wtorek, 27 maja 2025

Overkill -Taking Over (1987)

To jedna z tych płyt, które niby są znane, ale równocześnie mało dostępne. Nie wiem, od jak dawna chciałem kupić tego klasyka, ale albo nigdzie go nie było, albo ceny były z kosmosu. Ktoś chyba jednak poszedł wreszcie po rozum do głowy, bo pojawiło się regularne wydanie, choć sama forma pozostawia trochę do życzenia (digipak i jeszcze zielona ramka). Ale nie narzekam, bo i tak można poczuć się jak Indiana Jones, który zdobył poszukiwany od dawna artefakt, he he... Zwłaszcza, że „Taking Over” to płyta nie byle jaka. Czasem uważana jest za największe dokonanie Overkill. Co prawda nie ma tu jeszcze tego kunsztu z „The Years of Decay”, ale za to dzikość i archaiczny klimat wprost wylewają się z głośników i kiczowatej okładki! To jeszcze to Overkill z okresu pierwszych dwóch płyt – surowsze i mocniej przesiąknięte heavy, ale już konkretniejsze niż na debiutanckim „Feel the Fire”. Znacznie poprawiło się tu brzmienie, a i same kompozycje są ciekawsze. Na powitanie mamy srogi thrashowy wpierdol w „Deny the Cross”, a zaraz potem równie szybki, ale i chwytliwy „Wrecking Crew” – mocno koncertowy killer. Przy okazji w tych numerach są też jedne z najlepszych solówek, jakie wyszły spod paluchów Gustafsona. Mocno zabójczymi kawałkami są też „Powersurge” i chyba największa petarda – „Electro- Violence”. Znajdziemy tu też takie numery jak „Fear His Name” z bardzo heavy metalowym klimatem, wręcz czuć tutaj Maidenów, a także naczelny hicior płyty – „In Union We Stand”, wręcz stworzony pod występy na żywo. Trochę podniosły, hymnowy, z refrenem do chóralnego ryczenia pod sceną. Za to na zakończenie płyty „Overkill II (The Nightmare Continues)”, czyli najbardziej rozbudowany utwór, w którym fajnie wykorzystali niepokojący klimat. Przy okazji można zauważyć, że Blitz mocno tu jeszcze kombinował z wokalnymi technikami, bo pojawiają się skrzeczące krzyki, a w bardziej melodyjnych momentach próbował śpiewać bardziej jak w typowym heavy. Niestety słychać, że nie miał do tego głosu, to też na późniejszych płytach to zarzucił. Na mój odbiór albumu jakoś bardzo to nie wpływa, no ale nie każdemu mogą te wokale podejść. Po za tym nie chce mi się szukać na siłę jakichś wad, wspomnieć można jedynie, dla nie obytych w temacie, że nie jest to thrash najszybszy ani najcięższy, ale za to bardzo klimatyczny ze względu na jeszcze mocne wpływy heavy.

Mutineer

wtorek, 20 maja 2025

Gallower - Vengeance & Wrath (2025)

Ulubiony skład połowy maniaków podziemia w końcu wrócił z nowym materiałem (druga połowa woli Frightful). Trochę już czasu minęło od wydania jedynki (zresztą całkiem udanej), ale zespół wcale nie próżnował – było sporo koncertów za granicą, wyszła też świetna epka „Eastern Witchcraft”. A no właśnie, epka – częściowo zaspokoiła głód nowych kawałków, ale jednak pełny album, to pełny album, co nie? W końcu jednak dosięgnął nas „Vengeance & Wrath”. Czy to udany materiał? Jak najbardziej, ale czy lepszy od wcześniejszych? Ciężko powiedzieć, ale na pewno podobnie dobry. Na pewno jest bardziej urozmaicony i ciekawszy. Na „Behold the Realm of Darkness” oraz „Eastern...” była bardziej bezpośrednia jazda, tutaj jest trochę więcej kombinowania, choć oczywiście to dalej typowy dla Gallowera black-thrashowy wpierdol. Z tym że więcej jest zmian tempa w utworach i innych atrakcji. Ciekawy jest już pierwszy na trackliście „Aftermath/ Protector’s Militia” – rozkręca się powoli, po intrze wchodzi świetny riff, a potem szybkie tempo właściwej części dopełnia dzieła zniszczenia. Ale jeszcze więcej zwrotów akcji jest w tych najbardziej rozbudowanych kawałkach, a aż trzy z nich zbliżają się do sześciu minut. „March Of The Carmine Cloaks” z marszowego przeradza się w szybką jazdę, tytułowy ma ogólnie sporo motywów, a w „Prophecy of the Seven” na końcu pojawia się klimatyczny fragment, w którym Tzar brzmi jak szaman/prorok/wieszcz (niepotrzebne skreślić). Oczywiście dalej sporo tu numerów po prostu kopiących ładnie po ryju – „The Revelation”, „Bubonic Breath”, „Relentless Retaliation” w średnim tempie (godny następca „Gutter Rats”) albo bardziej bezpośredni wpierdol w „The Dead Despise The Living”. Choć mnie najbardziej rozpierdala „Demonic Ascent”, kosa jak cholera i całkiem chwytliwe refreny – podejrzewam, że na koncertach może być na tym kawałku najbardziej srogi mosh.

