poniedziałek, 29 września 2025

Deathrow - Raging Steel (1987)

 

Niemcy mieli dość pokaźną reprezentację thrashowych załóg, więc Teutońska Big 4 to ledwie skrawek tego, ile dobrego tam wyszło. Sporo tam ciekawych zespołów, trochę już zapomnianych lub niedocenianych i nie chodzi wcale tylko o Exumer czy Assassin! Jedną z takich grup jest Deathrow, które skończyło niestety żywot na czterech albumach, za to albumach naprawdę genialnych. Ekipa grała niby dość typową dla swego kraju odmianę thrashu, szybką i dziką, ale też trochę techniczną- przy czym stopień techniki rósł na każdym albumie. Na debiucie stosowali więcej dzikiej jazdy, żeby na trzeciej płycie móc być porównanymi do Coronera czy rodaków z Mekong Delta, ale podobnej rozpoznawalności niestety nie osiągnęli. „Raging Steel”, czyli drugi album był czymś pomiędzy i wydaje mi się najbardziej reprezentatywny, ale i najlepszy. Bardzo szybki i agresywny, z technicznymi zagrywkami, ale jeszcze nie tak pokręcony jak trójka. Przez większość czasu utwory zasuwają jak wściekłe i czuć tą germańską dzikość. Tytułowy numer albo „Scattered By The Wind” to niezłe petardy, nie dające zbyt wiele okazji do wytchnienia. A już w ogóle jak w „Pledge to Die” napierdalają! Trzeba jednak zwrócić uwagę, że wszędzie są naprawdę dobre i pomysłowe riffy. Mieli oni łby do ciekawych zagrywek. Jest też parę utworów bardziej urozmaiconych, jak wolniejszy „Dragons Blood” albo „The Thing Within”, z masą różnych motywów i zmian tempa. I oczywiście „Beyond the Light”, chyba mój ulubiony z tracklisty. Tu jest wszystko co najlepsze na albumie – świetny riff na otwarcie, sporo szybkiego napierdalania, zmiany temp (zwolnienie w środku genialne) i kosmiczne solówki. Ale ogólnie to nie ma tutaj złych momentów, do tego to płyta, która podejdzie zarówno fanom dzikiej surowizny (I am Possessed by Fireee!!!) jak i dźwięków bardziej wyrafinowanych. Także spokojnie można by uznać „Raging Steel” za jeden z najlepszych albumów niemieckiego thrashu i trochę dziwne, że mając taki materiał Deathrow nie zaszli tak daleko jak wspomniane tu wcześniej zespoły. No ale cóż poradzić. Ci co nie znają, niech nadrabiają, bo dużo dobrego stracą. 

Mutineer

piątek, 5 września 2025

Angel Witch - Angel Witch (1980)

 

Gdyby przyszło mi wskazać najlepszy debiut nurtu NWOBHM, to chyba padło by na Angel Witch. Pierwsze albumy od Diamond Head, Iron Maiden i Tank też są świetne, ale chyba to ekipa Heybourne’a stworzyła ten najlepszy. Z resztą kurwa, to jedna z najlepszych płyt tego nurtu w ogóle! Do tego w 1980 roku był to niezły konkret, bo inne zespoły miały wtedy sporo naleciałości hard rocka (Saxon, Tygers of Pan Tang) albo punka (Maideni) a Angel Witch nie dość, że grał mroczny i mocarny heavy, to jeszcze sporo tu elementów dających podwaliny pod późniejsze, bardziej extremalne gatunki.

To co najlepsze w tym albumie to masa tej niepokojącej atmosfery, która przewija się przez większość numerów, czasem dodatkowo połączonej z ciężarem. Najbardziej udziela się ona w „White Witch” i „Sorceress”, gdzie ponurego klimacioru jest mnóstwo, w tym drugim słychać nawet organy w tle, dające wrażenie jeszcze bardziej upiorne (ciekawe czy Quorthon się tym inspirował?). W „Confused” jest mniej mroku, za to więcej ciężaru, za to kulminacja jednego i drugiego to „Angel of Death”- najcięższy utwór na albumie. Klimat tutaj jest niesamowity, a jakie riffy, można wręcz powiedzieć, że to proto- thrash. Są tu też oczywiście typowe dla nurtu szybkie, energiczne numery, jak klasyk totalny - „Angel Witch”, ale teżAtlantis” (przy okazji ma też sporo ciężaru), „Sweet Danger” i „Gorgon”. Mniej mroczne, za to bardziej chwytliwe, posłuchasz trochę i zaraz zaczynasz nucić „You're an angel witch, you're an angel witch!”. Nie dziwi więc, że tytułowy numer to jeden z najsłynniejszych utworów całego nurtu. No ale z drugiej strony szkoda, ze sporo ludzi kojarzy cały zespół tylko z tego numeru. W końcu album ma sporo więcej do zaoferowania, nie ma tu właściwie słabych numerów. No, „Free Man” trochę odstaje, ale złym go nie mogę nazwać. To jednak nie zmienia tego, że Angel Witch pozostał zespołem jednej płyty. Trochę sami przespali okazję, bo wypuścili drugi album dopiero po pięciu latach, gdy zainteresowanie NWOBHM osłabło, a ich pełniaki nr 2 i 3 były też sporo słabsze od debiutu. Co by jednak nie było - dla fanów heavy pozycja obowiązkowa.

Mutineer

Testament - Para Bellum (2025)

  Nie sądziłem, że Testament jeszcze czymś zaskoczy, a tu proszę. Nagrali najostrzejszy album od czasu „The Gathering”! Co prawda ich poprz...