

Mutineer



wtorek, 22 kwietnia 2025

Nifelheim -Nifelheim (1995)

Po raz nie wiem który słucham jedynki Nifelheim, i za każdym razem nie jestem w stanie wyjść z podziwu nad kurwa, tą płytą. Cały ten krążek jest dosłownie definicją maksymalizacji speed i black metalu. Wszystkie instrumenty cholernie szybkie, a brzmienie gitary jest po prostuostre jak żyleta, co nie tylko idealnie pasuje do tempa narzuconego przez gary, ale też nadaje chłodny charakter całemu albumowi  a to samo w sobie doskonale odnosi się do nazwy krainy Niflheim z mitologii nordyckiej. Wokale dla mnie w ogóle innym wymiarem  mamy tutaj do czynienia z diabelskim screamem, który jest „gęsty, ale mimo to bardzo szybki, dzięki czemu pasuje on perfekcyjne do black speed metalowego materiału. Trzeba się też pochylić nad solówkami, szybkimi i bezlitosnymi, a na szczególną uwagę zasługuje tutaj solówa z utworuPossessed by Evil” (kurwa, ten tapping połączony z synthami w tle jest naprawdę brudną i diabelską poezją). Okładka z kozłem na tronie, pod którym jest stos czaszek oraz kości, a po bokach tronu widoczne  niebieskie ognie  doskonale oddaje klimat oraz ducha materiału. Jest to pierwszy pełnoprawny album, który już nigdy nie zost przebity przez kolejne wydania grupy szwedzkich pojebów. Energia i szczere emocje płynące z tego albumu sprawiają, że cowiek najchętniej by wst, poszedł po browara i darł s razem z Hellbutherem SODOMIZER!!!

Strzał


środa, 16 kwietnia 2025

Vektor- Outer Isolation (2011)


Ok, wzięło mnie na sentymenty, bo VEKTOR jest dla mnie tym zespołem, który zmienił trochę moje postrzeganie Thrashu powstałego w XXI wieku. Tak, jest to maksymalnie techniczna odmiana thrashowej łupanki, ALE absolutnie nie jest to granie powtarzalne, z którym ten gatunek ma obecnie naprawdę spory problem. Bo umówmy się – thrash w obecnej formie to: albo wręcz się przyznaje, że brzmi tak samo jak reszta, albo się tego wypiera i udaje, że wcale tak nie jest. W tym przypadku to wypieranie się jest niepotrzebne, bo będąc szczerym, chyba nigdy nie słyszałem kapeli, która brzmiałaby w taki sposób – zwłaszcza po odświeżeniu sobie ich drugiego krążka, czyli ,,OUTER ISOLATION''. A słuchając go po raz kolejny, wyruszam w prawdziwą międzygwiezdną podróż .
To jest jeden z tych przypadków, w których nie jest to moja ulubiona płyta danego zespołu, a jednak uważam ją za najważniejszą. Bo zdecydowanie moim faworytem jest ostatni album kapeli z 2016 roku – „TERMINAL REDUX'', ale mimo wszystko to właśnie druga płyta moim zdaniem najbardziej pokazała, co muzycy Vektora potrafią. I jedną z rzeczy, która od zawsze mnie urzekała w tym zespole, jest wokal Davida DiSanto. Niekiedy brzmi on blackowo, ale jest też w stanie wydobyć z siebie tak wysokie dźwięki, że niektórych, również znanych z tego, nie ma co porównywać z talentem DiSanto. Słuchając tej płyty czuję się jak postać, która lewituje na okładce w przestrzeni rodem z jakiegoś filmu Sci-Fi. Kiedyś słyszałem (nie tyle co o samym albumie, ale o całym zespole), że jest to coś, co można by określić Interstellar thrash metalem i cóż – no nie sposób się nie zgodzić! Bo zespół wynosi tutaj słuchacza na absolutnie inną orbitę, już nie mówiąc o galaktyce. Dlaczego akurat ta kapela sprawiła, że zacząłem postrzegać w inny sposób tego typu muzę w obecnych czasach? Cóż, Vektor to goście, którzy robią to, co ich idole, a jest to bardzo proste – nie odtwarzają, a tworzą swoje. Oczywiście mają bardzo wyraźne inspiracje wieloma legendami, ale niech mi któryś cwaniak odpali ten album (czy też dwa pozostałe krążki kapeli) i powie, że brzmią bardzo naśladowczo (lub jak już istniejące zespoły) – no życzę powodzenia. Nie ma co kłamać, według mnie ta płyta nie ma słabych punktów i mimo już 14 lat na jej karku – cały czas brzmi świeżo i odkrywczo, co niewielu nawet nowym kapelom się zdarza. Jeśli chodzi o ulubione kawałki, to powiem tak – NO KURWA KAŻDY. Od otwierającego „Cosmic Cortex'', „Dying World'', przez chyba największy hicior kapeli „Tetrastructual Minds'', na „Fast Paced Society'' i tytułowym kończąc. Jeśli chodzi o techniczny thrash w XXI wieku to jak dla mnie - nie ma lepiej! Vektor w zasadzie na każdej (ale myślę, że tutaj najbardziej) płycie udowadnia, że ta muza nie musi być odtwórcza i można wynieść ją do zupełnie innego wymiaru. Kto nie słuchał to niech nadrabia, bo naprawdę warto.

Chiro.

wtorek, 8 kwietnia 2025

Slayer- Hell Awaits (1985)

Czasem można odnieść wrażenie, że Hell Awaits jest jedną z najbardziej niedocenianych płyt Slayera. Mówi się o debiucie oraz klasycznej „trylogii” nagranej pod okiem Rubina, ale album numer dwa jest zwykle trochę w cieniu. Nawet sam zespół na żywo rzadko grał coś poza tytułowym utworem. Niesłusznie, bo to jeden z najlepszych albumów jakie Slayer nagrał.

Przede wszystkim słychać tu ogromny postęp w stosunku do debiutu. Tu już nie mamy zbrutalizowanej mixtury Venoma z Maidenami, styl zespołu jest o wiele bardziej ukształtowany (nie, żeby go wcześniej nie mieli- ale inspiracje są mniej wyraźne). I oczywiście jest też sporo brutalniej, znalazł się tu thrash bardziej agresywny niż grały wówczas inne zespoły, momentami wręcz podchodzący już pod death metal. Niektóry riffy brzmią wręcz jak czysty death, do tego dochodzi mroczna atmosfera- głównie za sprawą brzmienia, album zdaje się być nagrany w jakiejś złowrogiej otchłani. Nic dziwnego, że Hell Awaits miało bardzo duży wpływ na kształtujący się wtedy death metal, a wraz z Seven Churches bywa zaliczany do prekursorów gatunku. Płytę wyróżnia też większy zwrot w progresywną stronę, utwory są rozbudowane, aż trzy mają ponad 6 minut, co jak na Slayera jest unikatowe. Na tle gatunku też się to wyróżnia, bo rzadko kiedy rozbudowanie struktur szło w parze z podkręceniem agresji. Do tych dłuższych numerów zalicza się najsłynniejszy tu, tytułowy Hell Awaits, zaczynający się od chorych dźwięków i złowrogich szeptów, co daje niezwykłą, niepokojącą atmosferę. Dziś robi to wrażenie, a co dopiero w 1985 roku! Następnie riffy powoli się rozkręcają, zespół wprowadza nas w klimat, aż wreszcie mamy główną, bardzo szybką część utworu. Mocno rozbudowany jest też At Dawn They Sleep, z paroma zmianami temp, zabójczymi riffami i pełnymi jadu wokalami. Inne wrażenie robi Crypts of Eternity, którego początkowe riffy są takie bardziej heavy metalowe, a refren nawet dość chwytliwy, ale oczywiście brutalnych zagrywek i chorego klimatu nie brakuje. W pozostałych numerach większy jest nacisk na szybką jazdę, choć w takim Kill Again (jeden z największych killerów na albumie!) albo Praise of Death też sporo się dzieje. Równocześnie mamy też Necrophiliac i Hardening the Arteries, które już bardziej zapowiadają kierunek obrany na Reign in Blood- zwarte, krótkie numery w szybkim tempie. Ciekawym patentem jest powtórzenie w tym ostatnim kawałku początkowego riffu z Hell Awaits, co tworzy klamrę dla płyty. Ciekawe jak ich styl by się rozwinął, gdyby dalej poszli w tą stronę, pewnie w pewnym momencie death metal by wyszedł. Zespół jednak wiele rozwiązań z tej płyty porzucił, ale już tu mamy wszystkie te cechy, z których Slayer jest znany najbardziej.

Mutineer

sobota, 5 kwietnia 2025

Miscreance - Convergence (2022)

 

W końcu zespół, który potrafi zagrać progresywny death jak ongiś Death czy Pestilence, nie sweepujac przy tym przez cały album. Czasem to się rzygać chce od tych hiper nowoczesnych bandów ze sterylną produkcją i sterylnymi okładkami, przykładających się bardziej do szpanowania umiejętnościami niż pisania dobrych numerów. Fajnie że w końcu pojawili się tacy, którzy postanowili podejść do tematu w bardziej old schoolowej formie. Choć obecnie najbliżej mają do innego młodego zespołu -Species. Można powiedzieć, że my mamy Species, a Włosi mają Miscreance. Oba zespoły mają sporo ze sobą wspólnego, psychodeliczne okładki, podobne podejście i inspiracje. Z tym że bohaterowie tej recenzji idą bardziej w death i mniej tu nawiązań do prog rocka. Tak czy siak znajdziemy tu klimaty mocno kojarzące się z twórczością ekip Schuldinera i Mameliego, a także z Atheist lub Cynic. Podejrzewam że inspiracją mogli być też rodacy Miscreance z Sadist, ale że ten zespół znam słabiej, to wpływów nie wyłapałem. Skojarzeń z Death miałem najwięcej, głównie tym od Humana w górę. W otwieraczu, Flame of Consciousness na dzień dobry mamy klimat jak z Individual Thought Patterns, a potem na włazi wokal, brzmiący jak Van Drunen na Consuming Impulse. Może aż trochę za bardzo Van Drunenowy ten wokal, ale ważne że dobry (najgorzej jak zespół bierze prosiaka na wokal). W podobnym klimacie jest Incubo, ale tutaj jest zmixowany bardziej z tym Death z Leprosy. Początek skojarzył mi się nawet trochę z Trapped in a Corner, z tym że ten riff tutaj jest bardziej szalony, a sam numer połamany jak przeciętny perkusista po niedanej próbie zagrania go. Oczywiście to nie tak, że wszystko od Schuldinera pozrzynali, pewnych skojarzeń się po prostu nie uniknie. Jako że Death nauchałem się dużo, to i skojarzenia nasuwają się same. Bohaterowie recenzji są jednak nieco bardziej pierdolnięci w kwestii rytmu, w tym raczej do Atheist mają bliżej. W No Empathy zdarzają się im też odjechane riffy w klimacie Voivod. Nie można jednak powiedzieć, że Miscreance gra pod ten, czy tamten band, a po prostu dobrze wykorzystuje inspiracje. Najlepszym przykładem ich inwencji jest numer Fall Apart, który jest też najbardziej kopiącym na albumie. Dużo szybkich, szarżujących riffów, a nagle w środku dość nietypowe wyciszenie, wprowadzające klimat bardziej… psychodeliczny? Jazzowy? Nie wiem, ale odpierdala się tam konkretnie. Równie dobry jest też Alchemy, choć tym razem już bez takich odlotów.

Przy całym zakręceniu muzyki tej ekipy, płyty słucha się dobrze, nie ma wrażenia przekombinowania. Do tego to dość zwarty materiał, wszystkie te wywijasy upchnęli w zaledwie pół godziny, a gdyby pominąć outro, to nawet krócej. Jedyny minus to te szeptane/ recytowane wstawki w niektórych miejscach, ale to tyle. Pozostaje czekać aż kiedyś zagrają u nas gig ( i oby ze Species!) oraz na kolejne materiały, bo skoro zaczęli od takiego debiutu, to co dopiero będzie dalej?

Mutineer

czwartek, 3 kwietnia 2025

Venator -Echoes from the Gutter (2022)

 

Z 10-15 lat temu jeszcze można było nazywać Enforcera, Skullfist albo Cauldron nadziejami heavy lub speedu, ale dziś wiadomo że te ekipy swoje najlepsze okresy mają już za sobą i raczej już bardziej nie nawojują. Swoje zrobiły, tchnęły w to granie nowe życie, ale żadnej rewolucji już chyba nie dokonają. Nadziejami gatunku są teraz zespoły nieco młodsze, które najlepszy czas mają teraz i podtrzymują ten archaiczny ogień. Czy osiągną popularność, jak wyżej wymienione nie wydaje się, ale też nie o to tu chodzi. Jednym z najlepszych przykładów jest austriacki Venator, zespół, który gdzieś w 1985 zajebał DeLoreana z „Powrotu do Przyszłości” i przeniósł się w czasie do współczesnych czasów. Kto myśli, że to Enforcer jest archaiczny, to chyba nie słysz Venatora. Choć najlepiej na żywo- jak na nich byłem, to miałem z kolei wrażenie cofnięcia się w czasie do połowy lat 80, zwłaszcza że przyjęcie mieli dobre i szaleństwo pod sceną było, co świadczy o randze jaką już sobie wyrobili wśród metali. To nie dziwi, materiał z Echoes from the Gutter (jak i z wcześniejszej epki Paradiser) jest naprawdę dobry, mocno się wybija ponad masę innych tego typu zespołów. Przy tym jest odpowiednio old schoolowy i do tego oryginalny -nie mamy tu co chwilę czegoś takiego, że o, tu słychać Maiden, tu Judasów, tam Running Wild. Ale przede wszystkim zespół potrafi tworzyć naprawdę genialne numery, naładowane mocnym metalowym kopem, ale też sporą chwytliwością. Album jest wypełniony porywającymi melodiami i refrenami, ale bez słodzenia i radiowego brzmienia. Najlepszymi przykładami otwierający Howl at the Rain, Red & Black, Manic Man, The Rising, a największym hiciorem jest Nightrider. Wypuszczone w latach 80 mogłyby być teraz klasyczkami jak Princess of the Night albo Electric Eye. Całościowo płytę można by porównać zaś z Defenders of the Faith -czyli heavy z melodią i kopem, choć proporcji tego kopa nawet jest trochę więcej niż na albumie Judasów. Wyjątkiem od tego jest kończący płytę Streets of Gold, gdzie melodia (nie tak porywająca jak w innych numerach) bierze górę nad powerem. Ten kawałek wypada więc niby najsłabiej, ale i tak jest świetny, co świadczy tylko o genialności reszty.

Tak więc Venatora można śmiało nazwać nadzieją gatunku, mało w ostatnim czasie wyszło materiałów tak dobrych i oryginalnych jak Echoes. Zostaje czekać na drugi album, oby się okazał równie dobry, a kto wie, może nawet jeszcze lepszy?

Mutineer

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

  Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na...