środa, 28 stycznia 2026

Obituary - Cause of Death (1990)

 

Bez wątpienia lata 1989-1993 to złoty okres dla death metalu, a zwłaszcza 1990 rok był jednym z tych najbardziej dojebanych. Wtedy właśnie wyszło pełno klasyków, a sam styl był już w pełni ukształtowany. Wymieńmy choćby nieśmiertelne albumy od Entombed, Death, Deicide, Tiamat, Cancer, czy oczywiście Obituary, o którym dzisiaj będzie. „Cause of Death” uważany jest przez większość fanów death metalu za największe osiągnięcie tej ekipy i jeden z największych klasyków amerykańskiej odmiany gatunku. Co więcej, ta pozycja mocno się wyróżnia na tle innych, zwłaszcza tych z USA. Obituary nie chcieli się chyba ścigać z kolegami i jeszcze bardziej podkręcać temp, byle grać szybciej od Morbidów. Zamiast tego postawili na ciężar, więc materiał miażdży i bezlitośnie wgniata. Oczywiście szybkie tempa też tutaj są, ale jak na death metal to dużo tu momentów wolnych, co jednak daje niesamowity efekt. Raz zespół bombarduje szybkimi riffami, a za chwilę rozjeżdża nas wielotonowym walcem (lub czołgiem, ważne, że ciężkim). Genialnie pasuje do tego wokal Johna Tardy’ego, który przypomina wyziew jakichś atomowych oparów. I cała płyta ma bardzo specyficzny, ponury klimat. Trochę w kontraście do tego są dość melodyjne solówki Jamesa Murphy’ego, który dołączył wtedy do składu (gdzie ten facet nie grał?). Co się tyczy poszczególnych numerów, to ciężko wymienić te najlepsze. Płyta jest świetna jako całość, choć wyróżniłbym legendarny „Chopped in Half” – z najbardziej rozpoznawalnych deathowych kawałków z pewnością ma miejsce w pierwszej piątce. Ale ciekawe są też „Find the Arise” (stary utwór i jedyny taki typowo szybki tutaj), może jeszcze tytułowy- rozbudowany numer z ciekawymi riffami i solówkami. Niezłe, mocarne riffy ma też „Turned Insde Out”, Do tego znalazł się jeszcze cover Celtic Frost (ale brzmi praktycznie jak autorski numer, świetnie się tu wpasował).

Dobrze do tego albumu pasuje ta charakterystyczna okładka, ale niewiele brakowało, by wylądowała ona na „Benath the Remains” Sepultury, a wtedy to „Cause of Death” miałoby tą, którą dostali Brazylijczycy. Jak dla mnie to dobrze się stało, bo ten ostateczny front lepiej oddaje atmosferę albumu. W ten sposób mamy dzieło nie tylko świetne muzycznie, ale i spójne z oprawą graficzną. Tym kończę, nie ma co więcej dodawać, bo chyba mi nie powiecie, że nie słyszeliście nigdy o tym albumie?

Mutineer

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Opeth - Morningrise (1996)


Kiedy wszyscy zachwycają się, jak Blood Incantation połączyło death metal z prog rockiem, chciałbym tylko przypomnieć, że Opeth robił coś takiego już niemal 30 lat wcześniej. No dobra, może nie tak zupełnie, bo oba zespoły wzięły się za to trochę inaczej – Blood Incantation potrafią napierdalać nie gorzej niż Morbid Angel, żeby przejść do łagodnego plumkania, a Opeth właściwie stworzył odrębny styl, który nie był do końca death metalem i wymyka się jednoznacznym kwalifikacjom. Zespół Mikaela Åkerfeldta wymyślił coś totalnie oryginalnego, a ich wczesne płyty (zwłaszcza pierwsze dwie) to naprawdę dzieła. Wiadomo, dużo zaczerpnęli od deathowego grania, ale jak miałbym ich porównywać do czegoś z gatunku, to do łba przychodzi mi tylko Tiamat z pierwszych dwóch albumów (z czego drugi to był już bardziej doom/ death). Raczej było to coś robionego całkiem po swojemu, przy tym bardzo progresywne i klimatyczne. Za szczyt ich możliwości jednak nie uznałbym najbardziej znanego „Blackwater Park”, który jest już albumem trochę bardziej przystępnym, a właśnie jeden z tych wczesnych - „Morningrise”. Jest w nim jakaś taka tajemniczość i chłód, do tego utwory są naprawdę świetne. Wszystkie powyżej 10 minut, naładowane różnymi motywami i zmianami temp oraz nastrojów. Raz ciężkie riffy i growle, a za chwile akustyki i czysty śpiew. I to naprawdę działa dobrze, nawet w trwającym 20 minut kolosie „Black Rose Immortal”. Mimo długości nie można się przy nim nudzić, a mimo bardzo wielu muzycznych motywów nie mamy poczucia chaosu. Najlepszym utworem jest chyba jednak „Night and the Silent Water”, a zwłaszcza jego tajemnicze outro robi wrażenie. Znalazł się tu też jeden utwór pozbawiony elementów death metalowych - „To Bid You Farewell”, w którym dominuje ta strona prog rock/ metalowa. Z resztą ten gatunkowy mix na tym albumie jest nawet szerszy, wiele riffów w tych cięższych fragmentach to po prostu posępne melodie grane przy szybkiej perkusji i srogich wokalnych wrzaskach, kojarzących się nawet trochę bardziej z blackiem. Akerfeldt dopiero na późniejszych albumach poszedł w taki głębszy growl, tu jeszcze inaczej to wyglądało.

No i dobra, można narzekać, że przekombinowane, że to nie jest prawdziwy death metal (bo nie jest) albo że granie dla smutasów, ale ja tam ten album naprawdę lubię. Przede wszystkim to materiał niezwykle klimatyczny. Idealnie jest odpalić go sobie, jak za oknem jest mgła jak cholera, albo pierze śniegiem.


środa, 7 stycznia 2026

Sepultura - Schizophrenia (1987)

 

Często tak bywa, że największy progres zespoły robią między debiutem a drugim albumem i nie inaczej było w przypadku Sepultury. Chłopacy sporo się tu podciągnęli w umiejętnościach, duża była w t zasługa nowego w ekipie Kissera, który wtedy zrobił sporo dobrego dla zespołu, w przeciwieństwie do tego, co robi z tą nazwą dzisiaj. No ale ten jego coverband to inny temat. „Schizophrenia” to album ukazujący zespół już bardziej dojrzały od trochę jeszcze chaotycznych wczesnych nagrań i ambitniejszy, ale dalej surowy i bezpośredni. Brzmienie jest tu lepsze, ale wciąż brudne, pełno tu mrocznej atmosfery i wokali jak z otchłani. Progres jednak słychać, riffy są ciekawsze, a największym przejawem ambicji jest nagranie długiego instrumentala „Inquisition Symphony”. I to udanego, bo mógł wyjść nudny, a oni podołali. Podstawą wciąż jednak są krótsze numery, robiące z naszych dup jesień prekolumbijkiego średniowiecza - „From the Past Comes the Storms”, „To the Wall” albo „R.I.P. (Rest in Pain)” (świetne riffy i te wokale „Schizophrenia, Paranoia, Insane death, Rest in pain!”). Chyba najbardziej znanym jest „Escape to the Void”, z dobrze wchodzącymi do głowy refrenami i świetną solówką, też zapadającą w pamięć. Słychać w tych kawałkach też pewne zmiany stylistyczne, „Morbid Visions” można było postawić między pierwszofalowym blackiem, a proto- death, to już tutaj mamy zdecydowanie mocarny death/ thrash. Wciąż jednak mocno stawiający na mroczny klimat, czego nie było na kolejnych płytach Sepultury. Właściwie można by porównać ten album do Slayerowego „Hell Awaits”, na obu mamy rozwój muzyczny względem debiutu, połączony z proto- deathowymi patentami i mrokiem. Nawet jest tutaj podobnie chore intro z użyciem słów puszczonych od tyłu.

Kolejne dwie płyty Sepultury pod wieloma względami były jeszcze doskonalsze, jednak wielu fanów to właśnie „Shizophrenię” uważa za tą najlepszą. Jak bym miał wybierać, to trochę bym się wahał, bo „Benath the Remains” i „Arise” też są świetne, jednak ostatnio to właśnie do drugiego albumu tej ekipy wracam najczęściej. Genialne utwory, plus ten klimat, mrok i surowizna dają tu mistrzowskie połączenie.

Mutineer

niedziela, 4 stycznia 2026

2025

 

2025 za nami i można go uznać za udany. Udało nam się ruszyć to całe przedsięwzięcie i wrzucić tutaj 35 recenzji, wydaliśmy pierwszy numer zina (drugi w drodze - info będzie na naszym fb). Wydawniczo było obficie, ale udało nam się nieco wytypować (kolejność bez znaczenia):

Frightful - What Lies Ahead

Lucille - Dawn of Destruction

Gallower – Vengeance & Wrath

Hexecutor - ...Where Spirits Withers In Its Flesh Constraint

Venator -Psychodrome

Toughness - Black Respite of Oblivion

Testament – Para Bellum

Species - Changelings

Morlord - Mundus Mortis

Phantom – Tyrants of Wrath

Coroner - Dissonance Theory

Rosary - The Broken Sacrament

Pandemic Outbreak - Torment Beyond Comprehension


Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

  Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na...