Brzmienie jak zwykle jest fajnie brudne i archaiczne, choć dźwięk gitar bardziej podobał mi się na „Eastern Witchcraft”, ale za to bębny zyskały na potędze. Nie mam za bardzo się do czego przyczepić, więc zostaje tylko pogratulować udanej płyty. Jest wpierdol, słychać ciekawe pomysły i rozwój stylu, to czego tu chcieć więcej.

Mutineer

czwartek, 8 maja 2025

Miecz Wikinga - Grona Gniewu (2004)

 

Miecz Wikinga to zespół z kategorii „Utracona nadzieja” albo „Zmarnowany potencjał”. Swego czasu wydali naprawdę świetną płytę i zniknęli. Do tego w czasach, gdy ta młodsza fala heavy jeszcze się nie zdążyła rozkręcić (o Enforcerze ani Skullfist nikt raczej jeszcze nie słyszał) musiało to robić wrażenie. Miecz Wikinga był wbrew muzyce tego okresu bardzo old schoolowy, a przy tym dość oryginalny w swym graniu. Wyróżniał się mocno polskimi textami a także inspiracjami- ze względu na liryki jak i muzykę nasuwają się skojarzenia z Turbo, po części też wczesnym Katem, ale w mniejszym stopniu. Przede wszystkim mamy tu granie kojarzące się głównie z twórczością poznańskiej grupy z czasów "Kawalerii Szatana", nie brakuje też zagrywek trochę Maidenowych i porywających melodii. Czego przykładem najlepszy utwór albumu- "Żelazne Miraże", w szybkim tempie, z pędzącymi riffami i chwytliwymi refrenami. Prawdziwy metalowy hymn i killer! Ciekawie jest też w innych numerach, jak "Tron Szyderczych Prawd", "Grona gniewu", albo "Odsieczy Czas". Bardziej Katowsko jest w "Anielskim Puchu", który może nasuwać odległe skojarzenia z "Łzą dla Cieniów Minionych", oraz w "Husarii Lepszego Stworzenia"- tam przede wszystkim klimat jest trochę zbliżony do tego, co Kat grał na Szóstkach. Textowo też jest bardzo w klimacie polskich klasyków, wystarczy zresztą spojrzeć na same tytuły. Choć tu też bardziej Turbo niż Kat, bo nie znajdziemy tu tak radykalnych numerów o piekle (i metalu) jak pisał Roman. Wszystkie te inspiracje dały tu już jednak jakiś własny pomysł, bo Miecz Wikinga i tak brzmiał dość oryginalnie. Ciekawe, jakby ich styl rozwinął się na kolejnych płytach, które jednak już nie powstały. Zespół parę lat jeszcze istniał, ale w 2007 zmienił nazwę na Harpia, żeby wykitować ostatecznie w 2010. Trochę nie trafili w swój czas, gdyby powstali nieco później, gdy już wychodziły pierwsze płyty Enforcer lub Cauldron mogłoby to całkiem inaczej wyglądać. Na fali sukcesów tamtych bandów mogliby sobie całkiem nieźle poradzić. Szkoda wielka, ale zostawili przynajmniej po sobie kawał świetnego materiału.

Mutineer

wtorek, 6 maja 2025

Type O Negative -Slow, Deep and Hard (1991)

Zawsze zachowywałem dystans do Type O Negative, jednak kiedyś usłyszałem, żebym jednak posłuchał ich pierwszego albumu – po pół roku w końcu to zrobiłem i muszę przyznać, że zmiotło.

Jednym z najważniejszych elementów sztuki jest umiejętność wyłapania emocji i wlania ich do „dzieła”, a metal szeroko pojmowany tworzy przestrzeń do tego idealną. To właśnie muzyka, z której płyną szczere emocje jest, moim zdaniem, tą najlepszą i najprawdziwszą. A jeśli weźmiemy do tego Petera Steele'a (w stanie nieprzewidywalności oraz z załamaniem psychicznym), dodamy bezkompromisowy styl pisania tekstów (znany z Carnivore – „Male Supremacy” i „Jesus Hitler”) to dostaniemy „Slow Deep and Hard”.

Album jest emocjonalny jak jasna cholera, a styl muzyczny można określić jako połączenie sludge gotyku wraz z crossoverem w stylu Carnivore, co sprawia, że album brzmi dość chaotycznie. Podczas pierwszego odsłuchu miałem wrażenie, że za chwilę będzie koniec utworu, ale była to dopiero jego połowa (raz słychać Carnivore, a chwilę później wolny walec brzmiący jak “zgniła zieleń’’). Daje mi to poczucie pewnego dysonansu, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu – mimo że wcześniej pisałem o tej całej niespójności, to jednak umiejętne posklejanie tych riffów razem z tekstami daje wręcz dziwne poczucie spójności (oprócz „The Misinterpretation of Silence and Its Disastrous Consequences”, które jest po prostu 64 sekundami ciszy). Ten nieokiełznany styl daje wrażenie obcowania z ciągłym metaforycznym wymiotem wymierzonym w rzeczywistość otaczającą Petera – raz jest agresywnie, raz smutno, a raz obrzydliwie, za to sam klimat wieje nihilizmem/ weltschmerzem. I właśnie ta szeroko pojęta brzydota idealnie określa, z czym mamy do czynienia – sygnalizuje nam to już sama okładka (paskudny kutas).

Album dość mocno został przyćmiony przez sukces kolejnych – „Bloody Kisses” oraz „October Rust”, ale to właśnie „Slow Deep and Hard” uważam za najciekawszy oraz godne uwagi dzieło tego niepoprawnego zespołu.

Strzał


piątek, 2 maja 2025

Frightful - What Lies Ahead (2025)

Frightful narobił trochę zamieszania swoim pierwszym albumem, który był jedną z najciekawszych pozycji w polskim death metalu w ostatnich latach. Zwłaszcza, że był to materiał dość oryginalny, czerpiący zarówno z obskurnego thrash i death, jak i takiego Dissection. Z drugiej strony, Spectral Creator był na tyle udany, że zespołowi nie było łatwo do niego doskoczyć. Ale udało się, bo "What Lies Ahead" jest równie dobry, a może nawet i lepszy.

Pierwsza rzecz, jaka zwróciła moją uwagę po odpaleniu płyty – brzmi ona potężniej, niż na jedynce. Tamto brzmienie z debiutu, jakby nagrywane w mrocznej otchłani i z wokalem jak ze studni było oczywiście dobre i bardzo dodawało klimatu. No ale gdyby każdy kolejny album miał takie samo, to mogłoby się to stać nudne, a poza tym może i jest mniej tajemniczo, ale z większą potęgą. Bliższe jest do tego Frightfula koncertowego (a oni na żywo sieją zniszczenie totalne) – bardziej bezpośrednie i kopiące po ryju, choć klimat został oczywiście zachowany. Oprócz tego dużych zmian w samej muzyce nie ma. Dalej mamy tu ten typowy dla nich death metal z wpływami thrash i blackowymi, a zmiana gitarzysty nie miała na to większego wpływu. Eryk Jakubczyk całkiem nieźle wpasował się do zespołu; widać, że chłop dobrze poczuł ich stylistykę (a maczał palce w połowie utworów). Pośród napierdolu mamy sporo urozmaiceń, więc poszczególne kawałki wyróżniają się i zostają na dłużej we łbie. Mi bardzo podszedł  "No Fear", gdzie mamy sporo intensywnej jazdy, jak i też bardziej melodyjne i dość chwytliwe riffy, które robią świetną robotę zwłaszcza w końcówce utworu. Bardzo wybija się też ostatni na płycie "Inexplicable", z akustycznym zwolnieniem, które wydaje się outrem, a tu nie! Chwilę później napierdalają dalej. Tytułowy numer ma całkiem chwytliwe refreny i blackowe wstawki, a w "Disincarnate Sower" jest też sporo dobrych riffów, które momentami kojarzą się trochę z Dismember. Wspomnieć trzeba też o "Into the Phantom Hearts", gdzie jest ogólnie sporo motywów, zmian tempa, no prostu monumentalne dzieło. Na nudę więc na pewno nie ma co tu narzekać. I nie tylko na nudę, bo nie da się tu do czegokolwiek doczepić. Wyszedł genialny album, myślę, że w czołówce płyt roku znajdzie się na pewno. Przydałoby się jeszcze ich złapać z tymi utworami na żywo, niezły będzie rozpierdol.

Mutineer

Testament - Para Bellum (2025)

  Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprz...