czwartek, 20 listopada 2025

Overkill - Under the Influence (1988)

Under the Influence” miał trochę tego pecha, że wydany był został pomiędzy dwoma płytami Overkill, które są często uważane za najlepsze. Kurz po „Taking Over” nie zdążył wtedy dobrze opaść, a już w kolejnym roku wyszło świetne „The Years of Decay”. Także syndrom trzeciej płyty raczej się tutaj nie sprawdził i bardziej może uchodzić ona za taką przejściową. To już nie to wczesne, dzikie Overkill z heavy metalowym klimatem, na „Under the Influence” zabrzmieli oni ciężej. Nawet bardziej postawili tu na ciężar niż szybkość, więc dominują raczej średnie tempa. Nie żeby album był jednostajny albo nudny -bo nie jest. Zwłaszcza że te kawałki w średnich tempach są naprawdę dobre, jednym z moich ulubionych tutaj jest mocno niedoceniany „Brainfade”, poza tym jest też nieśmiertelny „Never Say Never” albo trochę zalatujący punkiem „Head First”, z bardzo chwytliwym riffem na basie. Szybkich momentów oczywiście nie brakuje, a najbardziej panowie napierdalają w otwierającym „Shred”, z tym że to numer dość pokręcony, tempo często skacze z ultra szybkiego w wolniejsze i na odwrót, więc przy pierwszym przesłuchaniu może się wydawać trochę chaotyczny, ale generalnie to konkretny killer. Bardzo szybki jest też ostatni na albumie, „Overkill III (Under the influence)”, z tym że to utwór dość rozbudowany i nie skupia się wyłącznie na napierdalaniu. Mamy tu też koncertowy szlagier – „Hello from the Gutter”, taki thrash n’ roll bardziej, energiczny i z luźniejszym klimatem.

Po za dodaniem ciężaru zwracają tu uwagę jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze trochę inne wokale Blitza, który odszedł od tego bardziej melodyjnego śpiewu na rzecz agresywnego. Druga to większy zwrot w stronę rozbudowanych struktur, więcej tu kombinowania w utworach. O „Overkill III” już wspominałem, a kolejne takie numery to „Drunken Wisdom”, przechodzący od balladowego wstępu przez wolne, miażdżące riffy do szybkiego finału, oraz „End of the Line” -jeden z najlepszych na płycie (i zarazem najdłuższy). Czyli mamy tu zapowiedź kolosów z kolejnego albumu. A no właśnie -kolejny album to rozwiniecie grania z tej płyty, ale w wersji ciekawszej i bardziej dojebanej, co wpływa na ten bardziej przejściowy charakter „Under the Influence”. Nie zmienia to tego, że trzecia płyta Overkill to też kawał porządnego thrashu.

Mutineer


niedziela, 16 listopada 2025

Violent Dirge - Elapse (1993)

 

Jankesy mają Death czy Atheist, Kanadyjczycy Obliveon i Gorguts, Holendrzy Pestilence, a jak z takim graniem u nas? Ktoś powie pewnie „Sceptic” albo „stare płyty Decapitated” i… no, w sumie będzie miał rację, ale te zespoły nie były pierwszymi, które próbowały tak grać. Swego czasu istniał sobie choćby taki twór jak Violent Dirge, trochę niestety zapomniany obecnie. A szkoda, bo to istna perełka polskiego death metalu!

Powstali sobie jeszcze pod koniec lat 80 w Warszawie i na początek wydali parę dem, z których największym konkretem było „Obliteration of Soul”, jedno z bardziej legendarnych tego typu wydawnictw z tamtego okresu. Już tam było słychać kosmiczny poziom ich grania, ale jeszcze bardziej dojebany był pełny album - „Elapse”. Dużo kombinowania, szybkie, zakręcone zagrywki, masa solówek, a wszystko podane z taką intensywnością, że łeb rozpierdala! Pełno tutaj naprawdę dowalonych riffów, jak w „Inapperception”,Enlivening Damn” (tu trochę zalatują technicznym thrashem) albo „Leprous Sanctity” (tu bardziej połamany death). W takim „Doomed to Unpractical Mind” zdarzają się też chore melodyjki dodające złowrogiego klimatu, początek „Pessimum” daje podobny efekt. Ciekawe są tu też wokale, trochę przytłumione, jakby dobiegające z otchłani. Szczególnie świetnie wyszły w Leprous Sanctity” -te pojedyncze ryknięcia tylko potęgowane pogłosem są niesamowite. Trochę mogą się one kojarzyć z wokalami innym polskich klasyków, jak Imperator, albo Vader na „Necrolust”, choć trochę też z debiutem fińskiego Adramelecha (oczywiście ten album wyszedł później). Ogólnie album jednak nie będzie dla każdego i może nie być łatwy w odbiorze. Przy pierwszych podejściach może sprawiać wrażenie „wirtuozerskiego hałasu”. Przez intensywność tego materiału jesteśmy bombardowani masą technicznych riffów i solówek, żeby to wszystko dobrze wyłapać i docenić trzeba paru uważnych przesłuchań. Dla niektórych przeszkodą może być surowe brzmienie, ale dla mnie jest raczej plusem. Męczą te techniczne albumy ze sterylną produkcją, bardziej przekonuje mnie ten archaiczny sound z „Elapse”. Równocześnie jest na tyle czytelny, że bez problemu połapiemy się w tych zawiłych zagrywkach. Całościowo więc album jest naprawdę mistrzowski, choć nie najprzystępniejszy, ale w końcu nie o to w death metalu chodzi, nie? Szkoda że Violent Dirge mając taki materiał dość szybko, bo już dwa lata później, po premierze jego następcy, przepadli w odmętach dziejów.

Mutineer



czwartek, 6 listopada 2025

Running Wild - Branded and Exiled (1985)

 

Zanim Running Wild zasłynęli jako metalowi piraci i pionierzy pirate metalu (co na szczęście u nich ograniczyło się tylko do wizerunku i textów) grali po prostu surowy heavy i bliżej było im raczej do Venom (to pewne uproszczenie, ale o tym później). Pierwsze dwie płyty to całkiem inny Running Wild. Zło, siarka, surowizna. W efekcie wielu wielbicieli tych późniejszych albumów, mimo że muzycznie nie aż tak odległych, rzadko sięga po te wczesne dokonania. Ale też nie można powiedzieć, że to płyty niedoceniane, bo sporo też takich fanów, co uznają je za najlepsze, zwłaszcza drugi- „Branded and Exiled”. Za ten najlepszy wprawdzie bym go nie uznał, jednak trzeba przyznać, że to solidny album. Nie tak różnorodny i dopracowany jak choćby „Port Royal”, ale nie o to tu chodzi. Te utwory miały atakować ostrymi riffami i to zadanie spełniają. Dobrym tego przykładem jest utwór tytułowy, który do przebojowego raczej ma daleko, ale gitary tną jak żylety, a refren idealnie nadaje się na koncerty. Oczywiście niektóre cechy zespoły były obecne już tu, choć jeszcze w formie mniej wyrafinowanej i melodyjnej niż później. Mamy tu typowe dla grupy rozpędzone, wchodzące nawet w speed utwory, choć nie pozbawione pewnej chwytliwości- „Gods of Iron” oraz największy killer w zestawie- „Fight The Oppression” (no, to już właściwie speed metal). Za to „Chains and Leather” to prawdziwy metalowy hymn- numer stworzony do grania na żywo. Dość interesującym numerem, z takich jakie na późniejszych płytach już się nie pojawiały, jest trochę mroczniejszy „Mordor”. Bardzo ciekawe riffy, przy tym wolniejsze tempo i przede wszystkim klimat robią tu świetną robotę. Jeszcze więcej mrocznego klimatu wprowadzają jednak chóry w „Marching to Die”, dobiegające jakby z otchłani- robi to wrażenie. Co do wspomnianego Venom, to oczywiście ciężko nazwać Runningów z tego okresu ich niemiecką wersją. Ekipa Rolfa nie była aż tak mroczna i extremalna, jak Cronos z kolegami, choć łączyło ich podobne podejście, surowość czy tematyka utworów (tyle że u Niemców mniej radykalna). Wliczanie jednak wczesnego Running Wild do pierwszo- falowego blacku jest mocno bez sensu. Jak wspomniałem, aż tak jak Venom mroczni nie byli i jeśli pominiemy klimat i piekło w textach, to lepsze są porównania z Accept albo wczesnym Grave Digger. W każdym razie album godny uwagi, nie gorszy od tych późniejszych, z pirackiego okresu. Także kto jeszcze nie zna, to nadrabiać zaległości w podskokach!


Mutineer

Megadeth - So Far, So Good... So What! (1988)

  Kiedyś ta płyta miała złą renomę, nawet była określana jaka najsłabsza w dorobku zespołu! Dziś nie do pomyślenia, no ale teraz patrzymy na...