piątek, 31 października 2025

Annihilator - Alice in Hell (1989)


Annihilator to prawdziwa legenda thrashu, nie tylko kanadyjskiego, z długim stażem i sporą dyskografią, ale swoją renomę zawdzięcza głównie jednej płycie (w porywach do dwóch). Zespół pogubił się dość szybko, zmiany składu też działały na niekorzyść, ale dzięki klasykowi w postaci „Alice in Hell” na koncie nie poszedł w zapomnienie. Annihilator co prawda debiutował dość późno, bo w 1989 roku. Żeby wtedy zaistnieć to trzeba było być naprawdę oryginalnym, względnie brutalnym, jako że zaczynał się już najlepszy okres dla death metalu. Jeff Waters z ekipą zaoferował tą pierwszą opcję- „Alice” zdecydowanie nie było kolejną thrashową płytą jakich wiele, czy kolejnym naśladowaniem większych, mamy tu już wyrobiony styl, da się poznać po riffach, że to gra właśnie ten, nie inny zespół. Do tego jak na debiut, to materiał naprawdę dopracowany, z takimi zagrywkami i solami, do jakich niektóre zespoły musiały dochodzić na trzeciej- czwartej płycie. Kolejna sprawa to klimat- mroczny, ale inaczej niż u black/thrashów albo deathowych zespołów. Trochę horrorkowy, trochę schizowy, co dobrze obrazuje okładka (swoją drogą rewelacyjna). Najbardziej się on udziela w utworze „Schizos (Are Never Alone), Parts I & II” (no z takim tytułem to nie mogło być inaczej). Po za tym jednak to przede wszystkim dobrze kopiący thrashowy album. Są tu takie killery, jak „Alison Hell” (tytuł to gra słowna, bohaterką jest Alison, która była taką „Alice in Hell”- a obie wersje wymawia się właściwie tak samo), pełen świetnych riffów, technicznych, ale i łatwo wchodzących do łba. Do tego charakterystyczny refren, bardzo urozmaicone wokale i genialne solo. Co do wokali- Randy Rampage miał dość wzorcowy dla gatunku sposób wydarcia, agresywny i surowy. Najlepszy wokalista, jaki miał ten zespół, szkoda, że nie zabawił w nim zbyt długo. Niezłymi strzałami są też „Ligeia”, „World Salad” (tu znowu genialna solówka) albo „Wicked Mystic”, a taki „W.T.Y.D.” to bardziej bezpośredni kop, oparty na prostszych riffach. Ale największym rozpierdolem jest ostatni numer - „Human Insecticide”, najszybszy na płycie, pełen bezlitosnych szarż, ale nie brakuje też bardziej „schizowych” zagrywek.

Jak się potem okazało, debiutancki album był równocześnie tym najlepszym, a grupa miała potem już tylko pod górę. Przebić taki debiut po prostu się już nie dało. Nagrana w innym składzie druga płyta „Never, Nerverland” oraz „Criteria For A Black Widow” (ponownie z Rampage’m na wokalu) są również dobre, ale wciąż nie dorównują „Alice in Hell”.

Mutineer



poniedziałek, 6 października 2025

Morta Skuld - Dying Remains (1993)

Zastanawialiście się kiedyś, co by wyszło po zmieszaniu Obituary z Autopsy? Pewnie nie, ale brzmi to całkiem intrygująco, prawda? Zastanawiać się jednak nie trzeba, bo Morta Skuld to zespół, który w swym graniu łączy cechy obu właśnie tych składów. Podobnej rozpoznawalności jednak się nie dorobił, jako że ich debiut wyszedł w 1993 roku, a więc pod koniec złotej ery death metalu, a do tego nie przecierał żadnych nowych szlaków. Łatwo mogli zostać sprowadzeni do epigonów, ale niesłusznie, bo mimo skojarzeń z tymi bardziej znanymi hordami, nie byli jakimiś odtwórcami bez własnych pomysłów. Po prostu, mamy tu podobną stylistykę i klimaty. Dużo więc temp średnich i wolnych, z wchodzącymi co jakiś czas przyspieszeniami, a do tego grobowa atmosfera i odór rozkładu. Ale żeby było jeszcze ciekawiej, album rozpoczyna intro w klimacie soundtracku horroru – po takim przyjemnym wstępie wchodzą ponure riffy „Without Sin”. Ten numer zresztą jest dość reprezentatywny, bo pokazuje z czym będziemy mieć do czynienia na całym albumie. Sporo wolnych, miażdżących riffów, dużo zmian temp, skoki w szybsze obroty. I te wokale – trochę jak w Obituary, przypominające jakieś trujące wyziewy, ale też David Gregor ma na to całkiem inny patent niż John Tardy – głębokie growle, które czasami wykorzystuje jako złowrogie pomruki (czasem to nawet taki dodatkowy ,,instrument”). A że słowa wypluwa z siebie niespiesznie, to nie potrzebuje zbyt długich tekstów, żeby wypełnić utwór. Solówki zaś są dość melodyjne, oczywiście tak po death metalowemu, ale i wajchy zdarza się użyć. „Without Sin” można więc uznać za wizytówkę płyty, ale dalej jest równie ciekawie – „Devoured Fears” ma nieco doomowy riff i jeszcze bardziej wisielczy klimat, ale za to „Dying Remains” dla odmiany zaczyna się (i kończy) szybkim napierdolem, gdzie dopiero w środku pojawiają się urozmaicenia. Na pewno wyróżniłbym jeszcze „Scarred” z uwagi na ciekawy riff na otwarcie, a w szybszych tempach zalatuje lekko blackiem. Ale ogólnie w każdym utworze jest sporo zmian tempa i motywów, są gwałtowne przyspieszenia/ zwolnienia i oczywiście ta ponura atmosfera. Nie będzie to, rzecz jasna, materiał dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje intensywnego albumu wypełnionego szybkim młóceniem, jak np. u Deicide albo Vadera, to może się zawieść, ale za to fani „Cause of Death” będą pewnie zachwyceni. Choć album (i w sumie cały zespół) jest do polecenia nie tylko dla fanów Obituary, ale dla fanów old schoolowego death metalu w ogóle, zwłaszcza tego wolniejszego i bardziej klimatycznego. Do posłuchania w jakiś ponury jesienny wieczór będzie jak znalazł.

Mutineer


Testament - Para Bellum (2025)

  Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprz...