sobota, 30 sierpnia 2025

Decapitated - Cemeteral Gardens (1997)

Nigdy nie byłem za bardzo fanem Decapitated, ale ich pierwsze demo cenię szczególnie. Co więcej, według mnie to najlepszy materiał wypuszczony pod szyldem tego bandu! Nie żebym ich płyty uważał za niewystarczająco „tru”, po prostu aż tak mnie już nie biorą. Co prawda pierwszy album jest całkiem dobry, ale kolejne podchodzą już mniej, a te z Dredem na wokalu to już zupełnie nie mój klimat. Na domiar złego, zdarzały im się kolaboracje np. z wokalistką jakiegoś tam Jinjer, ale nie powinno to przesłaniać ich wczesnej twórczości, która była mocno dojebana. Zwłaszcza właśnie „Cemeteral Gardens”, jedno z najlepszych dem w polskim death metalu. Mamy tutaj taką odmianę gatunku, którą lubię najbardziej – czyli szybkie tempa, obskurny klimat i riffy zakorzenione w brutalnym thrashu. Dużo nasuwa się tutaj skojarzeń ze wczesnym Vaderem (zresztą od ich utworu „Decapitated Saints” zespół wziął nazwę) – głównie tym z demówek i pierwszej płyty. Zwłaszcza brzmienie bardzo kojarzy mi się z tym na „The Ultimate Incantation”, zaś riffy tną szybko i brutalnie. Jak w poprzedzonym intrem „Destiny”, albo w tytułowym kawałku, który rozpierdala najbardziej, szybkie riffy młócą tutaj bez litości. Choć w „Way to Salvation” pojawiają się też  trochę klimatyczne momenty, które nasuwają więcej skojarzeń z początkami Morbid Angel (czyli też zajebiście). Całość ma klimat tego wcześniejszego death metalu (z okolic 1990 roku), więc ten materiał był wtedy trochę spóźniony, ale co tam. Dodatkowe +10 do szacunku daje fakt, że kiedy nagrywali oni to demo, mieli ledwo po 16 lat, a Vitek tylko 13, a tak tu napierdala na garach! Czuć więc tą młodzieńczą energię, ale bez prostactwa – słychać, że grać to oni umieli i to naprawdę dobrze. Nikogo więc nie powinno dziwić, że poszli potem w techniczny death.

Nie ma się co zbytnio rozpisywać, bo w końcu sam materiał też długi nie jest. W każdym razie jest on do polecenia nie tylko dla fanów old-schoolowego death metalu, ale też dla fanów samego Decapitated, którzy mogą jeszcze tego dema nie znać. Warto posłuchać jak brzmiały początki tej ekipy!

Mutineer


PS: zwykle recenzuję tylko albumy, które mam na nośniku fizycznym, ale w tym przypadku jest to jeden z niewielu wyjątków, jako że jest to pozycja praktycznie niezdobywalna (można nabyć co najwyżej kompilację „The First Damned”, która zawiera numery z tego dema). W sumie ucieszyłbym się, jakby to kiedyś wznowiono, byłaby to niezła gratka dla fanów.

czwartek, 21 sierpnia 2025

Black Sabbath - Master of Reality (1971)

Nieuniknione się stało, nie żyje człowiek odpowiedzialny za najważniejszy wokal w historii metalu. Ozzy - człowiek- legenda, głos który zapisał się wielkimi literami w historii nie tylko metalu, ale też całej muzyki. Zdecydowałem się na napisanie paru słów na temat tej płyty, ponieważ dzień przed śmiercią ojca metalu była rocznica wydania tego dzieła.

Czas powstawania „Mastera” był czasem wzrastającej popularności Sabbath’ów, pierwsze dwa albumy zespołu były hitami, a wytwórnia oczekiwała kolejnego hitu, szczególnie sprzedażowego. Ciągłe koncerty oraz presja z każdej strony mogły zwiastować katastrofę. Jednak dostaliśmy album wybitny, oszałamiający, moc brzmienia, monumentalne riffy, niezastąpione wokale Ozzy’ego, genialna sekcja rytmiczna, czyli perkusja podkreślająca pierdolnięcie gitary, a do tego bas, który również dodaje mocy. MOC – słowo, które definiuje ten krążek. Nie oznacza to jednak, że jest zamuła. Pomimo potęgi, album trzyma tempo, a w niektórych momentach przyśpiesza („After Forever” oraz końcówka „Into The Void”). W moim prywatnym rankingu „Master of Reality” razem z takimi rzeczami jak "Dopethrone", "Sleep’s Holy Mountain" oraz „Relentless” od Pentagramu, zajmuje pierwsze miejsce w kategorii szeroko przeze mnie pojmowanego upalnego metalu, w końcu „Sweet Leaf” to pieśń wychwalająca właśnie weed.

Nie bez powodu wspominałem o muzyce stoner wyżej, jestem zdania, że to właśnie ten album był preledium dla doom metalu, a nie wątpliwie dzieckiem tego gatunku jest stoner, czy to się komuś podoba czy nie.

Jak już jesteśmy przy piosenkach, to lećmy dalej - „After Forever”, czyli szybszy, a przy tym zwarty kawałek z hipnotyzującym syntezatorem na samym początku. Kolejny to „Embryo” – gitarka, która w taki fajny i dość charakterystyczny sposób brzęczy. No i przechodzimy do „Children Of The Grave”. Kurwa, jak ja uwielbiam ten track. Jest on dla mnie definicją oraz esencją całej płyty. MOCNY, SZYBKI, WYLUZOWANY, ZWARTY, oczywiście z kozacką solówką oraz dojebanym końcem, gdzie można usłyszeć Ozzy’ego szeptem mówiącego 2 razy „CHILDREN OF THE GRAVE”.

Druga strona rozpoczyna się od „Orchid” - szybki instrumental który przez swoją wybitną gitarę wprowadza dosłownie do ogrodu. „Lord Of This World”, który od początku porywa swoją mocą oraz nawiedza umysł słuchacza. „Solitude” - kawałek z znikomą ilością gitary, za to z dużą ilością innych małych bajerów na czele z fletem, oprócz tego to tylko wokal oraz bas. No i oczywiście „Into The Void”, który zawsze budzi w mnie dysonans - z jednej strony dalej jest taki trans jak przy inny utworach, ale jednocześnie są zmiany tempa które zaburzają te doznania, jednak jest to dla mnie plusem.

Przyznam, że nie rozpisałem się za dużo na temat tego albumu, jestem jednak przekonany, że każdy z czytelników miał styczność z tą płyta, przynajmniej raz w życiu. Tak naprawdę całą tą recenzją chcę oddać pewnego rodzaju prywatny hołd. Nawiązując do początku chcę tylko napisać, że jedyne co teraz możemy zrobić to pamiętać oraz słuchać i hołdować to, co nam Ozzy razem z całym zespołem zostawili.

Pozdro,

Strzał 

piątek, 8 sierpnia 2025

Phantom - Tyrants of Wrath (2025)


W 2023 mexykański Phantom zwrócił uwagę bardzo udanym debiutem „Handed to Exection”, który bardzo mi podpasował (przy okazji pozdro dla Barta G. Warriora, bo on mi ich pokazał). Był to kawałek naprawdę dobrego speed/ thrashu, old schoolowego i pomysłowego. Nawet wtedy zaliczyłem ten album to płyt roku. Trochę później wyszła EP „Transilvanian Nightmare” na którym ekipa zaczęła już nieco experymentować (choć w ramach dodatku do typowego wpierdolu). Wreszcie mamy drugi album, który jest fajną kontynuacją tej dzikiej jazdy, ale też kombinowania od czasu do czasu.

Że Phantom lubi wplatać urozmaicenia słuchać już na starcie - intro „Poltergeist” wprowadza nas w klimat odgłosami z jaskini i upiornymi organami, a mimo że jak na intro jest trochę długie, to wcale nie przynudza. W końcu włazi „The Tower of Seth” no i tutaj mamy już konkretną jazdę… swoją drogą główny riff kojarzy mi się trochę z tym z katowskiego „Metal i Piekło”, ale, jakby powiedział klasyk, „to z pewnością niezamierzony przypadek”. Oczywiście album wypełniony jest przede wszystkim podobnymi petardami. Bardzo podszedł mi „Thunderbeast”, numer rozwala totalnie, nie zostawiając jeńców, do tego refreny ma całkiem chwytliwe. W sumie się nie dziwię, że wybrali go na singiel. Fajnie typy napierdalają też w tytułowym, albo w „Dance of the Spiders”, gdzie robi się nawet trochę bardziej blackowo. Największe dzieło zostawili jednak na koniec – „Dark Wings of Death” to najbardziej rozbudowany utwór, z masą świetnych riffów, ostrego wpierdolu, ale też bardziej heavy metalowych momentów w środkowej części. Do tego jeszcze riffy kojarzące się z melodyjnym blackiem i świetne solo. Mistrzostwo, słychać że zespół chce się rozwijać. Nie zabrakło tutaj też eksperymentów, z czego jeden jest dość odważny - „Nocturnal Opus 666”, upiorny isntrumental na fortepianie (tak grałby Chopin, gdyby słuchał Slayera). Ciekawe, choć nie wiem, czy nie lepiej by się sprawdził jako krótki przerywnik, niż 3 minutowy kawałek. Drugi eksperyment to „Nimbus”, w którym bardziej poszli w klimatyczny heavy i wyszło zajebiście! Trochę mi się ten numer kojarzy z nieśmiertelnym „Don’t Fear the Reaper” Blue Oyster Cult, choć może też nasuwać skojarzenia z takim Manilla Road.

Phantom to kolejny zespół, który potrafi dobrze wykorzystać stare wzorce i zrobić z nich coś swojego. I fajnie że się rozwijają, aż mnie zastanawia, jaki będzie kolejny album. Więcej klimatycznych motywów? Bardziej rozbudowane struktury? No nieważne, „Tyrants of Wrath” to i tak niezły konkret. Jedyny regres zaliczyli w kwestii okładki, wyszedł kicz jak chuj, ale z drugiej strony w old schoolowym klimacie, więc bardzo to nie wadzi.

Mutineer

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Turbo - Epidemie (1989)

 

Niektórzy zarzucają Turbo, że zbyt często zmieniali styl, żeby być na czasie. I w sumie tak, zmieniali, na coraz agresywniejszy, ale to była tendencja całej ówczesnej sceny. Kat zaczynał bardziej od grania bliższego Black Sabbath, żeby przejść do „Szóstek” i „Oddechu”, Dragon miał mniej radykalne początki, thrashowy debiut i niemal death metalowy drugi album, wczesny Vader grał bardziej pod Judas Priest, zanim poszedł w thrash i death. Więc „Kawaleria” i „Wojownik” się w to bardzo wpisują, a przy tym ta ewolucja brzmi tam bardzo naturalnie. To ciągle ten sam zespół, który chciał grać agresywnie i pod wpływem kolejnych inspiracji to realizował. „Epidemie” wydają się tutaj jednak nieco dziwne, bo trochę ta ewolucja się tu zaburza. Tutaj naprawdę ma się wrażenie, że Turbo nie tyle się zainspirowało, co próbowało naśladować jakiś inny zespół. Niby są tutaj wspólne punkty z wcześniejszymi płytami, ale jednak stylistyka mocno odbiega. Znaczenie mogło oczywiście mieć dołączeni Litzy na gitarę (później znanego choćby z Acid Drinkers) który mógł przemycić nieco inne podejście. No tak czy siak, moje pierwsze skojarzenie, kiedy usłyszałem „Ocean Łez”- Turbo próbuje grać jak Anthrax! Sporo można mieć skojarzeń z ekipą z Nowego Jorku, skandowania we wspomnianym numerze są jak wyrwane z ich twórczości. Podobnie ma się sprawa w „Pętli Czasu”, gdzie zastosowali schemat ostra zwrotka- melodyjny refren. Ale trochę przedobrzyli, bo trochę za wesoły wyszedł. Drugim skojarzeniem może być Wilczy Pająk, bo niektóre pokręcone struktury przypominają to, co grali (z tym, że raczej później- na „Kingdom of Paranoia”). Ale ale, to nie tak, że cała ta płyta zrzyna od innych, bo jednak sporo tu również ciekawych pomysłów i dobrych kawałków. „Salvator Mundi” to naprawdę genialny numer, najlepszy na płycie. Fajnie kopie, a do tego sporo motywów tu upchali, ale trzyma się on kupy no i nie wywołuje tylu skojarzeń z innymi zespołami. Świetny jest również „AIDS” - trochę bardziej melodyjny i mający też sporo Turbowego charakteru, oraz „Szalony Świat”. To jest najlepsza trójka, choć niezły jest „Ocean Łez” (nawet mimo za dużego zapatrzenia w Anthrax) i „Gniazdo Smutku”. Nie ma też utworu, który mógłbym nazwać całkiem złym, choć refren w „Anty R.J. Ewa” jest…osobliwy, delikatnie mówiąc. Głównym minusem jest tutaj brzmienie- trochę mało poweru w gitarach i przytłumiony wokal, przez co te utwory tracą sporo kopa i łatwo się od całości odbić.

Epidemie to w zasadzie całkiem dobra, ale dziwna płyta. Taki skok w bok raczej, do tego sam zespół trochę się od niej odciął. Wojtek Hoffman stwierdzał, że owszem, jest dobra, ale powinien nagrać ją raczej Wilczy Pająk. Może i tak, ale taki „Salvator Mundi” w setliście raz na czas by nie zaszkodziło.


Mutineer

Testament - Para Bellum (2025)

  Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprz...