piątek, 25 lipca 2025

Tankard - Chemical Invasion (1987)


Jakoś tak jest, że ze wszystkich rodzajów metalu to thrash najbardziej kojarzy się z piwem. Winowajców tego stanu rzeczy szukałbym we Frankfurcie- tam powstał Tankard, który połowę swej twórczości oparł na kawałkach o chlaniu piwska. Można by nawet utworzyć dla nich osobną kategorię - „beer thrash”, albo „alcoholic thrash”. Nie należy mylić ich jednak z pajacami, którzy śmieszkują sobie by odwrócić uwagę od słabych utworów, bo Tankard grać umie. Ich thrash potrafi być naprawdę konkretny i nie odbiega zbytnio od innych kolegów z Niemiec. Za ich największe dokonanie uważam drugą płytę, „Chemical Invasion” – bardziej mi ona podchodzi niż słynniejsza „The Morning After”. Bez jakiegoś specjalnego powodu, po prostu jest ciekawsza. Mamy tu granie totalnie dzikie, szybkie, ale i pomysłowe. Słychać duży postęp, który dokonał się od czasu debiutanckiego „Zombie Attack”, gdzie utwory były prostsze, a refreny dość łopatologiczne (Acid Death! Acid Death!!!), choć wiadomo, to też fajny klasyk. Nie, żeby zaczęli tu grać jakoś super progresywnie, choć trafiły się tu dwa ponad siedmiominutowe numery – „Traitor” (który i tak ładnie kopie) oraz instrumentalny „For a Thousand Beers”. Oba świetnie wyszły, co świadczy o sporym muzycznym rozwoju zespołu. No ale jednak wciąż dominują te krótsze killery, które spuszczają nam konkretny wpierdol. Najlepsze przykłady to „Total Addiction” albo „Don’t Panic” i oczywiście numer tytułowy, choć w nim trochę więcej kombinują. Na start mamy bardziej bluesowe zagrywki, które potem przechodzą w niezłą rzeźnię z naprawdę świetnymi riffami. Jako że Tankard to jednak zespół jajcarski, nie brakło też luźniejszych momentów -intro do albumu to po prostu dźwięk chlania piwa, jest żartobliwy „Puke” i punkowy cover – „Alcohol”. Plus to wspomniane bluesowe intro do tytułowego.

Jak ktoś ma alergię na zbyt dużą ilość humorku w metalu, to uspokajam – to przede wszystkim konkretny thrashowy album. Otoczką nie ma się co zrażać, bo to raczej dodatek. Pod pewnymi względami całkiem fajny – okładka jak dla mnie jest genialna. Także piwo w łapę i odpalać Tankarda!

Mutineer

niedziela, 20 lipca 2025

Roadhog - Dreamstealer (2015)

 

Ale ten czas zapierdala. To już 10 lat jak wyszła ta płyta, a ciągle brzmi ona świeżo i dalej rajcuje. W chwili wydania trochę namieszała, mówiono, że nie ma ciekawego heavy w naszym kraju, a tu wyskoczył Roadhog i to z takim materiałem. Do dziś zresztą uważam, że to najlepszy ich album. Wciąż wypada dobrze, mimo że konkurencja w gatunku jest teraz konkretniejsza. Dobra, tylko co ta płyta ma takiego w sobie? Po pierwsze nie jest to kolejna kopia klimatów pod Judas Priest/ Iron Maiden. W ogóle ciężko mi Roadhoga z czymś porównać, bo zdołali wyrobić sobie swoje brzmienie. Ale przede wszystkim są tu świetne kawałki, masa dzikiej energii i chwytliwości. Słychać ze gra tu młody zespół, choć znający się na rzeczy. Mamy tutaj takie petardy jak otwierający „Liar” (jeśli miałbym polecić jakiś numer na pierwszy kontakt z zespołem, to właśnie ten), „Chasing the Storm” i „Roadhog”, zbliżający się już do speedu. Fajnie też kąsa galopującym riffem i wokalami „Taste Your Sin”. Nie brakuje też wolniejszych numerów, a nawet bardziej przebojowych, jak „Poison Man” i „Dead of the Night”- ten ostatni to już trochę bliżej takiego WASP. Ale właściwie cała płyta to zestaw murowanych koncertowych hiciorów. A no właśnie, ta ekipa jeszcze lepiej wypada na żywo, zwłaszcza w utworach z tej płyty. Byłem zresztą na jednym z gigów z okazji 10 lecia „Dreamstealera”, na którym zagrali wszystkie numery z albumu i jak zwykle był ogień.

Nie ma tutaj oczywiście jakiegoś silenia się na experymenty albo ponowne odkrywanie Ameryki. Jest old schoolowy heavy metal według starych wzorców i dobrze. Brzmienie jedynie jest bardziej współczesne. Świetnie pasuje tu okładka - też w starym klimacie, a w nowszej technice, wykonana przez Jerzego Kurczaka- typa, który w zamierzchłych czasach tworzył cover arty dla Kata, Turbo, Acid Drinkers, Dragona, no same klasyki. Problem z tym albumem jest tylko taki, że Roadhog stworzył sobie nim poprzeczkę nie do przeskoczenia. Ich kolejne albumy też są co prawda dobre, ale nie tak jak „Dreamstealer”, który pozostaje tym najlepszym i wątpię żeby się to kiedyś zmieniło.

Mutineer

środa, 9 lipca 2025

Armagedon - Invisible Circle (1993)

 

Armagedon to dawny tytan sceny, który grał razem z Vaderem na jednej scenie w czasie, kiedy dopiero oba zespoły dopiero budowały swoją pozycję. Po czasie jednak Armagedon zszedł do podziemia, w przeciwieństwie do Vadera.
„Invisible Circle” to pierwsze wydawnictwo tej staro szkolnej gwardii z ziemi Polskiej. Nie ma tutaj momentu spokoju, jest ciągła jazda pełna zniszczenia, sama nazwa „Invisible Circle” idealnie odnosi do tego, co reprezentuje materiał - krąg zła, w którym zataczamy koła pełne agresji, bólu i cierpienia, jednak samo koło jest niewidzialne tylko słyszalne. Wokal ma dla mnie taki bardzo polski charakter, przypomina Vadera z pierwszego albumu, ale jest zdecydowanie bardziej agresywny oraz niższy. Sam instrumental jest ciężkim łomotem przeplatającym się z szybkimi fragmentami jak na prawidłowy death metal przystało. Jednak te szybsze momenty po przez surowe oraz ciężkie brzmienie utrzymują cały materiał w bardzo mocarnym, gęstym oraz monotonnym klimacie, a samo brzmienie można określić jako taka „esencja śmierci”. Są dwa małe odchyły od ciągłego stylu gry reprezentowanego na tym albumie, pierwszy to końcówka piosenki "From Beyond Oneself" gdzie razem ze standardowym graniem mamy klawisze kończące cały utwór tylko po to, aby potem uwypuklić pierdolnięcie na początku następnej piosenki. Drugi taki odchył następuje w ostatnim utworze „Insted of Epilogue” tylko że tutaj mamy do czynienia z instrumentalem z wyłączonym przesterem, który w taki złowrogi nie- metalowy sposób przygotowuje nas na dalszą część utworu. Jak już mowa o nie- metalowych elementach, to jeszcze wspomnę o intrze, które w złowieszczy sposób zwiastuje to wielkie nieskończone koło, bardzo przypomina mi intro z „Shizophrenii” od Sepultury.
Gdybym miał podsumować cały ten materiał, użył bym dwóch słów: "Polska piwnica". Album jest wspaniały, brutalny, dosadny oraz brudny, pozycja obowiązkowa dla fanów staroszklonego death metalu. 

Strzał

poniedziałek, 7 lipca 2025

Morbid Saint - Spectrum of Death (1990)

 

Zniszczenie! To najlepsze określenie dla tego albumu. Morbid Saint razem z takimi Dark Angel czy Demolition Hammer były ekipami, dla których zwykły thrash już nie wystarczał i postanowili pójść z agresją sporo dalej. Ale nie grali death metalu- po prostu doprowadzili thrash do maxymalnej agresji i okrucieństwa. Granica między tymi gatunkami jest tu już naprawdę cienka, ale wciąż ma się wrażenie, że ten materiał jest bliżej Slayera lub Kreatora niż Morbid Angel. Mamy tutaj wszystko, co najlepsze w takich albumach jak „Reign in Blood”, „Pleasure to Kill” albo „Darkness Descends”. Album jest dość krótki, za to niezwykle intensywny, szybkie riffy młócą większość jego czasu, nie dając wiele momentów wytchnienia. Wokal jest odpowiednio wściekły i jadowity, ale daleki od growlu, bardziej może się kojarzyć z manierą Petrozzy ze wspomnianego albumu Kreatora. Do tego to chłoszczące brzmienie… choć ciekawe jakby brzmiało, gdyby poszli do Morisound, jak koledzy z Demolition Hammer, którzy uzyskali tam typowo deathową produkcję. Mogłoby kosić jeszcze bardziej, ale z drugiej strony to ma swój specyficzny, brutalny urok i większą surowiznę. Utwory, jak łatwo się domyślić, są głównie szybkie i niezbyt długie, choć są też wyjątki- „Assassin” i „Scars” mają ponad 7 minut, ale kopią dupsko nie gorzej od reszty. Nawet w wolniejszych momentach, jak się już pojawią, czuć tą charakterystyczną dla tego albumu brutalność. Głównym daniem są jednak te numery trochę krótsze, a zdecydowanie najlepszym z nich (i z całej płyty) jest „Crying for Death”- istna rzeźna od pierwszych sekund, zabójcze tempa, a równocześnie riffy i refreny są na tyle charakterystyczne, że szybko zostają we łbie. Ten numer totalnie rozpierdala, ale nieźle kopie też „Lock Up Your Children” albo „Burned at the Stake”. W sumie pozostałe też, z wyjątkiem tytułowego, który jest jedynym zgrzytem tego albumu. Otóż jest to krótki, łagodny instrumental, który sam w sobie byłby fajnym przerywnikiem między bezlitosną rzezią, ale jest zagrany tak krzywo, że psuje efekt. Chyba że to było zamierzone. No ale to tylko krótki fragment, więc dużego problemu nie ma. Pomijając więc ten szczegół -płyta wybitna i obowiązkowa pozycja dla fanów gatunku, która ustanowiła wysoką rangę zespołu. Nawet mimo tego, że drugi album wyszedł dopiero po 25 latach. Z resztą, mogliby nawet niczego nie wydawać, dzięki „Spectrum of Death” i tak byliby legendą.

Mutineer




Testament - Para Bellum (2025)

  Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprz...