niedziela, 27 września 2026

Vader - De Profundis (1995)

 

Ze wszystkich płyt Vadera „De Profundis” zwykle uważany za tą najlepszą i mogę się pod tym stwierdzeniem tylko podpisać! Ekipie Petera zdarzało się co prawda brzmieć brutalniej („Litany”) albo mieć albumy bardziej różnorodne (debiut albo „Revelations”) ale to dwójeczka robi najlepsze wrażenie. Mamy tutaj Vadera w swej chyba szczytowej formie i stylistyce, w której czują się najlepiej – krótki, za to intensywny album pełen petard. A zarazem to dalej ten Vader wczesny, pełny archaicznego klimatu, choć inny niż na pierwszym albumie. „The Ultimate Incanttion” było trochę bardziej Morbidowe, więcej było tam nacisku na budowanie klimatu. Tutaj postawili raczej na solidny wpierdol, co przy pełniejszym brzmieniu gitar daje naprawdę mocny efekt. Trochę mniej podoba mi się sound perkusji, ale to szczegóły. Zmienił się też wokal Petera, na jakby mniej mroczny, ale za to bardziej charakterystyczny dla niego. No dobra, ale to nie drobne zmiany decydują o zajebistości tego materiału, w końcu debiut też był świetny. Przede wszystkim mamy tu zestaw porządnych, kopiących numerów, zaczynając od rewelacyjnego otwarcia - „Silent Empire”. Sporo tu świetnych riffów, w typowym dla Vadera stylu, srogiego bębnienia Docenta i szybkich temp. Bardzo reprezentatywny numer nie tylko dla płyty, ale całej twórczości zespołu. „De Profundis” jest też wbrew pozorom dość urozmaiconym materiałem, bo mamy taką skondensowaną w niecałych dwóch minutach rzeź jak „An Act of Darkness”, ale i momenty nieco wolniejsze jak w „Incarnation” (choć Doc i tak blastuje jak pojebany). Płyta przyniosła też zespołowe hity w postaci „Blood of Kingu” i często granego na żywo „Sothis”. Ale utworów z hitowym potencjałem (jak na standardy gatunku oczywiście) jest więcej -wspomniany „Silent Empire”, albo „Of Moon, Blood, Dream and Me”. Z resztą Vader zawsze umiał tworzyć chwytliwy death metal, co wynikało na pewno z thrashowych korzeni. Co do korzeni, to znalazł się tu też stary numer – „Reborn in Flames”, pierwotnie na demie „Necrolust” z 1989. Nie wiem czy starsza wersja nie jest ciekawsza, bardziej tajemnicza i surowa, ale tej też nic nie można zarzucić. Na pewno jest brutalniejsza i ma fajne outro, gdy wszystko zwalnia i cichnie, żeby zaraz znów bezlitośnie dowalić.

Po za tym że to doskonały kawał Vaderowego deathu, „De Profundis” jest też istotnym albumem, jako że umocnił pozycję zespołu, zaczynającego wtedy podbój świata. I jeszcze udało się to, gdy zaczął się kryzys gatunku, co jest naprawdę niezłym wyczynem. Naprawdę genialny materiał, i znów kusi odpalić go ponownie...

Mutineer

wtorek, 8 września 2026

Ominous Moon - Walking the Dead (2024)

 

Brytole nie byli nigdy potęgą w thrashu, ale trochę klasyków mieli. A jeszcze więcej prekursorów gatunku. A jak to wygląda obecnie? Szczerze mówiąc, nie wiem, bo nie śledzę tamtejszej sceny. Ale takie twory jak Ominous Moon pokazują, że chyba nie jest tam najgorzej i wciąż powstają ciekawe materiały. Poznałem ich swego czasu dzięki wywiadowi z Underground Unleashed Zine (pozdro!). To trio z Southend-on-Sea (kawałek na wschód od Londynu) jest old schoolowe do bólu, dużo rzeczy robią metodami DIY, własne plakaty, ulotki, grają jakby był maxymalnie rok 1985-86, gdy kolejne zespoły próbowały przekraczać granice, a brzmią totalnie obskurnie. Jak tylko wybrzmi tajemnicze intro, to od razu rzuca się w uszy to brzmienie -jak jakaś stara demówa z piwnicy. A to przecież pełny album. Niejednego ta produkcja odrzuci, ale w końcu Ominous nie tworzą dla mas - lubisz plugawy old school, albo wypierdalaj! Na początku skojarzyli mi się z demami polskiego podziemia thrash/ death, ale jednak muzycznie tu mamy trochę inne rejony. Nasi Angole napierdalają raczej pierwotny, brudny thrash, w którym sporo jest z pierwszej fali blacku. Głównym skojarzeniem ich muzyki był u mnie Celtic Frost z „Morbid Tales” i tak myślę że stoją najbliżej tego właśnie bandu. Zanim ktoś jednak zacznie narzekać, że „eee, kolejny black/ thrash, nuda”, to powiem, że nie całkiem. To nie jest kolejny klon Sodom/ Venom/ Midnight, jakich pełno (choć takie też są fajne). Jakby to była rzeczywiście płyta z połowy lat 80, można by ją określić jako „proto- extrema” - coś co mogło wyewoluować później w death metal, ale póki co jeszcze niepozorne. Tempa są raczej średnio szybkie, czasami zalatują nawet punkiem (jak w „Skeletal Lunarcy”, główna część „Death Is in the Air”), czasem Venomem („Waking the Dead”- nawet wokale trochę Cronosowe) a w „Blast Lung” jest nawet bardziej doomowy riff, ale przez tą surowiznę skojarzył mi się raczej z Autopsy, niż Candlemass czy Black Sabbath. Zdarza się jednak, że czasami napieprzają trochę mocniej, zbliżając się do rejonów brazylijskiej rzezi („Death Is in the Air” albo „Stone Cold Metal”) ale te momenty jednak nie dominują.

Album raczej nie będzie dla każdego -wrażliwcy lubujący się w ładnie wypolerowanym brzmieniu mogą sobie odpuścić, odpadną pewnie i tak już w pierwszym kawałku. Ale dla fanów old schoola, zwłaszcza słuchających piwnicznych dem będzie to miód na uszy. Co prawda, nie wiem czy nie przegięli z tym demówkowym soundem, bo jednak albumy zawsze brzmiały bardziej profesjonalnie, ale ważne że jest w tym szczerość i pasja. Zostaje im kibicować, niech dalej hałasują, póki w Kalifacie Anglii to jeszcze legalne.


Mutineer

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

KAT - Bastard (1992)

 

Kiedy jeszcze żył Romek, Luczyk miał w zwyczaju pruć się w jego stronę przypisując sobie trochę za dużo zasług i narzekając, że wokalista śmie grać jego utwory. Często było to dość absurdalne, niektóre jego wypowiedzi były w stylu „Kostrzewski gra moje utwory! Moje! Moje własne! Moje sssskarby!”. Dobra, nie ma też co umniejszać wkładu „Kałboja”, bo bez niego ten zespół by nie powstał, ale też czasem by trzeba sprowadzić chłopa do pionu, bo nie stworzył totalnie każdego dźwięku. Najlepszym przykładem album „Bastard” -jedno z najbardziej zespołowych dzieł Kata.

Grupa wróciła tu po paru latach przerwy, w nieco odświeżonym składzie. Do zespołu dołączyli Oset i Regul, którzy mieli duży wpływ na muzykę. Styl zespołu też uległ pewnym zmianom, numery stały się bardziej złożone i połamane, w efekcie to jedna z najbardziej progresywnych płyt Kata. I po drugie, muzyka ma tu znaczniej indywidualny charakter, jak wcześniej porównania z Venomem, Metallicą czy Slayerem bywały na miejscu, to tutaj z niczym konkretnym już nie można tego grania porównać. Trochę niestety zniknęła gdzieś ta aura niesamowitości, za którą uwielbiam „Oddech” i „Szóstki”, ale czysto muzycznie „Bastard” jest albumem naprawdę rewelacyjnym i bardzo dopracowanym. Najlepsze momenty? „W Bezkształtnej Bryle Uwieziony” -chyba najbardziej reprezentatywny, z wieloma zmianami temp, urozmaicony i z charakterystycznym textem Romka. Od razu zwraca też uwagę mocne brzmienie perkusji na albumie, ma takie fajne pierdolnięcie. Są fajne killery, jak utwór tytułowy (te mocarne riffy!), „Odmieńcy” i wyładowane solówkami „Piwniczne Widziadła”. Są utwory wolniejsze – posępny „Zawieszony Sznur” i nieco luzacki „W Sadzie Śmiertelnego Piękna”. Z tym wszystkim kontrastuje najsłynniejsza katowska ballada, „Łza dla Cieniów minionych”, klimat smutku i straty został w niej świetnie oddany.

Co prawda liryki zaczęły na tej płycie dryfować już w nieco dziwnym kierunku (patrz „Odmieńcy”, „Bastard”) ale wciąż są dobre, bez tych kwiatków z kolejnych płyt. W większości mamy całkiem niezłą, typowo- Romkową poezję (oczywiście jak się lubi jego styl, bo nie wszyscy są entuzjastami). Do tego dochodzi ciekawa okładka, ale trzeba pamiętać, że pierwotna wyglądała nieco inaczej (ale tą starą wersję też lubię). Ostatnie tak doskonałe dzieło Kata, potem bywało już z tym różnie...

Mutineer

sobota, 29 sierpnia 2026

Warfist - Grünberger (2019)


Warfist zaprezentował niedawno ostatni album i zapowiedział zwiniecie interesu, to też dobry pretext, żeby przypomnieć ich nieco wcześniejsze dzieło. „Grünberger” to był mój pierwszy kontakt z tą ekipą i ta płyta zrobiła na mnie spore wrażenie. Katowałem ją jakiś czas najpierw na jutubie, potem na cedeku. Później mi przeszło, ale od czasu do czasu dobrze do niej wrócić, bo to naprawdę konkretny cios. Co prawda Warfist nie jest najbardziej oryginalnym zespołem, daleko do jakiegoś ultra- wizjonerstwa, ale i tak trochę się wyróżniają wśród wielu black/ thrashowych ekip. Ciężko mi właściwie opisać na czym to polega, trzeba posłuchać. Z porównaniami do jakichś nazw też nie jest łatwo, po prostu napierdalają po swojemu i tyle. No i przyznajcie, że concept album o historii Zielonej Góry zamiast hymnów ku czci Rogatego to też dość oryginalny pomysł. W każdym razie, skoro black/ thrash, to mamy tu intensywną dawkę wpierdolu. Poprzedzonego jednak łagodnym intrem z „Black Army”, ale to taka cisza przed burzą. Bo już samo „Black Army” zapewnia niezły łomot, po czym następują kolejne killery. Bywają nawet jeszcze bardziej zabójcze, jak ultra szybki „Atrocious Saviour” albo „Death by the Cleansing Fire”, gdzie zasuwają momentami nawet na blackowo. Choć jest też taki „March od Death”, który obfituje w więcej zwolnień i klimatu. Brzmieniowo jest raczej surowo, ale to też nie piwnica. Ale przede wszystkim materiał jest też bardzo chwytliwy, większość kawałków szybko wchodzi do głowy i wiele refrenów można krzyczeć razem z Mihem. Najbardziej „The Punishment” ale „Feasting on Dead Bodies”, „Slay, Swive and Devour” i wspomniany już „Death by the Cleansing Fire” też mają sporo chwytliwości. Co daje duży potencjał koncertowy – na żywo to musiała być moc! Niestety jakiś czas temu Mihu zrezygnował z grania na scenie, czyniąc z Wojennej Piąchy zespół tylko studyjny. Szkoda, bo zobaczyłbym tą załogę w akcji, nie wiem, może się chłop jeszcze namyśli i przed rozwiązaniem grupy coś zagra.

Jak ktoś szuka wirtuozerii – to nie tutaj. Ale jak potrzeba solidnego wpierdolu- „Grünberger” będzie jak znalazł. Równocześnie mam wrażenie, że ta płyta powinna podejść też tym co zazwyczaj w black/ thrashu nie siedzą. Zaraz sami zaczniecie krzyczeć „The Punishment!!!”.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Templar - Conquering Swords (2026)


Sporo znajomych zachwycało się ostatnio Templarem, niektórzy się cieszyli, że zagra on na Heliconie, to się zacząłem zastanawiać, czy to naprawdę jest aż tak zajebiste? No to posłuchałem i cóż mogę powiedzieć – tak, to jest aż tak zajebiste. Obok Century to kolejny świetny zespół ze Szwecji grający naprawdę dobry heavy bez tępego zrzynania, czy nadmiaru melodyjek i to taki heavy, do którego chce się nie raz wracać. Szwedzi po raz kolejny przyczyniają się do heavy metalowego odrodzenia. Wcześniej powstawały tam takie ekipy jak Wolf, potem Enforcer, Ambush, w ostatnich latach właśnie Templar, Century, Midnatt. Z tym że te nowsze grupy idą w granie bardziej klimatyczne i z większymi odwołaniami do rodzimej klasyki z Heavy Load na czele. Nie inaczej jest z Templarem, choć równie dobrze można mieć skojarzenia ich grania z Mercyful Fate, Angel Witch, Helstar, albo Stormwitch. Trochę jest epickiego klimatu, ale bez nadęcia i patosu, brzmienie jest surowe i można pomyśleć, że to płyta nagrana w połowie lat 80. Ciekawy jest wokal, jak nie lubicie falsetów, czy ogólnie wysokich, to spokojnie – tu są raczej głębokie i podniosłe. Jest tu trochę mroczniejszej atmosfery (a tego jako fan debiutu Angel Witch nie mogę nie docenić) choćby w takim „White Wolf” z klimatem wyjętym z zapomnianego lochu. Do tego dochodzą naprawdę dobre riffy - na przykład w utworze „Witchking”, poprzedzonym intrem „Gates of Angmar” (tego z kolei jako fan Tolkiena nie mogę nie docenić). Album jest też dość zróżnicowany, bo są też szybsze kawałki jak „Excalibur”, brzmiący jak zaginiony hicior z 1985 i speedowy „Rainbow’s End” (trochę zalatuje… Enforcerem?) ale i balladka „The Sorceress”. Całkiem udana, co tak często się nie zdarza wśród młodszych zespołów, tu jest klasa. I jeszcze dochodzi do tego bitewny hymn w postaci „Conquering Swords” - przy takich numerach samemu ma się ochotę chwycić za miecz… jak nie w realu to przynajmniej w jakiejś gierce. Ogólnie przy słuchaniu tej płyty można przenieść się na chwilę do jakiejś krainy fantasy pełnej monstr i herosów -przynajmniej taki mniej więcej klimat się tu udziela.

Trochę zastrzeżeń mam jedynie do okładki, jej pomysł jest fajny, trochę w typie ilustracji Franka Frazetty, ale niezbyt leży mi wykonanie. Bardziej wygląda na szkic niż ostateczne dzieło, ale nie wiem, może tak miało być. W każdym razie z granego po staremu heavy metalu to w tym roku jak na razie najlepszy strzał, a wszystkim fanom gatunku radzę mieć Templara na oku. Kto wie, co jeszcze nawojują w przyszłości…

Mutineer

środa, 29 lipca 2026

Judas Priest - Stained Class (1978)

 

Judas Priest lat 70 to niezły odjazd. Niby podobne granie do tego z kolejnej dekady, ale równocześnie jakże inne. I tak naprawdę te albumy to kronika tego, jak kształtował się heavy metal. O ile gatunek wynaleźli Black Sabbath, to Judasi przekuli go do znanej nam dziś postaci. Mamy niepozorne początki na Rocka Rolla, sabbathowo- bluesowy hard n’ heavy na „Sad Wings of Destiny” („Tyrant” to już heavy i będę się przy tym upierał) bardziej hardy „Sin After Sin” i w końcu dwie przełomowe płyty z 1978 roku- „Stained Class” i „Killing Machine”. Ważniejsza z nich jest jednak ta pierwsza, już pomijam to że pojawiło się tu pierwszy raz to klasyczne logo. Bardziej chodzi o to, że proporcje heavy nigdy wcześniej nie były tak dużo w stosunku do tych (hard) rockowych, do tego zespół ukrócił te bluesowe naleciałości. Właściwe to heavy metal lat 80 w dużej mierze ukształtował się tutaj, choć brzmienie jest jeszcze bardziej typowe dla hard rocka. Ale jak spojrzymy na utwory, to jest konkret. „Exciter” to jeden z numerów, które były prekursorami speed i thrashu – szybki, energiczny, Tipton i Downing kostkują jak szaleni, Binks okłada gary nie gorzej. Mocarny jest też „White Heat, Red Hot” (refren też taki trochę proto- thrashowy) albo jeden z moich faworytów- „Savage”, te riffy! Nieźle miażdży też „Heroes End”, nieco bardziej niedoceniany kawałek. No i właśnie, na tym albumie zaczęły dominować te ostre jak żyleta riffy, z których zespól zasłynął potem na albumie z (hehe) żyletą na okładce. Choć wiadomo, stylistyka jeszcze nieco inna, a sporo tu i tak tego hard rocka- dajmy na to tytułowy kawałek. Znalazło się też miejsce na balladę „Beyond the Realms of Death”, najbardziej znaną w ich dorobku. Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że była ona wzorem dla metalowych ballad lat 80, ale czy to prawda, nie wiem, trzeba by każdego ich autora pytać czym się inspirował.

„Killing Machine” młodszy o parę miesięcy, był naturalnym rozwinięciem „Stained Class”, już z mocniejszym, typowo metalowym brzmieniem. Przełom dla gatunku już był to mniejszy, choć kolejny krok jak najbardziej, ale to osobny temat. Czy można nazwać „Stained…” najlepszym albumem Judasów z lat 70? No, tu bym nie trochę wahał, bo nie wiem czy jednak „Sad Wings…” nie będzie lepszy. Ale najważniejszym już można. W końcu wytyczył sporo standardów dla tego co miało się dziać w metalu już niedługo później...

Mutineer

czwartek, 23 lipca 2026

Abuser - Blood Marks (2026)

 

Ależ miazga. Ależ wpierdol. I jakie dobre! Wrocławska brutalna horda w końcu wypuściła debiutanckiego pełniaka. Mieli ponoć trochę pecha w ostatnich latach i trochę z tym zeszło, ale zawartość powinna wynagrodzić cierpliwość. Mamy tutaj bezlitosny thrash, który od razu wywołuje skojarzenia z takimi brutalistami jak Morbid Saint, Demolition Hammer albo Dark Angel. Czyli podobnie jak u tamtych klasyków -wszystko podkręcone na full i często to granie ociera się już o death metal. Niektóre riffy są wręcz po prostu death metalowe. Utwory pędzą i zarzynają bez litości. Dobrze pasuje do tego ta okładka, poszczególne kawałki są jak te noże, które bezustannie na nas spadają, zadając mordercze ciosy. Ale równocześnie też jest to wszystko naprawdę dobrze zagrane, nie jakaś bezmyślna łupanka, o co w takim stylu łatwo. Choć też bez przesady w drugą stronę, bo super technicznie też nie jest. Przy pobieżnym odsłuchu utwory mogą zlać się nieco w jedną, brutalną masę (może o to chodziło -żadnej litości dla słuchacza!) ale jak się w płytę bardziej wkręcimy, to szybko wyłapiemy faworytów. Mimo że płyta to głównie szybka jazda, to parę numerów na pewno się wybija. Jak otwieracz, „Cry of the Innocent”, z charakterystycznym introsem, gdzie świetna robotę robią gary, albo ultra szybki „Painbringer”. Jednak jeszcze lepsze są „Struggling for Reality” (dobre riffy) albo „Abuser”, w którym znalazło się też trochę chwytliwości i dobry refren. Ale ciekawy jest też „Fin de Siècle” – najwolniejszy utwór w zestawie, wprowadzający nieco inny klimat. Recytacja pod koniec trochę mi się kojarzy z „Mandatory Suicide” Slayera. No i też ten kawałek pokazuje, że taki brutal – thrash nie musi być jednostajny. Co do textów, to bez niespodzianek -masa krwi i przemocy w najróżniejszej postaci.

Jakby się już czegoś czepiać, to chyba tylko produkcji, i to też nie jakoś bardzo. Gdzieś spotkałem się ze stwierdzeniem, że bębny są wywalone za głośno w stosunku do reszty. Właściwie na początku na to nie zwróciłem zbytniej uwagi, ale rzeczywiście - teraz jak pomyślę o którymś z kawałków, to od razu słyszę w głowie ten głośny werbel. Z jednej strony daje to większe pierdolniecie, ale z drugiej fakt, mogło być to bardziej wyważone. Sama perkusja jednak jest dojebana, więc dużego problemu to nie robi. Ogólnie jednak narzekać nie ma co, bo album zapewnia naprawdę srogi wpierdol, do tego dobrze zagrany. Jak oczekujecie maxymalnie podkręconego thrashu, to na polskiej scenie lepszego przykładu chyba nie znajdziecie.

Mutineer

Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Tu mogę trochę sentymentalnie polecieć, bo „Somewhere in Time” to była moja pierwsza płyta Ironów i do dziś jest jedną z ulubionych. Katowa...